•   Wednesday, 30 Sep, 2026
  • Contact

Porozumienie w sprawie Grenlandii

Dobra wiadomość dla Sojuszu Zachodniego

Nie jest do końca jasne, w jakim stopniu Grenlandia jest samorządna, jednak proces ten postępuje w imponującym tempie, choć w bardzo rozciągniętym w czasie harmonogramie. Po okresie osadnictwa nordyckiego Grenlandia stała się kolonią duńską, a Duńczycy narzucili swój język dominującej grupie etnicznej wyspy: grenlandzkim Inuitom.
W 2008 roku, po wcześniejszym statusie duńskiego hrabstwa, Grenlandia uzyskała status terytorium autonomicznego w ramach Królestwa Danii. Wyspa ta, będąca największą na świecie, liczy około 57 tysięcy mieszkańców. Całkowity produkt krajowy brutto (PKB) wyspy wynosi poniżej 5 miliardów dolarów, z czego jedną piątą stanowią dotacje z Danii. Dania uzyskała jednak koncesje na eksploatację zasobów mineralnych wyspy; przewiduje się, że choć dotacje duńskie będą stopniowo wygaszane, to wpływy z eksploatacji zasobów Grenlandii przez Danię zastąpią je, a docelowo nawet przewyższą.
W 1946 roku Stany Zjednoczone zaproponowały Danii odkupienie Grenlandii za 100 milionów dolarów – kwotę o 50 procent wyższą od tej, jaką zapłacono Rosji za Alaskę w 1867 roku. Duńczycy odrzucili ofertę, a Amerykanie utrzymali na Grenlandii kilka baz wojskowych. Jednak wzrost potęgi morskiej Rosji i Chin oraz pojawienie się bardziej zaawansowanych lodołamaczy i okrętów podwodnych, zdolnych do bezpiecznej i długotrwałej żeglugi pod pokrywą lodową Arktyki, sprawiły, że znaczenie Grenlandii dla bezpieczeństwa stale rośnie.

Administracja Trumpa – a także sam prezydent – ​​dała jasno do zrozumienia, że ​​w obecnych warunkach bezpieczeństwa międzynarodowego status quo jest całkowicie nie do przyjęcia i stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa wszystkich państw NATO, a w szczególności dla sąsiadów z Ameryki Północnej. Stany Zjednoczone nie zamierzały godzić się na taki stan rzeczy.
Rozpoczęto zdumiewającą, bezprecedensową w historii NATO kampanię bezsensownego wymachiwania szabelką; przywódcy Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii zaczęli wygłaszać płomienne deklaracje, sugerując, że w razie potrzeby pomogliby bronić Grenlandii przed Stanami Zjednoczonymi drogą militarną. Prezydent Trump nigdy nie mówił o stanie wojny wewnątrz Sojuszu; jedynie zasygnalizował, że USA podejmą niezbędne kroki w celu rozszerzenia budowanego przez siebie kompleksowego systemu obrony przeciwrakietowej na obszar Grenlandii oraz że – choć wolałyby negocjować takie kwestie – w razie konieczności jednostronnie utworzą na wyspie infrastrukturę wsparcia dla swojej floty okrętów podwodnych operujących na Oceanie Arktycznym.

Dania nie wpadała w takie napady bojowości od czasu wojny duńsko-pruskiej w 1864 roku, kiedy to Bismarck siłą odebrał Duńczykom Szlezwik-Holsztyn. Położyło to kres systemowi wspólnych rządów – tak skomplikowanemu, że wicehrabia Palmerston, wybitny brytyjski strateg polityki zagranicznej (pełniący przez 15 lat funkcję ministra wojny, przez kolejne 15 lat szefa dyplomacji, a przez dziewięć lat premiera) i współtwórca owych ustaleń, zwykł mawiać: „Tylko trzy osoby naprawdę rozumiały kwestię Szlezwiku-Holsztynu: książę małżonek, który nie żyje; pewien niemiecki profesor, który postradał zmysły; oraz ja – a ja o wszystkim zapomniałem”.

Podczas I wojny światowej Dania zachowała neutralność, natomiast w czasie II wojny światowej została zajęta w ciągu jednego dnia, gdy niemieccy żołnierze wyszli z ładowni statków towarowych w porcie w Kopenhadze i przejęli kontrolę nad wszystkimi kluczowymi punktami stolicy, w tym nad Pałacem Królewskim. Dania przystąpiła wprawdzie do NATO, lecz nigdy nie dysponowała choćby znaczącym potencjałem militarnym. Jedna z czołowych duńskich partii lewicowych przez dekadę prowadziła kampanię, postulując likwidację budżetu obronnego kraju i zastąpienie go nagraniem odtwarzanym pod numerem telefonu ministerstwa obrony, w którym w języku rosyjskim i innych językach europejskich padałyby słowa: „Poddajemy się”.
W kontekście tych 160 lat pacyfizmu zdumiewające – i nie do końca wiarygodne – było obserwowanie, jak duńscy ministrowie i dyplomaci niemalże wymachują pięściami w stronę potężnych Stanów Zjednoczonych. Jeszcze większe zdumienie wywołało wystąpienie duńskiego eurodeputowanego w Parlamencie Europejskim w Strasburgu w styczniu 2025 roku; użył on wówczas wulgaryzmów, by nakazać Trumpowi odstąpienie od prób przejęcia Grenlandii.

Wbrew wielu oczekiwaniom Trump zignorował to rażące naruszenie zasad dyplomatycznej ogłady. Trudno byłoby w historii znaleźć precedens, w którym polityk reprezentujący tak nieliczną i bezbronną grupę jak 57 tysięcy mieszkańców Grenlandii wygłaszałby tak surowe słowa krytyki wobec najpotężniejszego i najbardziej znanego człowieka na świecie – przywódcy narodu liczącego 350 milionów obywateli, wytwarzającego PKB rzędu 32 bilionów dolarów, dysponującego niewyobrażalnie potężnymi siłami zbrojnymi i zdolnego do zajęcia kluczowych obszarów Grenlandii w ciągu godziny, przy czym prawdopodobieństwo poniesienia jakichkolwiek strat w ludziach byłoby znikome.

Obiektywnie rzecz biorąc, to bardzo pozytywne i budujące, że właściwi przedstawiciele władz podjęli rozmowy zmierzające do zawarcia porozumienia korzystnego dla wszystkich stron. Oczywiście Dania i Grenlandia muszą pozostać w sojuszu państw zachodnich; nie mogą też ani przez chwilę poważnie zakładać, że przejście pod zwierzchnictwo Rosji stanowiłoby jakikolwiek postęp lub byłoby akceptowalne dla ich sojuszników z NATO.
Jest rzeczą oczywistą, że Stany Zjednoczone muszą – dla dobra całego sojuszu – ulokować elementy swojej obrony przeciwrakietowej na tak strategicznie położonej wyspie jak Grenlandia, a wszyscy sojusznicy z NATO muszą – choćby w zakresie drugoplanowym – wnieść swój wkład w obronę interesów Zachodu w Arktyce. Szczegóły porozumienia nie zostały upublicznione, jednak wiadomo, że państwa spoza NATO nie będą miały dostępu do Grenlandii, a Stanom Zjednoczonym zapewniony zostanie – po cenie rynkowej – pierwszeństwo w dostępie do strategicznych zasobów wyspy.
Na koniec warto zauważyć, że porozumienie to dowodzi, iż – niezależnie od tego, jak wojowniczy bywa czasem ton wypowiedzi prezydenta Trumpa (choć w tym konkretnym przypadku zachował on umiar w porównaniu z Duńczykami i mieszkańcami Grenlandii) – głoszone przez niego cele są słu-szne, a metody ich realizacji, choć mogą budzić kontrowersje, mają szansę powodzenia.

Możemy zasadnie liczyć na podobny finał rozmów handlowych z Kanadą; choć w debacie publicznej często pojawiały się tam absurdalnie wyolbrzymione wzmianki o wojnach handlowych, to rzeczywiste oczekiwania obu stron nie wydają się ani nierozsądne, ani niemożliwe do pogodzenia.
O tym, że premier Carney traci panowanie nad sobą, przekonamy się, jeśli w ramach swojego parlamentarnego repertuaru zacznie wykrzykiwać pod adresem Trumpa wulgaryzmy. Porozumienie w sprawie Grenlandii powinno nas utwierdzić w przekonaniu, że do tego nie dojdzie.

Conrad Black
Conrad Black od 40 lat należy do grona najwybitniejszych kanadyjskich finansistów i był jednym z czołowych wydawców prasy na świecie. Jest autorem cenionych biografii Franklina D. Roosevelta i Richarda Nixona, a także – wydanej niedawno i następnie wznowionej w zaktualizowanej wersji – książki „Donald J. Trump: A President Like No Other” („Donald J. Trump: Prezydent jak żaden inny”).

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: