Antymatka radzi

Lenore Skenazy, mama dwójki dzieci z Nowego Jorku, zyskała sobie przydomek „najgorszej matki Ameryki” po tym, jak przyznała w jednym ze swoich artykułów, że pozwoliła młodszemu synowi, wtedy 9-latkowi, samotnie skorzystać z metra.
Fala krytyki, która na nią wtedy spadła, łącznie z groźbą aresztowania pod zarzutem narażenia dziecka na niebezpieczeństwo, tylko wzmocniła jej pragnienie przekonania pełnych obaw rodziców, by dali swoim dzieciom odrobinę wolności. Bez niej pociechy nie rozwiną pewności siebie i odporności niezbędnych do radzenia sobie z wyzwaniami, które postawi przed nimi życie.Free-range-1-550x369
Jednym ze skutków całego zamieszania była wydana w 2009 roku książka „Free Range Kids: How to Raise Safe, Self-Reliant Children (Without Going Nuts With Worry)” (Dzieciaki z wolnego wybiegu: Jak bezpiecznie wychować samodzielne dzieci (i nie zwariować z troski) – tłum. red.). Drugim – Free Range Kids Project i 13-odcinkowa seria pod tytułem „Najgorsza matka na świecie”, której pierwszą odsłonę można było zobaczyć na Discovery Life Channel 19 stycznia. Skenazy przychodzi w niej na ratunek dzieciom wychowywanym pod kloszem przez nadopiekuńczych rodziców. Bezpiecznie przeprowadza młodych ludzi przez szereg zakazanych dotąd czynności i pokazuje rodzicom, jak dobrze radzą sobie z nimi ich pociechy i jak wielką napawa je to dumą.
Przesadny strach
Określenie “helikopterowi rodzice” odnosi się nie tylko do tych, którzy nieubłaganie krążą wokół  szkolnego i muzycznego rozwoju swoich dzieci. Jak pokazano w pierwszym odcinku serii, dotyczy ono także bardzo kochającej mamy 10-letniego Sama, która nie pozwala mu jeździć na rowerze („boi się, że spadnę i się skaleczę”), kroić sobie mięsa na talerzu („myśli, że odetnę sobie palce”) albo uprawiać „brutalnych sportów”, jak łyżwiarstwo. Zestresowany Sam prosi: „po prostu chcę sam robić niektóre rzeczy”.
W wywiadzie Skenazy mówi: „Historie, które słyszymy praktycznie na każdym kroku, wyprały nam mózg. Wydaje nam się, że w każdej chwili, w której nie nadzorujemy bezpośrednio naszego dziecka, narażamy je na niebezpieczeństwo”. Liczba informacji na temat przestępstw, która do nas dociera, wytworzyła atmosferę przesadnego strachu przed niebezpieczeństwami czyhającymi na dziecko, jeśli tylko pozwolimy mu samemu się pobawić.
A przecież, jak podaje dr Peter Gray, psycholog z Boston College, „aktualny wskaźnik obcych porywających lub molestujących dzieci jest bardzo niski. Jest znacznie bardziej prawdopodobne, że coś złego spotka dziecko z ręki krewnego lub przyjaciela rodziny. Statystyki dowodzą, że nie ma wzrostu zagrożeń w okresie dzieciństwa. Jeśli już, to powinniśmy mówić  o ich spadku”.
Niesamodzielni dorośli
Eksperci twierdzą, że obecnie obcy nie dopuszczają się większej liczby przestępstw wobec dzieci – a prawdopodobnie mniejszej – niż wtedy, gdy ja dorastałam; w latach 40. i 50., gdy do szkoły chodziłam sama i na podwórku bawiłam się z przyjaciółmi bez ciągłego nadzoru dorosłego. „Świat nie jest idealny – nigdy nie był – ale mieliśmy w zwyczaju ufać naszym dzieciom, a one uczyły się zaradności” – mówi Skenazy – „Wiadomość, jaką ci nadopiekuńczy rodzice przekazują swoim dzieciom, brzmi „kocham Cię, ale w Ciebie nie wierzę. Nie wierzę, że możesz nauczyć się tyle, co ja”.
Gray mówi w wywiadzie: „jeśli dzieci nie mogą podejmować rutynowego ryzyka, jest bardziej prawdopodobne, że nie będą potrafiły poradzić sobie z prawdziwym ryzykiem, kiedy się ono zdarzy”.
Dobry przykład: jego biuro doradztwa uczelnianego zanotowało podwójny wzrost połączeń alarmowych w ostatnich pięciu latach „dotyczących głównie problemów, które kiedyś dzieciaki rozwiązywały same”, jak kłótnia ze współlokatorem, czy mysz w pokoju. „Studenci są przygotowani pod względem akademickim, ale nie potrafią poradzić sobie z codziennym życiem, co wynika z faktu, że wcześniej nie mieli okazji borykać się ze zwykłymi problemami” – mówi Gray. „W ciągu ostatnich 60 lat nastąpiła ogromna zmiana – dobrze opisana przez socjologów – w czasie, jaki dzieci spędzają bawiąc się poza domem – o prawie połowę krócej niż ich rodzice w dzieciństwie” – dodaje.
Nauka poprzez zabawę
Wcześniej dzieci same wymyślały sobie zabawy i dzięki temu zdobywały niezbędne w życiu codziennym umiejętności. „W takich grach, w których dzieci same wymyślały zasady i do których można było dołączyć w dowolnym momencie – mówi Gray – dzieci musiały negocjować i decydować, co jest sprawiedliwe, tak by wszyscy uczestnicy zabawy byli zadowoleni. Rozwijały kreatywność, empatię i zdolność „czytania umysłów” innych graczy, zamiast oddawania wszystkiego – tworzenia zasad i rozwiązywania problemów – w ręce dorosłych”.
Gray łączy astronomiczny wzrost liczby przypadków depresji i zaburzeń lękowych wśród dzieci, których jest od pięciu do ośmiu razy więcej niż w latach 50., ze spadkiem swobodnej zabawy między małymi dziećmi. „Młodzi ludzie mają dziś niższe poczucie kontroli nad własnym życiem i większe poczucie tego, że są ofiarami okoliczności, co zapowiada depresję i lęki” – mówi.
Ograniczanie dzieciom dostępu do zabawy na świeżym powietrzu, ponieważ nie ma dorosłego, który mógłby je pilnować, ma też fizyczne konsekwencje. Dzieci spędzają dziś znaczniej więcej czasu w domu, co przyczynia się do wzrostu liczby przypadków otyłości i cukrzycy typu 2 u dzieci. Wiele szkół podstawowych zrezygnowało nawet z zabaw na świeżym powietrzu wierząc, że lepiej ten czas poświęcić na wypełnianie dziecięcych umysłów faktami i liczbami.
„Dzieciństwo powinno być czasem wolności i zabawy, a nie budowania CV do szkoły wyższej” – mówi Gray.
Jak ujęła to Skenazy: „jeśli rodzice naprawdę wierzą, że dzieci muszą być nadzorowane przez cały czas, to nie mogą iść do szkoły, bawić się w parku, czy wstać w sobotę rano, by pojeździć na rowerze i przeżyć jakąś przygodę”.
Korzenie i skrzydła
Discovery Life Channel sprawdził około 2 tys. rodzin, by wybrać z nich 13 par rodziców sparaliżowanych lękiem o dzieci, jednak poszukujących pomocy. „Ci rodzice nie przywykli do wypełniania poleceń – opowiada Skenazy – Wielu nie było zbyt zadowolonych z tego, że mnie widzi. Jednak gdy duma z osiągnięć ich dzieci zastąpiła lęk, wpadali w euforię – zadowoleni i zrelaksowani zamiast pełni lęku”.
Skenazy spędziła cztery dni z każdą z rodzin, codziennie wprowadzając nowe wyzwanie. Sam nauczył się kroić ser i pomidory ostrym nożem, a potem zrobił kanapki rodzicom. Zaczął też jeździć na rowerze.
„Nie gwarantuję, że rozwieję wszelkie ich obawy. Chcę tylko dać im odrobinę pewności siebie tak, by poluzowali trochę uścisk, w którym trzymają swoje dzieci” – mówi – „Dzieci potrzebują korzeni i skrzydeł. Rodzice pozwalają im zapuścić korzenie. Ja daję skrzydła”.
Jane E. Brody
NYT

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.