Wielka Woda

Woda. Jedna z najbardziej pospolitych substancji we Wszechświecie. Zalewa 70,8 proc. powierzchni Ziemi. Stanowi średnio 70 proc. masy dorosłego człowieka. Jest czystą formą życia. W wielu religiach symbolizuje płodność i oczyszczenie. Jest częstym elementem mitów kosmogonicznych i jednym z żywiołów. Wszystkie największe cywilizacje rozwijały się w pobliżu dużych zbiorników wody pitnej, miasta powstawały nad brzegami rzek i jezior, które ułatwiały rolnictwo, handel, transport i obronę. Do dziś woda w kulturze wielu ludów i plemion ma znaczenie kluczowe.

Previous Image
Next Image

info heading

info content

Tonlé Sap, największe jezioro Azji Południowo-wschodniej, to w rzeczywistości skomplikowany system wodnych arterii, mający niezwykłe znaczenie dla każdego przeciętnego mieszkańca Kambodży. Akwen charakteryzują duże różnice stanu wody – w zależności od pory roku; powierzchnia waha się od ok. 2,5 tys. w porze suchej do ok. 15 tys. km² w porze deszczowej, a głębokość wynosi od 0,2 m do 14 m. Pływy warunkują życie pływających rybackich wiosek, wzniesionych na wysokich palach domów i ryżowych pól. Pływy warunkują wszystko. Wraz z nadejściem pory deszczowej rzeka Tonle Sap zmienia kierunek biegu i zaczyna płynąć wstecz, wtłaczając piętrzące się wody z Mekongu. Poziom wody jeziora gwałtownie się podnosi. Cofająca się rzeka nanosi do jeziora żyzne osady aluwialne oraz duże ilości ryb z Mekongu, co sprawia, że Tonlé Sap jest jednym z najbardziej zasobnych w ryby słodkowodne akwenów na świecie. Maksymalny poziom wody notuje się tu między sierpniem a wrześniem, kiedy Mekong puchnie od monsunowych deszczy i topniejących w Himalajach śniegów. Koniec pory deszczowej to czas, gdy rybacy naprędce klecą prowizoryczne chaty na rzece i zarzucają sieci – wcześniej połowy są zakazane ze względu na tarło. Ryby to podstawa życia na Tonle Sap – z suszonych na słońcu głów powstaje nawóz, z tłuszczu – mydło, a same ryby wymienia się na ryż. W ten sposób rybacy są w stanie wyżywić rodzinę przez cały rok. Dla podkreślenia istoty ryb w rozwoju ekonomii, lokalną walutę nazwano Riel, na cześć małego, srebrnego karpia, stanowiącego podstawę diety większości Kambodżan. Pora sucha, trwająca od listopada do maja, kiedy woda opada, odkrywając żyzne, błotniste niziny – to czas ryżu. A ryż stanowi jedyne bogactwo chłopów. Udane zbiory w znacznej mierze zależą od pogody i stanu wody. Bon Om Tuk –  doroczny Festiwal Wody, który nastaje wraz z porą suchą i odwróceniem biegu rzeki – to jedno z najważniejszych świąt w kulturze Khmerów. Kulminacją kilkudniowych obchodów są regaty długich łodzi odbywające się na kanale Sisowath Quay w Phnom Penh. Muzyka, sztuczne ognie, uliczny handel i wspólne świętowanie czterech milionów ludzi. Woda, jako siła stworzenia, zawsze miała wielkie znaczenie dla Kambodży. Według lokalnych podań lud Khmerów został wieki temu skolonizowany przez sąsiadów z Indii, a z połączenia dwóch kultur uformowało się Królestwo Kambodży. Na murach świątyń znaleziono wyryte z niezwykłą precyzją rysunki ryb i rybaków z sieciami,  a stolica kraju Phnom Penh nie bez powodu wzniesiona została u zbiegu rzeki Tonle Sap i Mekongu. Pływające wioski na jeziorze Tonle Sap to idealne miejsce, by z bliska przyjrzeć się codzienności Khmerów. Jest pływające szkoła, kościół, restauracja, sklepy, rybacy czyszczący sieci, toczące się swoim rytmem wodne życie. Kambodża jest jednym z najbiedniejszych krajów azjatyckich. Ponad 1/3 społeczeństwa musi przeżyć za mniej niż dolara dziennie. Turyści zawsze przynoszą ze sobą powiew wiatru z lepszego świata i pozwijane po kieszeniach jednodolarówki. Kambodżańskie dzieci dobrze o tym wiedzą. Pozują do zdjęć z ogromnymi wężami boa, sprzedają zimne napoje, kartki pocztowe i tandetne, choć sprytnie wymyślone, kolaże z nadrukowanym zdjęciem każdego turysty. Kiedy te zdjęcia zdążą zrobić i wydrukować – nie sposób zauważyć. Pojawiają się nagle, jak wzbierająca woda, z szerokim, szczerym uśmiechem i nikomu niepotrzebną pamiątką, którą i tak każdy kupuje.

W Tajlandii na rzekach i kanałach kwitnie handel. Pływające targi to jedno z najbardziej malowniczych i fotogenicznych zjawisk w Indochinach. Kupić tu można wiele – egzotyczne owoce, kapelusze chroniące przed słońcem, grilowane ryby, homary i kurczaki oraz przyrządzane na bieżąco na łodziach przysmaki kuchni tajskiej (kokosowe mini-racuchy śnią mi się do dziś!).

Indianie Uros mieszkają nie przy brzegach najwyżej położonego na świecie żeglownego jeziora – mieszkają na jeziorze. Titicaca leży na granicy Boliwii i Peru na wysokości 3821 m npm; zajmuje powierzchnię 8300 km2. Wywodzący się z cywilizacji pre-inkaskiej lud żyje na czterdziestu dwóch pływających wyspach, zbudowanych z trzciny nazywanej totora. Z totory budują także domy, łodzie (pomysłowa konstrukcja z trzciny oplatającej powiązane ze sobą ciasno w tratwę puste, plastikowe butelki), wyplatają kosze, zabawki, maty do spania, ale także traktują roślinę jako podstawowy składnik codziennej diety. Totora ma mnóstwo łatwo przyswajalnego białka, zawiera też jod. Bolące miejsca owija się białym miąższem totory, by wchłonęła ból. Trzcina chłodzi czoła w skwarne dni i łagodzi kaca. Z jej kwiatów parzy się herbatę. Na największych wyspach mieszka nawet po dziesięć rodzin, podczas gdy mniejsze, szerokie na ledwie 30 metrów, zamieszkują dwie lub trzy. Kiedy któreś z rodzin pokłócą się i nie chcą więcej mieszkać razem na tej samej wyspie – część jest odcinana i może swobodnie odpłynąć w spokojniejszym kierunku. Wszystkie wyspy są umocowane linami do dna, jednak zdarza się, że podczas sztormów zrywają się z uwięzi i dryfują w nieznane. Woda, ta jeziorna jak i deszczówka, przyspiesza gnicie totory, nowe warstwy nadbudowywane są regularnie co trzy miesiące, jednak żywot każdej wyspy jest ograniczony do koło dwudziestu pięciu lat. Uros zawsze żyli dzięki wodzie i rosnącej w niej trzcinie. Łowili ryby ispi, carachi i sumy, potem przywiezione z Kanady pstrągi i umbryny argentyńskie. Polowali na wodne ptactwo – mewy, kaczki i flamingi. Hodowali drobne domowe zwierzęta. Udomowili kormorany, które łapały dla nich ryby oraz ibisy, ze względu na jajka i mięso. Wykształcili piękny styl w hafcie. Handlowali z lądowym ludem trzciną i rybami. Dziś handlują z turystami. Coraz więcej domostw posiada panele solarne, dzięki którym działa telewizor i radio. Z jednej z głównych wysp, przez kilka godzin dziennie, nadaje nawet Uros FM. Według legendy Indianie Uros mają czarną krew, która chroni ich przed zimnem. W rzeczywistości ich ich fizjonomia uwarunkowana jest genetycznie, dostosowana do trudnych wysokogórskich warunków atmosferycznych – palącego słońce, odbijającego się od wody, porywistych wiatrów, temperatur spadających nocami nawet do – 10C. Przysadziste, krępe sylwetki, optycznie poszerzane przez obfitość spódnic, halek i zapasek, pucułowate dzieci ze śladami oparzeń słonecznych na twarzach, dodatkowa warstwa tłuszczu – w chatach z totory nie ma ogrzewania. Na lądzie można by zamieszkać w ciepłym, murowanym domu, z prysznicem, wygodną toaletą, pobliskim targiem, szkołą, bankiem i kościołem. Tradycja jednak trzyma Indian Uros na tafli Titicaca tak samo, jak liny trzymają w miejscu ich trzcinowe wyspy.

Najważniejsza rzeka Indii – Ganges – jest uważana przez wyznawców hinduizmu za rzekę świętą, stanowiącą ucieleśnienie bogini Gangi. Jest Matką i obietnicą zbawienia. Gdy obrazić jej majestat – wyzwala swoją potęgę, wylewa z brzegów i sieje zniszczenie. Varanasi, podobnie jak wszystkie inne miasta zbudowane nad brzegiem Gangesu, jest miastem świętym. Każdego poranka, bladym świtem odbywa się tu rytuał porannego prania i kąpieli. Hinduiści wierzą, że wypicie wody z Gangesu ma oczyszczać ciało i duszę, a obmycie pomaga uwolnić się od grzechów. Czystość wody pozostawia sporo do życzenia – wokół na ghatach tlą się zwłoki, kapłani przy wtórze kogutów śpiewają poranne pieśni, pojawiają się święte krowy, nurt niesie kolejne pryzmy śmieci. Poziom zanieczyszczenia Gangesu już dawno przekroczył wszelkie dopuszczalne normy. Hindusi nadal jednak wierzą, że rzeka jest na tyle mądra i potężna, że oczyści się sama.

Na Arubie, niewielkiej wyspie należącej do Antyli Holenderskich, znanej głównie dzięki wczasom all-inclusive, wody nie ma wcale. Nie ma rzek, nie ma jezior. Półpustynny krajobraz, kaktusy i błękit oceanu. Wodę pitną odsala się z morskiej. Nikt tu nie kupuje wody butelkowanej – to ta sama, którą można za darmo nalać sobie z hotelowego kranu. Wyspiarze twierdzą, że mają najlepszą wodę pitną na świecie. Tyle, że wyspiarze nie jeżdżą całymi dniami w upale na rowerze po wertepach i klifach. Woda na Arubie jest wyjałowiona z wszelkich minerałów i praktycznie nie ma smaku. Ale jest – dzięki człowiekowi i jego technologii odsalania. Bo woda to potęga, bez której nie mamy szans.

Kaja Cyganik

www.wycieczki.ca

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.