A ja na to, jak na lato

kajaOd trzech lat mam lipiec tylko dla siebie. Od trzech lat o tej porze roku Paweł wyjeżdża do Europy z Maestro Rozbickim i muzykującą młodzieżą. Na początku jest cisza.
Pusty dom żyjący dziwnymi dźwiękami nagle przebudzonej drukarki, wiatru łopoczącego parasolem przeciwsłonecznym na patio i ćwierkaniem ptaków, które uwiły sobie gniazdo w kominie. Samotność cieszy mnie przez pierwszy tydzień. Potem nastaje czas couchsurferów (pisałam o nich i całej idei kiedyś, sprawdźcie www.couchsurfing.org, jeśli pamięć zawodzi). Przyjeżdżają z różnych stron świata; w tym roku z Czech, Anglii, Niemiec, Rosji, Finlandii i USA. Samotnie podróżujące dziewczyny, pary studentów, które wybrały się w wymarzoną włóczęgę po Ameryce Północnej, rodziny z małymi szkrabami, pragnące w drodze na camping zobaczyć wodospad. Całe dnie spędzają poza domem, wieczorami siedzimy i gadamy o planach, marzeniach, o świecie, różnicach kulturowych, życiu w Kanadzie, podatkach, gejach, wierze, filmach, kuchni i przeżytych przygodach. Każdego zachwyca Pawłowa kolekcja przewodników, zajmująca trzy spore książkowe półki. Pytają zazwyczaj, w którym kraju poza Kanadą chciałabym żyć i jakie najbardziej mrożące krew w żyłach momenty przeżyliśmy podczas podróży. Opowiadając w naturalny sposób systematyzuję i układam wszystkie wydarzenia,  wydłubuję je z zapadlin pamięci – dzieje się przecież tyle, że nie sposób wszystko pomieścić. Były w ciągu ostatnich sześciu lat właściwie tylko dwie takie sytuacje, które namieszały nam w planach, a z których, pomimo początkowej grozy, udało nam się wybrnąć. Było też kilka, których udało się jakimś cudem uniknąć – choćby ta w w lutym 2011, kiedy Paweł z grupą wyjechał z Christchurch w Nowej Zelandii dzień przed silnym trzęsieniem ziemi (6.3), które zniszczyło doszczętnie centrum miasta i pochłonęło życie 185 osób.
Robię różne zapiski (nie tylko podróżne) od siódmego roku życia. Wszystko zaczęło się od niebieskiego zeszytu z Myszką Miki, który z Paryża przywiozła mi Teresa, jedna z moich ulubionych „przyszywanych” cioć. Takich zeszytów nie było w sklepach w 88’. Nie bardzo wiedziałam jak spożytkować prezent, nie można przecież tak ładnego zeszytu przeznaczyć było na zupełnie prozaiczną matematykę czy środowisko. Mama mi wtedy dobrze doradziła – zacznij pisać pamiętnik. Zaczęłam i nigdy potem tak naprawdę nie skończyłam. Na przestrzeni lat pisanie stało się moim jedynym nałogiem, a także drogą ucieczki, sposobem na wyrzucenie z siebie wszystkich frustracji, negatywnych emocji i trosk. Historie rzeczywiste zaczęły przeplatać się z marzeniami. Powstało (i nadal powstaje)   26. letnie studium psychologiczne polskiej dziewczynki wychowanej na kanwie zdychającej komuny, dynamicznych zmian lat 90., przystąpienia do Unii Europejskiej, a w końcu – szerokich horyzontów Świata. Tyle, że to zapiski stuprocentowo prywatne, takie, które wcześniej zje ogień niż ujrzy oko wydawcy. Równolegle jednak powstają opowieści oparte na obserwacjach z podróży, spisywane z zamierzeniem przyszłej publikacji, do której zresztą kilka osób usilnie mnie namawia. Na wszystko jest podobno w życiu odpowiedni czas, na siew i na plon, więc ujmę to tak – posiałam słowa, patrzę jak rosną i dojrzewają we mnie, któregoś dnia wejdę głęboko w pole własnego umysłu i zbiorę, co wyrosło. Tymczasem wrócić chciałam do jednej z tych mrożących w żyłach historii, która dzięki moim gościom ponownie ożyła.

Previous Image
Next Image

info heading

info content


7 – 9 stycznia, 2013 – Tulear – Antananarywa – Mauritius/La Mornea;
Dziewiątego stycznia wieczorem wyszliśmy wszyscy w komplecie z lotniska na Mauritiusie, co po wszystkich wydarzeniach trzech ostatnich dni wydawało się do ostatniego momentu niewykonalne. W powietrzu unosił się słodki, miodowy zapach jakichś krzewów, droga nie znała ani jednej dziury, ciemność miała w sobie niepokojący spokój, nikt nie leżał na poboczu, nie załatwiał potrzeb fizjologicznych, na rogatkach nie czatowali pijani policjanci, zniknęły gnane do zagród stada zebu… jakbyśmy wylądowali w innej rzeczywistości. Magadaskar zdecydował bowiem nie wypuścić nas tak łatwo ze swoich egzotycznych, dzikich, pierwotnych, silnych ramion. Najpierw Air Madagaskar odmówił zabrania nas na pokład samolotu z Tulearu do Tany. Duży miał usterkę, mały – za mało miejsc, najłatwiej było wysiudać dużą grupę, trafiło na nas. Następnego dnia (czyli wczoraj), po południu mieliśmy połączenie z Tany na Mauritius i jedynym sposobem, który pozwoliłby nam zdążyć na połączenie było natychmiastowe wyruszenie autobusem w drogę powrotną do stolicy. Dystans – około 1000 km. Czas przejazdu – około 18 godzin. Sprawnie spakowaliśmy cały majdan i ruszyliśmy w trasę. Na horyzoncie mignął nam tylko samolot, na którego pokładzie powinniśmy właśnie być – ten, w którym zabrakło dla nas miejsc. Kilka kilometrów za miastem zatrzymali nas lokalni kierowcy. Jedyna droga wyjazdowa z Tulearu została zablokowana przez wściekłą ludność z pobliskiej wsi. Z rozmowy z policją dowiedzieliśmy się, że kilkanaście dni wcześniej rozstrzelano wielu złodziei zebu, miał zebrać się jakiś lokalny rząd by rozsądzić winnych, ale nikt się oczywiście nie pofatygował, więc poszkodowani postawili się policji, zamknięto drogę, a sytuacja delikatnie wymykająca się spod czyjejkolwiek kontroli nie wróżyła nic dobrego. Wróciliśmy do hotelu. W biurze Air Madagaskar powiedziano nam, że jeśli polecimy to dopiero następnego dnia i że w sumie to powinniśmy być im wdzięczni, bo na ten dzień nie ma w ogóle zaplanowanego lotu Tulear – Tana i muszą zmienić trasę innego samolotu z Port Dolphin. Potem przewodnik dostał cynk, że odblokowali drogę. Kolejne pospolite ruszenie i znów wyruszamy w trasę. Stajemy w tym samym miejscu, co kilka godzin wcześniej. Droga jest nadal nieprzejezdna. Wracamy do hotelu, tym razem na noc. Air Madagaskar stawia nam kolację w ramach rekompensaty za overbooking. Marne pocieszenie – wiemy już na pewno, że na samolot dnia następnego nie zdążymy, teraz priorytetem jest wydostać się z Tulearu. W oczekiwaniu na samolot, który przyleci, kiedy przyleci, jeśli przyleci w ogóle – jedziemy na plażę do Ifaty wyboistą drogą przez piaski i rybackie wioski. Wieczorem szczęśliwie lądujemy w Tanie. Jeden krok do przodu, tyle że na Mauritius jeszcze tysiąc kilometrów, a samolot odleciał bez nas… W sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się dzięki niefrasobliwości Air Madagas- kar, każda poważna linia lotnicza powiedziałaby najprawdopodobniej, że jedyne, co możemy zrobić, to kupić nowe bilety na kolejne połączenie. Air Mauritius na szczęście okazał się firmą nawet nie tyle wyrozumiałą, co bardzo nam przychylną, ironia polegała tylko na tym, że na dzisiejszy lot przygotowano mniejszy samolot i nie dla wszystkich znalazły się miejsca. Los sześciu osób zawisł w powietrzu przesyconym mdlącym zapachem biedy, brudu i nagrzanego słońcem rynsztoka. A jednak poszliśmy w Tanie na kolację do pobliskiej, bardzo przyjemnej restauracji i pełni wiary w realizację niemożliwego. Dziś Paweł po raz kolejny udowodnił, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych i że jest w stanie wysłać osiemnaście osób jednym samolotem, nawet gdy nie ma w nim wystarczającej liczby miejsc. Dostaliśmy cztery miejsca w klasie biznes i dwa ostatnie w chwili ostatniej, jako stand-by, kiedy ktoś inny nie zdążył na swój samolot przez fochy Air Madagascar. I oto jesteśmy – cali, zdrowi i w komplecie na Mauritiusie, który dziś faktycznie wydaje się nam pierwowzorem raju.
Pomimo całego zamieszania i komplikacji Magadaskar, jako jeden z najbardziej autentycznych i prawdziwych, do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych miejsc na Ziemi.

REKLAMA_argentyna_kolorKaja Cyganik
www.wycieczki.ca

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.