„Ceterum censeo”

Po dwudziestu czterech stuleciach nadal pamiętamy rzymskiego polityka, który każde swoje przemówienie w Senacie Republiki, bez względu na temat debaty, zwykł kończyć słowami: – „Poza tym uważam, iż Kartagina powinna zostać zniszczona!”. Czy premier Izraela, Benjamin Netanyahu swoim przemówieniem wygłoszonym (nomen omen) na Kapitolu przejdzie do historii 21 stulecia jako współczesny Katon?!
Bezwarunkowe poparcie Izraela przez Stany Zjednoczone jest jedną z nienaruszalnych zasad polityki zagranicznej USA, realizowanej przez Waszyngton bez względu na to, reprezentant jakiej partii zasiada aktualnie w Białym Domu. Dzieje się tak od czasu, kiedy Harry Truman pierwszy uznał istnienie Państwa Izrael, 67 lat temu. Udzielanie gwarancji bezpieczeństwa Tel Avivowi ma bardzo konkretne wymiary, wyraża się dla przykładu sumą 3 miliardów dolarów rocznego wsparcia w samych wydatkach zbrojeniowych. Izrael ma dostęp do najbardziej zaawansowanej technologii militarnej. Już sama ta zależność w zakresie obrony sugerować powinna pewną ostrożność w krytykowaniu polityki obecnej administracji.
Podważenie prestiżu prezydenta Obamy, wykazanie Jego braku realizmu w ocenie istniejących zagrożeń dlnetanyahu2_copy_340_220a pokoju w regionach zapalnych świata, lekceważenie żywotnych interesów sojusznika – to oczywisty cel republikanów, jaki chcieli zrealizować, użyczając forum Kongresu gościowi z Izraela. Na co liczył jednakże sam premier Netanyahu, zgadzając się na udział w tej tak oczywistej, anty-Obamowskiej demonstracji, przeprowadzonej przez szefostwo Partii Republikańskiej?
Zaproszenie do Kongresu szefa rządu obcego państwa, bez względu jak bardzo zaprzyjaźnionego, bez wiedzy zarówno Białego Domu jak Departamentu Stanu to nawet jak na obecne relacje obu wielkich partii Ameryki, niespotykanie agresywny atak nie tylko na samego prezydenta, ale jego polityczne prerogatywy. Kongres zajmuje się polityką krajową Stanów, natomiast prowadzenie polityki zagranicznej należy zwyczajowo do prezydenta, który jest w systemie amerykańskim samodzielną władzą wykonawczą. Kongres tworzy prawo, nadzoruje wydatki, ale podważanie autorytetu prezydenta na arenie międzynarodowej, i to w kwestii tak delikatnej jak międzynarodowe rokowania z Iranem to kompletny szok!
O tym, iż można mieć zastrzeżenia do kierunku polityki obecnego lokatora Białego Domu, nie trzeba nikogo przekonywać. Polskę bezpośrednio dotknęły skutki politycznej „rewizji” stanu relacji Waszyngtonu z Kremlem Putina (w tamtym czasie Miedwiediewa). Niesławny „Reset” odebrany mógł zostać jako demonstracja obniżonego zainteresowania Ameryki regionem Europy Wschodniej, wzmocnił np. wyraźnie politycznych sympatyków Rosji w samej Polsce, na co wskazywał ton ówczesnych wypowiedzi prezydenckiego doradcy, prof Kuźniara. Projekty ‚białych ksiąg” określające Rosję jako współgwaranta polskiego bezpieczeństwa, tworzone w okolicach BBN nie brały się wszak z powietrza.  Ale kręcenie głową dziennikarzy i komentatorów nad meandrami polityki Obamy na łamach rozmaitych publikatorów to jedno – a demonstracyjna krytyka prezydenckiej polityki z trybuny Kongresu przez zaproszonego gościa, to coś nowego.
Obserwatorzy amerykańskiej polityki o sympatiach liberalnych, w zasadzie bez wyjątku zadeklarowani przyjaciele Izraela, z ogromnym niepokojem przyjęli wystąpienie premiera w Kongresie. Ostre, bezkompromisowe potępienie umowy międzynarodowej regulującej program nuklearny Iranu, jaką negocjuje Biały Dom, do tego w sytuacji, kiedy sam tekst tej umowy jest tajny, złamał pewne zasady. Nie raz zdarzało się w przeszłości, iż interesy Izraela niekoniecznie płynęły tym samym torem, co interesy Waszyngtonu. Nigdy jednak ani jedna ani druga strona nie pozwalały na upublicznianie tego faktu. Dziś republikanie wychwalają izraelskiego premiera pod niebiosa, ale demokraci patrzą na kongresową demonstrację ze skwaszonymi minami. W geście bez precedensu, 58 z nich wystąpienie Netanyahu zbojkotowało!
Czy premier Netanyahu naprawdę liczył na to, iż swoją bezwzględną krytyką zmusi Obamę do zmiany polityki, podarcia negocjowanego ‚dealu’ z Iranem? Czy premier Izraela liczy na to, iż za dwa lata nowy lokator Białego Domu, bez względu na partyjną przynależność, zaakceptuje jedyną opcję w stosunkach z Iranem, postulowaną przez niego – bombardowania Iranu w celu zniszczenia ośrodków wzbogacania uranu?
Przyjaciele Izraela w Partii Demokratycznej są postępowaniem izraelskiego gościa zaszokowani. Część z nich podejrzewa w tym grę obliczoną na użytek wewnętrzny. Za dwa tygodnie w Izraelu nastąpią przedterminowe wybory. Jedynym zaś tematem, na którym Netanyahu może zbić polityczny kapitał jest jego wojowniczy, bezwzględny nacisk na militarne rozwiązanie irańskiego zagrożenia.  Jednocześnie z werbalnym atakiem na negocjowane porozumienie, po cichu jednak izraelska delegacja wnosi o zwiększenie finansowania na system obrony antyrakietowej. Miałby on kosztować Pentagon dodatkowe 300 milionów dolarów, co w klimacie bolesnych cięć wydatków obronnych łatwe do przeprowadzenia nie będzie. Pani Rice, doradca ds bezpieczeństwa zapewniała najsilniejszą organizację proizraelską w Ameryce o gotowości obecnej administracji do inwestowania w zdolności samoobrony Izraela. Żądane sumy są duże, i bez zdecydowanego poparcia tego programu przez Prezydenta z dodatkowymi funduszami może być ciężko. Wszak Obama może łatwo pomóc tymczasowo „zamrozić”, wyczekując na werdykt wyborczy Izraelczyków. Agresywna kampania wyborcza, prowadzona w Kongresie USA, jeżeli rzeczywiście tym należy tłumaczyć bezprecedensową obrazę Białego Domu przez obcego polityka, może przynieść autorowi skutek odwrotny od planowanego.

WMW

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.