Paradnie… czyli trza być w butach na weselu!

Uwielbiam Nowy Jork. Nie mogłabym tam mieszkać na stałe, ale co jakiś czas muszę przejść nocą po Times Square by poczuć w sobie moc tej metropolii.
Co jakiś czas, najczęściej głęboką jesienią, odczuwam niezaspokojoną potrzebę szeleszczącego spaceru przez Central Park, główną aleją, aż do fontanny z aniołem, do stawu, gdzie o tej porze roku nikt już nie pływa łódkami, do placu, na którym zawsze coś się dzieje – a to czarne dzieciaki z Brooklynu tańczą breakdance, a to gra jakaś szkocka kapela, a to kręcą kolejny film. To tu kilka lat temu, na rogu 72. ulicy wpadłam niespodziewanie na Konjo, polskiego showmana, metafizycznego świra i kronikarza kultury punkowej (sam nazywa siebie Wincentym Kadłubkiem polskiego punka),  który akurat robił sobie zdjęcia przed domem Johna Lennona.  To tu, zaledwie kilka minut po niespodziewanym spotkaniu Konjo, spotkałam Bradleya. Podjechał na deskorolce – duży, czarny, z długimi dreadami i nagim torsem, zapytał czy nie wiem gdzie tu wieczorem będą fajerwerki z okazji Memorial Day. Nie jestem stąd – powiedziałam. On pyta skąd, to ja mu na to, że z Polski, a on dzień dobry, jak się masz. Widząc moje rozszerzające się ze zdziwienia źrenice powiedział czekaj, czekaj, po czym zaczął: Litwo, Ojczyzno moja, Ty jesteś jak zdrowie… No tak, pomyślałam, wszak to New York, Babe, wszystko jest możliwe, nawet czarny jak smoła koleżka na deskorolce cytujący czystą polszczyzną  „Pana Tadeusza”. Doszedł do widzę i opisuję, bo tęsknię po Tobie. Potem opowiedział mi o dwóch latach, które spędził w Poznaniu ucząc dzieci angielskiego, o tęsknocie za ruskimi pierogami i zapachem dymu snującego się zimą z kominów kamienic opalanych węglem.  Powiedział mi też, że szkoda, że już muszę lecieć (naprawdę musiałam i to w dosłownym tego słowa znaczeniu – wieczorem miałam powrotny kurs do Toronto) i że będzie płakał jak bóbr. Znał też powiedzonka o zdrowym jak ryba, silnym jak koń i wiernym jak pies.


