Ile razem dróg przebytych

W Albuquerque, poza Starym Miastem, ulicą Central i kampusem uniwersyteckim, niewielu ludzi chodzi po ulicach. Takie zjawisko zaobserwować można w wielu miastach Ameryku Północnej – jest albo za gorąco, albo za zimno, albo po prostu za daleko.
Tutaj każdy najbardziej przeciętny obywatel posiada samochód, a komunikacją publiczną podróżują głównie ci najbardziej nieprzeciętni – wizjonerzy, świry, indywidua różnej maści, odklejone od rzeczywistości dzieciaki na prochach, bezdomni i nieświadomi niczego turyści. W okolicach weekendu uaktywniają się moje owsiki, czuję, że nie usiedzę. W niedzielę mamy iść do zoo i na meksykańską paradę Dia de los Muertos, ale zrywa się zimny, jesienny wiatr, grzmi nad górami, a ołowiany ciężar chmur nie zwiastuje niczego dobrego. Godzinę później siedzę w małej, niebieskiej mazdzie i cisnę gaz do dechy na międzystanowej autostradzie numer 25. Owsiki wygrały, droga wzywa, och Ameryko!

No tak, ciężko cisnąć gaz do dechy w mazdzie klasy ekonomicznej, której wskaźnik prędkości kończy się na 120 mph. Jadę więc lekko ponad stówę (na nasze to ponad sto sześćdziesiąt na godzinę), okno uchylone, wiatr we włosach, ponad trzysta kilometrów w jedną stronę – są jednak takie miejsca, które wzywają, do których chce się dotrzeć. O Białych Piaskach (White Sands National Monument) dowiedziałam się w zeszłym roku od Grażyny z St. Catharines podczas naszej październikowej podróży koleją transsyberyjską. Grażyna z Krzysztofem byli chyba we wszystkich Parkach Narodowych USA, co znaczy tyle, że widzieli znaczną większość najpiękniejszych zakątków świata. Jadę i tonę w filozoficznych aspektach Drogi – w tym, że to ona sama, a nie cel, do którego zmierzamy, jest istotą podróży, w tym, że trzeba szukać tych nieodkrytych, iść własną drogą, bo w tym cały sens istnienia, żeby umieć żyć i że jestem, proszę Pana na zakręcie, moje prawo to jest pańskie lewo. Śpiewać nie mogę, bo straciłam głos od pustynnych wiatrów i jesiennych chłodów.

Prześladuje mnie syndrom bocznej drogi. Jadę gdzieś przed siebie tą główną, zmierzam do jakiegoś celu, a tu co chwilę w bok odchodzą jakieś polne ścieżki, dróżki, trakty. Przez pola kukurydzy, przez dojrzewające zboża, wiją się gdzieś w rozmazaną linię horyzontu, giną za widnokręgiem. I za każdym razem mam ochotę zatrzymać samochód, zdjąć buty i pobiec przed siebie, zobaczyć co jest za pagórkiem, dokąd prowadzą te boczne, polne drogi. I mam tak od dzieciństwa. Od czasów, gdy jeździliśmy maluchem przez dojrzewającą w lipcowym słońcu południową Polskę w Beskid Sądecki. I nigdy tego nie zrobiłam. Może choć raz powinnam.
Są takie drogi, które zawsze będą wiły się przez pejzaże moich wspomnień. Niezwykle kręta, górska norweska Droga Trolli, argentyńska Ruta 40 czy boliwijska Droga Śmierci Coroico, pokonana w szalonym rowerowym zjeździe z ponad czterech tysięcy metrów nad poziomem morza do tysiąca pięciuset. Albo tamta, którą wjechaliśmy do Monument Valley o świcie, podczas którejś samochodowej podróży przez Stany. Zostawiając za sobą tumany czerwonego kurzu na pustej drodze, przekroczyliśmy niewidzialną granicę wyobraźni i nagle znaleźliśmy się w zapamiętanej z dzieciństwa filmowej scenerii. Wszyscy tam byli. Siedmiu wspaniałych, Pat Garett i Billy Kid, Człowiek który widział kto zabił Liberty Valanca, Dobry, zły i brzydki, Człowiek zwany ciszą i Dzika Banda. Magiczna chwila powrotu do świata z przeszłości, do niedziel, których świętością były emitowane przez Telewizję Polską westerny. Oglądaliśmy je zawsze z tatą, pełni bałwochwalczego wręcz podziwu dla bohaterskich kowbojów i dumnych Indian. Ci pierwsi byli dla nas uosobieniem męskości i odwagi – strzelali zawsze celnie, konno wyprzedzali pociągi, w ich oczach mieścił się cały bezkres prerii.  Ci drudzy budzili lęk przed oskalpowaniem i fascynację tym co inne i nieznane. W czasie gdy my zdobywaliśmy Dziki Zachód mama zazwyczaj gotowała obiad,  a przecież w domu bardziej pachniało dymem z ogniska, wiatrem, końmi i whiskey niż schabowym, pomidorową i szarzyzną komuny… Puste, bezkresne, amerykańskie hajłeje (Białoszewski przewraca się w grobie) przypominające pasy startowe.
Co innego Indie. Pożyczenie auta w stolicy curry i Kamasutry jest zdecydowanie nierealne – po pierwsze wypożyczalni nie ma nawet na lotnisku, a po drugie, o czym zapewni cię każdy przewodnik w każdym języku świata – tylko ludzie pozbawieni zdrowych zmysłów i wyobraźni zdecydowaliby się na taki krok. Popularne jest natomiast pożyczanie samochodu z hinduskim kierowcą (pytania skąd jesteś, co robisz, jaki jest twój stan cywilny i czy podoba ci się w Indiach to część tutejszej kultury). Na hinduskich drogach jest wszystko – od samochodów osobowych, przez upakowane po dach, rozkleko- tane autobusy, pojazdy „made in garaż” z silnikiem w wersji otwartej, riksze rowerowe, masy motocykli wiozące nieraz pięcioosobową rodzinę, wozy (najczęściej po prostu kilka zbitych desek na kółkach z jakiegoś traktora), ciągnięte przez woły, osły, muły, rzadko konie, a czasami wielbłądy, po rzężące ciężarówki rodzimej firmy Tata z napisem „horn please” na pace, oraz szwendające się bezcelowo różnej maści istoty żywe – dzieci, świnie, kozy, niewyobrażalnie brudne, wychudzone postacie, zmierzające w tylko sobie znanym kierunku, a w niektórych miejscach nawet słonie (okolice Parku Narodowego Corbett na przykład). Cały ten uliczny zgiełk, kakofonia klaksonów (jedyna forma komunikacji na drodze) zamierają zazwyczaj po zmroku (w Delhi chyba nigdy), ponieważ w wielu stanach jazda po zmroku jest zakazana. Z powodu mroku właśnie. Ciemność w Indiach jest nieprzebrana. Drogi nieoświetlone, w górach bardzo kręte, strome, często niezabezpieczone. Światło elektryczne jest słabe, prąd zanika i wraca według niezrozumiałego schematu, co powoduje, że nawet centrum stolicy nocą sprawia ponure, mroczne wrażenie.
O przetrwanie trzeba też walczyć na drogach wietnamskich miast. W Hanoi pięćdziesiąt róż kosztuje dwa dolary. A Toyota Camry osiemdziesiąt pięć tysięcy dolarów. Podatek rządowy dwieście procent wartości samochodu. Mało kogo stać na taki luksus – wszyscy więc jeżdżą na motorach, skuterach i motorowerach, które przez lokalnych przewodników mówiących wietnamską odmianą angielskiego nazywane są „motorbajs”. Stolica atakuje brzęczeniem i ruchem wielkiego ula. Wietnamczycy są tak mali, drobni i niepozorni, że prawie wcale ich nie ma. Tyle, że ta mikro skala dotycząca jednostki urasta do skali makro w wymiarze tłumu – Hanoi ma siedem milionów mieszkańców, Sajgon dziesięć, a Hai Phong z niewielkim, zaplutym lotniskiem – dwa miliony. Większość społeczeń- stwa porusza się na motorbajsach, przewożąc każdy możliwy do przewiezienia towar – widziałam maszyny obładowane workami pełnymi miauczących kotów i klatkami, w których przewożono psy do odległych restauracji. Motorbajsy przewożą wszystko – stosy niebieskich, plastikowych krzeseł, popakowane w paczki jajka, długie na trzy metry bambusowe tyczki, stare silniki, a nawet wodne bawoły ze spętanymi nogami, przerzucone przez tylne siedzenie.
Więc co za horyzontem?
Białe piaski. Słońce. Nieodgadnione.

REKLAMA_marchbreak_kolorKaja Cyganik
www.wycieczki.ca

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.