Randka w Paryżu

Francuska kuchnia, wino, spacery zakochanych. Sekwana, stateczki, berety, kasztany. Wieża Eiffla, Mona Liza, bazylika Sacré-Coeur, cztery tysiące oświadczyn na dobę. Tak romantycznie, że aż strach. A może, wbrew pozorom, nie ma się czego bać?

Banał czy fantazja?

Powiedziałaś, żeby zabrać cię gdzieś; przyszedł mi do głowy ten cały Paryż. Wsiedliśmy więc w samolot – okazało się, że to całkiem niedaleko. Nasz hotel nieopodal Gare du Nord, Dworca Północnego, miał długą, mądrze brzmiącą francuską nazwę i niedziałającą windę.

Rano okazało się, że większość paryżan siedzi w kawiarniach, których jest tu więcej niż fiordów w Norwegii. Chowają się za wielkimi, papierowymi płachtami „Le Monde”, „Le Parisien” czy „Le Figaro”. Usiadłaś przy stoliku, ja poszedłem zamówić śniadanie.

– Deux cafés avec deux croissants s’il vous plaît. Trzy lata nauki francuskiego, a gość i tak patrzy na mnie, jakbym był z innej planety. Wstydliwie od razu przerzucam się na angielski – być może jedynie dzięki temu przynoszę nam te nieszczęsne rogaliki i espresso.

Paryż powoli się budzi – w rynsztokach płynie woda, do której zamiata się śmieci, pierwsi strajkujący (francuski sport narodowy) zaczynają maszerować w swoich sprawach, bezdomni powoli wygrzebują się ze śpiworów przed dworcem, dzieciaki maszerują z tornistrami.

U Szopena i Modiglianiego

Ruszamy na cmentarz Pere-Lachaise. Do przejścia mamy pięć kilometrów. Moglibyśmy pojechać metrem, do którego prowadzą kuszące podziemne zejścia w stylu art nouveau pamiętające początek ubiegłego wieku. Ale nam się nie spieszy. Paryż wart jest marszu, a droga jest prosta – bulwarem Magenty, aleją Republiki.

Po solidnej godzinie spaceru szerokimi ulicami, w cieniu rzucanym przez białe kamienice i korony drzew, docieramy do murów cmentarza. Kierowani miłością do nokturnów i „rewolucyjnej” w pierwszej kolejności odwiedzamy Szopena. Rabatki przy mogile utrzymano w barwach patriotycznych, płytę nagrobną ozdobiono zasmuconą rzeźbą, całość ogrodzono płotkiem. Odrobinę to wszystko pompatyczne; zapewne kompozytor zazdrościłby Oscarowi Wilde’owi obcałowanego szminką pomnika.

U Modiglianiego zostawiamy różę.

Piknik nad Sekwaną

Ogarnia nas pierwszy głód. Ruszamy rue de la Roquette, elegancką ulicą, którą przetłumaczyć można jako ulicę Rukoli. Zbliżając się do rzeki, odwiedzamy pierwszy lepszy sklep. Mają tu niedrogie francuskie wina, do tego coś na ząb. Jest Paryż, może być klisza: bagietki, ser pleśniowy, rzodkiewki i pomidory.


Ulica Rukoli doprowadza nas w końcu do placu Bastylii, a stąd już blisko na mniej znaną z dwóch paryskich wysp, Saint-Louis. Rozsiadamy się na uregulowanym nabrzeżu Sekwany. Rzeka żyje, aż miło. Pomijam już te mieszkalne łodzie, o których Wharton zdołał napisać całą książkę, pomijam rzeczne tramwaje i wypchane po ostatni japoński teleobiektyw stateczki. Przegryzając camembert bagietką, zauważamy codzienny, nieturystyczny ruch – barki z piaskiem, ze śmieciami, płytkie statki z drewnem, policyjne motorówki.


Potem wspinamy się na lewy brzeg Sekwany i idziemy w stronę Orsay. Wzdłuż rzeki swoje stragany rozstawili bukiniści – w teorii sprzedawcy tanich, używanych książek. Wszystko im się jednak pomyliło: sprzedają drogie książki, hollywoodzkie plakaty z Bogartem i zupełnie sztampowe malunki. Co gorsza, mówią przy tym płynnie po angielsku.

Michał Szablewski

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.