W Nowym Jorku czuję się jak bohaterka filmu, w którym wszystko może się wydarzyć. Nowy Jork mnie za każdym razem równie mocno obezwładnia i zachwyca. Rozpędzony, wibrujący, barwny tłum paraliżuje i jednocześnie porywa ze swoim nurtem, niesie w sobie tylko znanym, wielkomiejskim, niezwykle ważnym kierunku.  Jednak moja ostatnia wizyta w stolicy świata miała wymiar zupełnie nowy i zaskakujący. Każdego roku w pierwszą niedzielę października nowojorska policja zamyka 5th Ave, najsłynniejszą ulicę miasta, by mogła przejść tędy największa w USA polska Parada Pułaskiego. Kazimierz Pułaski, uważany za twórcę kawalerii amerykańskiej, jest bohaterem narodowym USA, a od 1929, 11 października jest, decyzją senatu amerykańskiego, Dniem Pamięci Generała Pułaskiego. Kilka dni temu parada przeszła Piątą Aleją siedemdziesiąty siódmy raz. Rozumiem, że założeniem parady, jak sama nazwa wskazuje jest paradowanie, przechadzanie się, maszerowanie, a także, za słownikiem synonimów – afiszowanie się, brylowanie, chełpienie i obnoszenie. Można by się zżymać, że to marsz próżności, bo przecież idą w tej paradzie wszyscy najważniejsi przedstawiciele wszystkich najważniejszych polonijnych organizacji i oczywiście ci „najpierwsi” są najważniejsi.  Nie słyszałam jednak, by jakakolwiek inna nacja wypracowała coroczne wyłączenie z ruchu głównej ulicy Nowego Jorku, tylko po to, by sobie po niej przez cztery godziny pochodzić. Piątą Aleją idą więc przedstawiciele banków, szkół, parafii, organizacji świeckich, mediów, orkiestry dęte, weterani, harcerze, młodzież, dzieci, niezliczona ilość miss sunie statecznie w szyberdachach supernowoczesnych samochodów,  powiewają flagi, mienią się tęczowo ludowe stroje, szum miasta zagłusza ryczące z głośników disco-polo. Emerytowany Amerykanin podchodzi, nachyla się i pyta łamiącym się, pergaminowym głosem – to jest polska kultura? Myślałem, że usłyszę Chopina. Parada Pułaskiego gromadzi co roku dziesiątki tysięcy Polaków. W każdej kafejce w pobliżu Piątej Alei słychać rodzimą mowę. Nie mogę jednak pozbyć się natrętnego wrażenia, że z tak dużej imprezy można by wyłuskać o wiele więcej, że można byłoby stworzyć coś naprawdę pięknego, może mniej jarmarcznego, mniej przaśnego. Obok można by postawić polski festiwal na Roncesvalles – tu chodzą wszyscy, tam i z powrotem, jest polska kuchnia, jest kilka scen, występują artyści różnej maści i różnego kalibru, każda polska firma ma szansę  się zaprezentować i zaistnieć odrobinę dłużej niż podczas nowojorskiej parady. Nie wiem dlaczego organizatorzy Parady Pułaskiego od siedemdziesięciu siedmiu lat unikają kontynuacji wydarzenia w formie chociażby koncertu pod gołym niebem z udziałem gwiazd z Polski. Może po prostu cała idea kończy się na paradowaniu.
Bycie częścią Polonii, przyznaję otwarcie, nigdy nie było moim celem. Przez wiele lat, podczas Forum Mediów Polonijnych w Tarnowie, gdzie pracowałam w obsłudze prasowej, naoglądałam się zjawisk i nasłuchałam historii, które nijak nie mieściły się w moim ówczesnym pojęciu elementarnej kultury osobistej – na każdej szerokości geograficznej skaczemy sobie równie zaciekle do oczu, na każdej obczyźnie nie potrafimy się za bardzo wspierać, wszędzie jesteśmy jednakowo zawistni, a siać umiemy głównie plotki i ferment.  Przez wiele lat zmagałam się też z osobliwym poczuciem wstydu płynącego z faktu mojego pochodzenia. Nigdy nie byłam szczególnie dumna ze swojej narodowości. W czasach, kiedy zaczęłam podróżować po Europie, pomimo otwartych już wtedy granic, dłuższą chwilę po upadku Muru Berlińskiego, Polacy nie cieszyli się szczególną sympatią zachodnich sąsiadów. Snuła się za nami opinia pijaków, cwaniaków i złodziei samochodów. Przytakiwaliśmy więc chętnie nastoletnim skinieniem głowy gdy zapytani o kraj pochodzenia przez kolegów z Norwegii odpowiadaliśmy „Poland”, a rozumiani byliśmy „Holand”. W tamtych czasach wydawało nam się, że bycie Holendrem jest o wiele fajniejsze niż bycie Polakiem. Że właściwie bycie kimkolwiek innym niż Polakiem byłoby dla nas lepsze. Wiele się zmieniło. Przede wszystkim nauczyłam się poprawnie wymawiać słowo „Poland”, tak by nikt źle mnie nie zrozumiał. Na przestrzeni ostatnich kilku lat spotkałam się z wieloma sytuacjami, gdzie stwierdzenie ”jestem z Polski” wywoływało radość, a nieraz i euforię – tak jak ostatnio, podczas wycieczki rowerowej do Parku Stanowego Allegeny, gdy zapytana o trasę kobieta, po krótkiej wymianie standardowych uprzejmości powiedziała z uśmiechem – My Dad was Polish. He was a „łybak”, you know, the fisherman. Na emigracji stępił mi się język. Naprawdę. Nabrałam pokory, przestałam tyle szczekać. I choć disco-polo rani moje uszy – dobrze jest być cząstką tej nieokiełznanej, wielkiej, wszechobecnej siły, jaką jest polskość.

REKLAMA_marchbreak_kolorKaja Cyganik
www.wycieczki.ca

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.