Chodź, opowiem Ci bajeczkę

kajaW ostatnich latach podróże stały się ogólnodostępne i powszechne, spowszedniały w pewien sposób. Świat się skurczył, otworzył na oścież, a jego najdziksze, najbardziej dziewicze zakątki swoje sekrety oddały koncernom naftowym i  wydobywczym oraz przemysłowcom eksploatującym palmę olejową.
Niewiele w samej filozofii podróżowania zostało pierwiastka odkrywczości, docierania do nowych nieznanych lądów. Wkradła się wszędobylska komercjalizacja, turystyczne standardy i regulacje, agencje pośredniczące – miejsca, których nie tknęła McCywilizacja policzyć można na palcach obu dłoni. Wszędzie byliśmy, wszystko widzieliśmy i wszystko wiemy, a obok samych podróży niezwykle modne stało się także o nich pisanie.  Jeszcze dwadzieścia lat temu do brazylijskiej Amazonii czy kenijskiego Parku Narodowego Serengeti wybrać się mogli tylko nieliczni. Nielicznym też udawało się wydawać powieści, zbiory opowiadań czy tomy poezji.  Napisany tekst ktoś musiał najpierw zrecenzować, a po pierwszym pozytywnym wrażeniu maszynopis wędrował przez gęste wydawnicze sito na biurko Bardzo Ważnego Pana Redaktora, który ostatecznie decydował, czy jego wydawnictwo skłonne jest dane dzieło opublikować. W ten sposób tylko najlepsze teksty miały szansę ujrzeć światło dziennie i wyemigrować z czeluści szuflady na półki księgarń w całym kraju, a przy odrobinie szczęścia nawet i doczekać się przekładu na jakiś obcy, rzewnie brzmiący język.
Dziś każdy może napisać i wydać byle co, wystarczy mieć trochę czasu, laptop i środki na sfinansowanie drusysyffku; zawsze znajdzie się drukarnia chętna dla zysku opublikować cokolwiek powstało w naszym twórczym szale. Bo to czy ma się coś ciekawego do powiedzenia czy nie, to zupełnie inna kwestia – z jakiegoś powodu (nazywanego zazwyczaj mianem wybujałego ego, choć i social media mają w całym procederze niemały udział) coraz więcej ludzi wychodzi z założenia, że samo przeżycie czegoś lekko ponad przeciętną daje im pełne prawo do dzielenia się tymi przeżyciami z szerszą publicznością. Półki z literaturą podróżniczą pękają w szwach, a każdy liczący się (sam ze sobą) celebryta wracając z wakacji lub dłuższej osobistej podróży przez wszystkie życiowe zakręty, pobocza i wertepy napisanie i wydanie książki ma zapisane na swojej liście-rzeczy-do -zrobienia.
Mój ojciec powiedział mi kiedyś, że w bibliotekach i księgarniach świata jest mnóstwo dobrych książek, dlatego czytać powinniśmy tylko te najlepsze. Stawaliśmy razem przed półką z książkami, zrobioną z dwóch malarskich, drewnianych drabin i kilku ładnie wyheblowanych desek,  w salonie nazywanym po prostu dużym pokojem, tata głaskał spojrzeniem kolejne grzbiety ksiąg i książek, zastanawiał się chwilę, w końcu sięgał po którąś mówiąc – masz, to teraz przeczytaj. Tak poznałam Marqueza, Cortazara, Fuentesa, Llosę, Manna, Bulhakova, Dostojewskiego, Millera i Eco. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy ojca, kiedy postanowiłam któregoś dnia odwdzięczyć się za wszystkie rekomendacje i podzielić jakimś okruchem literatury bardziej współczesnej – przebrnął przez pierwsze dwadzieścia stron i oddał mi „Wojnę polsko-ruską” Masłowskiej z wyraźnym zażenowaniem i zniesmaczeniem.
Na przestrzeni kilku ostatnich lat odeszłam (może za daleko) od Klasyków, czytałam głównie literaturę podróżniczą. Przy natłoku informacji, opowieści i pojawiających się jak grzyby po deszczu autorów (zupełnie nie rozumiem dlaczego każdy kto wyrusza w drogę zakłada, że umie pisać?) trudno tak naprawdę połapać się w tym co dobre, co wybitne, a co zupełnie można sobie odpuścić. Bo dziś nie trzeba nazywać się Pawlikowska, Cejrowski czy Wojciechowska, żeby swoje podróżnicze przygody wydać drukiem światu.  Warto natomiast pamiętać, że znane nazwisko wcale nie gwarantuje intelektualnej ekstazy podczas czytania kolejnej pozycji okrzykniętej przez media bestsellerem.  I że podróżowanie samo w sobie, podobnie jak umiejętność pisania jest sztuką. Do tego trzeba mieć talent. Inaczej – czarna rozpacz.
Alternatywnie wydawnictwo Czarne; założone w Bieszczadach w 1996 przez jednego z lepszych polskich współczesnych pisarzy Andrzeja Stasiuka i jego żonę Monikę Sznajderman. Tu praktycznie każda pozycja pod- różnicza to perełka, począwszy od fascynujących reportaży z podróży po Wielkiej Rosji Jacka Hugo-Badera. „Biała gorączka” (2009), „W rajskiej dolinie wśród zielska” (2010, osiem lat wcześniej wydana przez Prószyński i S-ka) i „Dzienniki kołymskie” (2011) pełne są historii, zdarzeń i ludzkich dramatów, o których czyta się z zapartym tchem i niedowierzaniem. Sam Bader przyznał, że Rosja to stan umysłu i coś w tym być musi, bo nawet podczas kilkudniowej podróży koleją transsyberyjską z Moskwy do Irkucka, po paru dniach spędzonych nad Bajkałem, po tych jego reportażach drogi, rosyjskość wpełzła mi gdzieś w duszę i siedzi tam i czeka na czas powrotu. Czytam teraz „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak” (ZNAK 2014) – relację z wyprawy w góry Karakorum, w którą Hugo-Bader wyruszył jako jeden z czterech członków ekspedycji poszukiwawczej. Kondukt pogrzebowy znaleźć miał ciała zaginionych zimą, 6 marca 2013, przy zejściu, po ataku szczytowym i zdobyciu Góry – Maćka Berebeki i Tomka Kowalskiego. Hugo-Bader stanął twarzą w twarz z ośmiotysięcznikiem, własnymi słabościami  i szaleństwem ludzi gór. A potem wrócił do domu i wszystkie te emocje, lęki i przeżycia przelał na papier. I jak to Hugo-Bader – zrobił to po mistrzowsku.  Nie mogę tego samego powiedzieć niestety o Oldze Morawskiej, żonie Piotra, himalaisty, który zginął w 2009 roku podczas polsko-słowackiej wyprawy, której głównym celem było wejście nową drogą na zachodniej ścianie Manaslu w Nepalu. „Od początku do końca”, pierwsza książka Oli, którą napisała z mężem, już po jego tragicznej śmierci, na podstawie listów i notatek, miała upamiętnić życie i dokonania Piotra, zdobywcy sześciu ośmiotysięcz- ników. I na tym kariera literacka pani Morawskiej powinna się zakończyć, wiatr jednak powiał w żagle i powstała cała, nie wiedzieć komu potrzebna seria „Wakacje w…” (Danii, Norwegii, RPA, Kanadzie i Nepalu) – najlepszy przykład na to, że pisać można o wszystkim i dla wszystkich, zapominając, że coś co jest dla wszystkich tak naprawdę jest dla nikogo. Wracając do bieszczadzkiego wydawnictwa Czarne – czytałam „Jutro przypłynie królowa” Macieja Wasielewskiego, „Berlin – Moskwa” Wolfganga Büs- chera, „Światu nie mamy czego zazdrościć” Barbary Demick – wszystkie gęste i arcyciekawe. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie także „Dobra krew” Magdaleny Skopek, która spędziła kilka miesięcy na półwyspie Jamał wśród Nieńców.
W literaturze, jak w i życiu – liczy się jakość a nie ilość. Można napisać i wydać około trzydziestu pięciu nienadających się do czytania książek na przestrzeni dziesięciu lat i zostać travelbrytą jak Pawlikowska, można ze swojego nazwiska zrobić podróżniczą markę, jak Cejrowski i to też wymaga szczęścia, znajomości, pracy i siły przebicia. Tony Halik był tylko jeden. A pisać każdy może, jeden lepiej, inny… wiadomo. ☺

Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.