Co to znaczy być nauczycielem katolickim w Kanadzie? (2)

Kontynuujemy na łamach „Życia“ nasz nowy cykl wspomnieniowo-rozliczeniowy naszych, polskich karier nauczycielskich w Kanadzie. Jak pisałem przed dwoma niedzielami, przyświeca mi cel prosty – stworzenia swoistego „rejestru osobowego“, oryginalnego dokumentu – osobistego, nie filtrowanego niczym zapisu życia polskich imigrantów, tych przybyłych na ten kontynent w ciągu 4. kwarty dwudziestego stulecia, zorganizowanych w konkretnej profesji.
Czy dołączą do nich ci nauczyciele polscy/polonijni z poprzednich dekad? To ich wybór i moja nadzieja. „P/C Teachers Register“ ma być zapisem dokumentalnym dla przyszłych badaczy, ale chciałbym, aby był także punktem wyjścia do przemyśleń, a może takim zwierciadłem, dla nas samych.
Moja „filozofia imigranta“ jest prosta, oparta na zimnych realiach. „This is the life we have chosen!“ Tu żyjemy, to jest nasz kraj, na pewno zaś jest to kraj naszych Dzieci. Wielu z nas jest tu właśnie dla owych Dzieci!!!? Czy chcę, aby moje Dzieci pozostały jednakże, choć w części, w umyśle i w sercu – Polkami i Polakami?!
Pomyślmy przez moment, czy wiemy, komu oddajemy nad nimi pieczę? Któż, poza nauczycielami, ma do nich lepszy dostęp?
Pojęcie „polski nauczyciel“ kojarzy się prawie wszystkim z nauczycielem szkół polonijnych, z „Panią lub Panem od polskiego“, kimś oddanym bez reszty sprawie zachowania języka i kultury przodków przez nasze najmłodsze, polonijne pokolenia. I jest w tym dużo racji, bo tak jak Darek, tak wielu z naszych „belfrów“ TAKŻE uczy w szkołach polonijnych. Ale zamierzeniem tego cyklu jest pokazanie nas, nauczycieli od kuchni. Jesteśmy nuczycielami kanadyjskimi! Co nas skłoniło do wybrania tego jakże trudnego zawo- du? Jakie przynosimy ze sobą doświadczenia życiowe? Jak sobie radzimy?
Jest to filtrowana przez jednostkowe wypowiedzi, opowieść o nas samych. Zapraszam nie tylko do lektury – ta broni się sama. Zapraszam naszych Szanownych Czytelników do jej współtworzenia, do dopisywania kolejnych rozdziałów, Zapraszam do współpracy.

WMW

***

Od pancerniaka do belfra

Zanim zostałem nauczycielem w Kanadzie, miałem kilka pomysłów na to jak ułożyć sobie moje zawodowe życie. Na pierwszy rzut oka, może wydawać się, że droga którą przebyłem od ukończenia „podstawówki” w Polsce do kariery belfra w Kanadzie była bardzo chaotyczna i pełna sprzeczności, ale dzisiaj z perspektywy tych kilkudziesięciu lat dostrzegam w niej pewną logikę i konsekwencję.
Jeszcze w Polsce, ukończyłem technikum budowlane z myślą o tym, że wykorzystam moją wiedzę już jako misjonarz, gdzieś na Czarnym Lądzie, budując szkoły, szpitale, kościoły, itd.. Nie bez znaczenia na moje decyzje miał fakt, że dorastałem w początkowych latach pontifikatu Jana Pawła II, którego wpływ na całe moje pokolenie był przecież ogromny. Zamiast jednak trafić do któregoś z misyjnych seminariów zakonnych, kolejny romantyczny wzlot doprowadził mnie do koszar Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Pancernych w Poznaniu. Czyżby Pan Bóg prze- grał z czterema pancernymi? Nie do końca. Podobało mi się to żołnierskie życie, wymagające wysiłku, wyżeczeń, bardzo poukładane i zaprawione specyficznym rodzajem męskiej przyjaźni. Kiedy wydawało mi się już, że odkryłem wreszcie swoje życiowe powołanie, podczas jednego z wykładów z taktyki pola walki padło pytanie prowadzącego oficera: „Podchorążowie, czy wy wogóle wiecie po co tutaj jesteści?”. Kilka odpowiedzi dotyczyło spraw bardzo przyziemnych jak zdobycie dobrego zawodu, możliwość awansu czy zapewnione mieszkanie i kilka bardziej wznios- łych jak kontynuacja rodzinnej tradycji, żołnierski etos czy wreszcie patriotyzm. Tę burzę mózgów obywatel major przerwał jednym zdaniem: ”Pieprzycie podchorążowie” i dodał „Jesteście tutaj po to, żeby nauczyć się jak najskuteczniej zabijać!” To był koniec mojej żołnierskiej przygody. Romantyczny obraz obrońcy życia i wolności nie wytrzymał konfrontacji z brutalną rzeczywistością tego, który ma to życie odbierać, zabijać. Przestałem już chcieć być pancerniakiem.
Myślę, że każdy psycholog określiłby wtedy moją osobowość jako labilną emocjonalnie i bardzo niedojrzałą. Nikogo jednak nie pytałem o zdanie, zbyt bardzo byłem zajęty szukaniem jakiegoś alternatywnego pomysłu na życie. Wybór padł na studia pedagogiczno-resocjalizacyjne. Znowu poczułem się jak ryba w wodzie. Ciekawe studia, wspaniali ludzie, Duszpasterstwo Akademicki ”Emaus”. Był też Klub Otwartych Serc, grupa studentów chętnych dzielić swój czas i talenty z osobami niepełnosprawnymi fizycznie. Wiele przyjaźni z tamtych czasów przetrwało do dziś a przynajmniej jedna zakończyła się małżeństwem, moim własnym.
Zaraz po studiach przyjechałem do Kanady. To miała być krótka turystyczno-zarobkowa przygoda, która stała się przygodą życia. Studencka przyjaźń przerodziła się w miłość, potem był ślub, rodziły się dzieci. Kolejno krok po kroku próbowaliśmy wraz z Dorotą, moją żoną, pisać kanadyjski rozdział naszego życia. Pierwsze wspólne zakupy, pełny koszyk i wszystkiego po dwa: tależe, kubki do kawy, łyżki, widelce, itd.. Był stolik pod telewizor zrobiony z połowy stołu do ping-ponga i stoliki nocne z pudełek przykrytych obrusem. Pierwszy samochód, pierwszy własny kąt, pierwsze dziecko. Zwyczajne emigranckie losy. Były też marzenia i ciężka ustawiczna praca. Pierwsza praca to malowanie koszyków na prezenty, potem rozwożenie gazet, remonty parkingów, naprawa dachów i wreszcie pierwsza praca z „benefitami” i na końcu tego rozdziału prawdziwy rarytas-Chrysler Canada, wkręcanie śrubek i pełna satysfakcja finansowa. Spełniały się kolejne marzenia i pojawiały się nowe co raz to śmielsze marzenia. Ale o tym to już przy następnej okazji.
Darek Ziemnicki, OCT

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.