Ontaryjskie przygody - 6

Z daleka od szosy (227)


Sezon polowania na jelenie w Ontario zawsze rozpoczyna się w pierwszy poniedziałek listopada. W roku 1989 ten poniedziałek wypadał szóstego. Pogoda w Toronto i Mississauga była prawdziwie listopadowa. Deszcz, wiatr, całe kopy opadłych liści. Czasem nawet poprószył drobny śnieg. Za to na północy zapowiadane były opady śniegu. Nie przejmowałem się tym zbytnio. Jaki śnieg może spaść na początku listopada.
Mój samochód, pierwszy samochód w Kanadzie to był prawie sportowy Plymuth Turismo. Miał trzy lata, ładną jak na owe czasy sylwetkę, dwoje drzwi i spoiler. Miał też manualną skrzynię biegów, bo jak każdy przybyły z Europy, uważałem wtedy, że automatyczna skrzynia biegów jest do niczego. Samochód był bardzo nisko zawieszony, jak to sportowy i doskonale zachowywał się na szosie. Udało mi się nawet już uzyskać mandat za przekroczenie prędkości. Było do na szosie nr 69 w okolicach Perry Sound, gdy wracaliśmy z żoną z Sudbury z odwiedzin przyjaciół z Niemiec. Teraz ta szosa to autostrada, ale wtedy była zwykłą dwukierunkową szosą. Jechałem szybko po zakrętach, przekraczając limit o prawie 40 km/godz., gdy zobaczyłem nadjeżdżający z naprzeciwka radiowóz. Nie przejąłem się tym. Uważałem tylko czy policja nie stoi z radarem na poboczach. W lusterku zauważyłem, że radiowóz zawraca, włącza „koguta” i zbliża się szybko. Zwolniłem, potem zatrzymałem na poboczu. Wiedziałem już, że w Kanadzie nie wysiada się z samochodu tylko czeka na policjanta z rękami na kierownicy. No to czekałem. Gdy przyszedł, otworzyłem okno. Powiedział, że przekroczyłem prędkość. No tak, Ale pytam go skąd wie, przecież jechał z naprzeciwka. I tu się dowiedziałem, że w Ameryce Północnej radar policyjny namierza z każdego kierunku. No cóż. Przyjąłem mandat. Wracając do mojej listopadowej wyprawy na pierwsze polowanie:
Kolega Witek nie mógł jechać, ale opisał mi dokładnie dojazd do jego myśliwskiego domku. Początek był prosty. Jechać autostradą nr 400 do Barie, potem szosą nr 11, minąć Huntsville, po kilkudziesięciu kilometrach zjechać do miasteczka Burksfalls. Za mostem na rzece skręcić w lewo, przejechać kilkanaście kilometrów i tam gdzie stoi szopa skręcić w lewo. Wąski asfalt ma przejść w drogę szutrową. Gdy zobaczę ostry długi zjazd w dół i wąski most przez rzekę w dolinie to znaczy, że jestem na właściwej drodze. Potem jeszcze tylko kilkanaście kilometrów przez las i gdy po prawej stronie zobaczę ustawione wysoko jedna na drugiej stare opony, to po przeciwnej stronie będzie głębokie wcięcie w strome zbocze. W tym wcięciu mam zaparkować samochód i wspiąć się na górę gdzie stoi mały domek. Proste, prawda? Po za tym, że w tej głuszy leśnej nie ma się kogo zapytać o drogę, droga to stary dukt leśny którym nikt nie jeździ i gdy przegapię opony to mogę jechać następne kilkadziesiąt kilometrów zanim gdziekolwiek dojadę, jeśli dojadę. Nawet mi do głowy nie przyszło czy jechać samemu, oczywiście, że pojechałem. Była niedziela, 5 listopada 1989 rok. Na drodze niewiele samochodów, wiatr tak silny, że bujał ostro moim niskim samochodem, Minąłem Barrie, potem Orillę, Bracebridge. Jakieś 20 km przed Huntsville zaczął padać śnieg, z każdym kilometrem coraz więcej. Gdy mijałem Novar, gdzie wiedziałem poluje Lawrence z bratem i kolegami, śnieg już był na grubość opon i nie przestawał padać. W Burks Falls już było całkiem źle. Samochód prawie szorował brzuchem po śniegu. Jadę dalej, przecież nie zrezygnuję z powodu jakiegoś śniegu. W Polsce małym fiatem nie takie zaspy przejeżdżałem, to i tu dam radę. Przejechałem w Burks Falls przez most, skręciłem w lewo, jak mówił Witek i znalazłem się na wąskiej szosie. Śnieg coraz gęstszy, zastanawiam się czy dojrzę tę szopę, przy której mam skręcić. Kilkanaście kilometrów minęło, zaczynam wątpić. Nagle w śnieżycy zamajaczył niski budynek. Nawet udało mi się zwolnić i skręcić w lewo bez poślizgu. Jadę. Zeruję licznik. Jeśli przejadę więcej niż 25 km to znaczy, że coś nie pasuje. Z ulgą widzę w dole w oddali długi wąski most. Taki na szarość samochodu. Tylko jeden mały problem. Po drugiej stronie, w przerzedzonym na chwilę śniegu widzę, że droga nie tylko pnie się ostro w górę, ale do tego ma dwa ostre zakręty. Jeśli nie wjadę na to wzgórze za pierwszym razem to cofanie w kopnym śniegu na tych zakrętach może skończyć się w rzece. Jedyna szansa to rozpędzić się z góry przed mostem… Z ostrej góry, szorując podwoziem po śniegu i próbując trafić na wąski most. Ale co tam, miałem 36 lat, nie tak dawno jeszcze jeździłem w Polsce w rajdach samochodowych, to i tu się uda. Ruszyłem z góry rozpędzając samochód na ile tylko pozwalała przyczepność. Most przeleciał błyskawicznie i znalazłem się po drugiej stronie. Teraz pod górę, nie mogę zwolnić na ostrym zakręcie, bo stanę i nie ruszę, samochód zarzuca tyłem, kontruję lekko by nie odwrócić się w drugą stronę, potem jeszcze raz, zanim samochód się jeszcze wyprostował, jadę coraz wolniej, przednie koła już się ślizgają, do szczytu jeszcze kawałek…
Cdn.
Marek Mańkowski

 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: