Do Kanady - 10

Z daleka od szosy (162)

 

Był maj 1983 roku. Ciepły wieczór. Siedzieliśmy z żoną u Czarnego i jego żony w ogrodzie za domem. Z Czarnym znamy się od 1968 roku. Razem podrywaliśmy dziewczyny. W tym moją późniejszą żonę Małgorzatę.
Czarny poznał swoją żonę Elę na naszym weselu. Wzięli ślub dwa miesiące później. Siedzimy więc sobie w tym ogrodzie i raczymy się alkoholem. Dołączyli się inni znajomi, zrobiła się spora zabawa. Nie pojechaliśmy już tej nocy do domu. Rano okazało się, że nie ma psa Czarnego. Był to ogromny Sznaucer Olbrzymi. Czarny mieszkał w Józefowie na ulicy Polnej, ok. kilometra od centrum i stacji kolei podmiejskiej. Ruszyliśmy we dwóch na poszukiwanie. Była niedziela, słonecznie, około ósmej rano. Szliśmy, trochę jeszcze niepewnym krokiem i wołaliśmy głośno imię psa. Przeszliśmy tak aż do dworca, potem z powrotem, ciągle wołając. Dziwiło nas, że niewielu spotykanych ludzi, odwracało się szybko i pospiesznie odchodziło. Dopiero, gdy wróciliśmy do domu uświadomiliśmy sobie, czemu tak było. Pies Czarnego miał na imię Kryzys. Stan wojenny trwał dopiero pół roku, a my w niedzielny poranek w centrum miasta darliśmy się głośno „kryzys, kryzys, kryzys”. Tym, którzy nie mieli dorosłego życia za czasów komuny w Polsce nic to nie mówi, ale za to można było spokojnie trafić do więzienia i spędzić tam parę lat. No cóż, głupi ma szczęście i tym razem nam się udało. Milicja nie przyjechała, widocznie byli zajęci pilnowaniem bramek kontrolnych w Warszawie.
Czas mijał niesamowicie szybko. Lato spędziliśmy pod namiotami. Wrzesień to znowu cotygodniowe wyjazdy do szkół w całej Polsce. Przyszło lato 1984 roku.
Siedzieliśmy, jak to często bywało, z żoną u Czarnego w ogrodzie. Nie wiem, kto pierwszy wpadł na ten pomysł. Po co mamy siedzieć w mieście, skoro i tak nasza sprzedaż odbywa się w całej Polsce. Wyprowadzamy się na wieś. To była sobota. Już w poniedziałek byliśmy w drodze na Warmię i Mazury. Dojechaliśmy do Olsztyna. Wynajęliśmy tam pokoje w Nowotelu, zostawiliśmy żony a sami pojechaliśmy w objazd wiosek w poszukiwaniu nowego miejsca do życia. Szczęście życiowe Czarnego trwało, a moje przy nim. W gminie Gietrzwałd dowiedzieliśmy się, że PGR w Łęgutach ma do sprzedania siedlisko, w którym nikt z jego pracowników rolnych nie chce mieszkać, bo wszędzie daleko. Tknięci dobrym przeczuciem pojechaliśmy tam. Na północ od szosy Olsztyn – Ostróda, prawie dokładnie w połowie drogi między tymi miastami było skrzyżowanie z wąską, obsadzoną starymi drzewami szosą. W lewo wioska Biesal i dalej do Olsztynka, w prawo Łęguty i dalej do Łukty i Morąga. Dyrektor PGR w Łęgutach już wiedział o naszym przyjeździe. Wytłumaczył nam drogę do siedliska Łopkajny. Było to ponad trzy kilometry szosą w kierunku Łukty, potem za mostkiem w lewo w las, w prawo na rozwidleniu leśnego duktu i w lewo przez bramę. Od szosy ok. 1.5 kilometra. Od bramy jechało się polną drogą dość ostro pod górę i po 600 metrach pojawiły się zabudowania. Wysoka poniemiecka, wielka piętrowa obora, długi parterowy budynek mieszkalny z pustymi oczodołami okien i budynek mieszkalny z białej cegły, również całkowicie rozszabrowany. Wszystko zarośnięte wysoką trawą wśród 110 hektarów pofałdowanych pól, na których rósł rzepak i żyto. Wszystkie te hektary były ogrodzone wysokim, dwu i pół metrowym płotem z siatki drucianej, w którym była tylko jedna brama. Ta, którą wjechaliśmy. Byliśmy zachwyceni. Kupujemy i przeprowadzamy się. Trzy tygodnie później zaczęło się nowe życie i nowa wspaniała przygoda…
Cdn.
Marek Mańkowski

 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: