The D-Day / 4 czerwca 1989

The D-Day

Krążące w tych dniach w sieci, archiwalne z wyglądu, zdjęcie mówi wszystko. Data, pusta plaża obmywana spokojną falą, leżący w piasku, pojedynczy, charakterystyczny, amerykański hełm. I dwa słowa: “Thank you!”.
Dziękujemy tym, dla których D-Day był ich dniem ostatnim. Podświadomie, bez żadnych dodatkowych informacji czujemy, iż właściciel tego chełmu zapewne nigdy więcej go nie potrzebował, poświęcajac na tej plaży swe życie – wraz z tysiącami innych “brothers in arms” – abstrakcyjnej w końcu idei “wolności ludów”. Po raz drugi w życiu jednego pokolenia Amerykanie, podobnie jak Kanadyjczycy, Australijczycy i Nowozelandczycy, przekraczajac bezmiar oceanu przynosili pokój Europie.
Dziękujemy znanym może z archiwów, lecz dziś praktycznie bezimiennym, poległym na plażach Normandii. Zawdzięczamy im tak wiele.
NB. Polskie słowo “poległy” zarezerwowane jest wyłącznie dla ofiar zbrojnego starcia. Żadna inna forma śmierci, choćby najbardziej tragiczna, żadna inna forma krwawej ofiary w służbie Bogu, narodowi, społeczeństwu czy państwu pod to znaczenie nie podlega, jest niepotrzebnym nadużyciem. “Pod Trygubową zostali ostatni polegli żołnierze” jednakże: generał Sikorski zginął w katastrofie, rotmistrz Pilecki został sądownie zamordowany, a Janek Wiśniewski padł. Fałszywy patos nie przysparza szacunku ofiarom, czasem wręcz je obraża niepotrzebną oprawą politycznej nowomowy.
***
Alianckie lądowanie na plażach Normandii w tamten czerwcowy dzień, 73 lata temu, zmieniło bieg dziejów kontynentu i świata. Gdyby wtedy udało się Niemcom zatrzymać inwazję Sprzymierzonych, dosłownie utopić ją w falach, los kontynentu byłby przesądzony, choć w rozmaitych kombinacjach. Po klęsce Aliantów ich wpływ na losy wojny w Europie byłby poważnie ograniczony. Krwawa łaźnia wstrząsnęłaby opinią publiczną Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych powróciłby może duch izolacjonizmu. Wedle możliwego scenariusza “A” w ciągu kilkunastu miesięcy 1944/45 roku przez Niemcy i zachodnią Europę Europę przetoczyłby się niepowstrzymany walec Armii Czerwonej (nadal wspieranej materiałowo przez przemysł Ameryki), niosący ze sobą komunistyczne przewroty i instalacje reżymów pod wodza Thorezów, Togliatich i innych komunistycznych kukieł Stalina. Czerwone byłyby nieuchronnie, już wcześniej silnie skomunizowane Italia i Francja, zapewne doszłoby do kolejnej rewolty komuny w Hiszpanii. Cała Rzesza stałaby się DDRem, być może nawet bez utraty Śląska czy Pomorza. Czy byłoby w stalinowskiej Europie miejsce na coś więcej niż kadłubową, Polską SRR?
Inny, możliwy scenariusz byłby jeszcze tragiczniejszy. Oto wzmocnione zatrzymaniem Anglo-Amerykanów Niemcy, przerzucając wszelkie siły na Wschód zatrzymałyby Rosjan gdzieś na linii Odry. Rosjanie wykrwawiliby się na umocnieniach Wału Pomorskego. Wytrwałaby w twardej obronie Festung Breslau. Ale wtedy, pięknego sierpniowego dnia 1945 roku, gdzieś wysoko w chmurach nad Berlinem, a potem Hamburgiem bądź Ruhrą, zawisłby amerykański bombowiec. I niebo nad stolicą Rzeszy rozświetliłby potworny błysk. Historyczni fantaści, wieszczący możliwość zwycięstwa Hitlera po zatrzymaniu inwazji przez Kanał La Manche zapominają, iż budowane w laboratoriach Alamos “urządzenie” było tworzone specjalnie z myślą o uderzeniu na Niemcy, nie Japonię. Po klęsce III Rzeszy w maju ’45 naukowcy z projektu “Manhattan” przesłali petycję na ręce Prezydenta USA, aby nie używać ich wynalazku bez potrzeby, wojna była już wszak wygrana. Gdyby III Rzesza przetrwała do lata ’45, porażona zostałaby nuklearnym orężem. Polityczną pustkę po jej anihilacji organizowaliby jednakże nie Amerykanie, nadal uwiązani wojną na Pacyfiku, lecz… Stalin, z opisanymi powyżej skutkami.
Tylko udane lądowanie w Normandii ratowało cywilizacyjnie Zachód, a podbijanemu przez Sowietów Wschodowi Europy dawało teoretyczne, długoterminowe szanse na jakąś formę przyszłej emancypacji.
Dla Stalina powodzenie inwazji było osobistą klęską. Obecność Brytyjczyków i Amerykanów na kontynencie tworzyła nową rzeczywistość, ratowała fizycznie i duchowo zachodnią cywiliację, a “żelazna kurtyna” stawiała zaporę sowieckiemu imperializmowi, której nigdy nie dane mu było przekroczyć.

4 czerwca 1989

W pisowskiej telewizji ciągle o zniewolonym narodzie, o klęsce, o komunistach. Tylko, że myśmy ich, ku***, po-ko-na-li! To nie jest temat na dobry film, równy „żołnierzom wyklętym”?
– Władysław Frasyniuk, na Twitterze.
Drogi Władysławie Frasyniuku! Żeście komunistów pokonali? No nie. Wyście się z nami, k…wa, przy Okrągłym Stole i 4 czerwca 1989 r. do-ga-da-li.
– Włodzimierz Czarzasty, na Twitterze
Szef SLD, Włodzimierz Czarzasty oraz ikona “S”, Władysław Frasyniuk, swoją twitterową wymianą opinii stworzyli historyczny dokument, jednocześnie analityczny i sumujący w prosty, dostępny sposób skomplikowaną naturę tak zwanej “transformacji ustrojowej”.
Opasłe tomy historycznych dociekań mogą jedynie tę narrację uściślić, poprzeć konkretnymi dokumentami i wyliczeniami. Frasyniuk i Czarzasty, w porywie polemicznego zapału, dali społeczeństwu zwięzły opis tego, co jako produkt finalny wspomnanej “transformacji” nazwano “teoretycznym państwem”. Opinia publiczna poznała już wcześniej tę diagnozę w formie zwięzłego opisu pana ministra Sienkiewicza: “Ch.., dupa i kamieni kupa”.
Problemem “dogadanych” w Magdalence było to, iż 4 czerwca obdarzeni głosem Polacy stanowczo odrzucili “kontraktowe” ustalenia Okrągłego Stołu, skreślając bez wahania cały komunistyczny blok.
Niestety, symbolicznym, pierwszym skutkiem owego “do-ga-da-nia” był zaskakujący społeczeństwo fakt, iż to elita nowej ”S” wybrała Jaruzelskiego na prezydenta.
“Pacta sunt servanda!”
WMW

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.