31 grudnia 1775 – Zimowa Bitwa o Quebec City

Siarczyste mrozy, lodowate podmuchy wiatru, śnieżne burze – słowem, warunki pogodowe określane ludowym powiedzonkiem, iż “psa by się na dwór nie wygoniło”. Czy w takich warunkach można w ogóle myśleć o prowadzeniu działań bojowych, o inwazji? Zimowe warunki sprawiają, iż nie trzeba nawet wroga pokonać w polu, wystarczy zamknąć się w twierdzach lub wycofać daleko poza zasięg artylerii i poczekać, aż agresorowi skończą się zapasy, a choroby przetrzebią szeregi oraz obniżą do zera morale przemarzniętych na kość, wygłodzonych i chorych żołnierzy.
Historia uczy jednakże, iż owszem – można iść na wojnę w zimie, jeżeli jest się wodzem upartym a pozbawionym rozsądku, bądź opętanym ideologią, pogłębioną wiarą we własny geniusz.
W dziejach wojskowości pojęcie “generał Zima” kojarzy się nieuchronnie z kampaniami w Rosji, gdzie mordercze mrozy i zawieje zniszczyły w roku 1812 inwazyjne armie “Boga Wojny” a sto trzydzieści lat później unieruchomiły pancerne zagony Hitlera. Zapewne nikomu jednakże zimowe batalie nie skojarzą się z Kanadą. Tymczasem to właśnie w dziejach Kanady doszło do kluczowej bitwy w grudniowej śnieżycy, na którą to śnieżycę, wbrew wszelkiej logice oczekiwali jak zbawienia dowódcy inwazyjnej armii Trzynastu Kolonii. I to w ostatnim dniu roku!
Kiedy amerykańscy koloniści szykowali się do walki o niepodległość z Imperium Brytyjskim, jednym z kluczowych elementów ich planu było zajęcie obszaru Brytyjskiej Ameryki. W swojej propagandzie wzywali oni mieszkańców nowo przeorganizowanej przez Act of Quebec (z czerwca roku 1774-go) prowincji do “podniesienia się z poniżenia i uwolnienia od gubernatorów, intendentów i wojskowych tyranów”. Jednakże amerykańskie myślenie o Quebecu lekceważyło kompletnie realia polityczne jakie autor nowego porządku prawnego, gubernator Sir Guy Carleton, pierwszy baron Dorchester, stworzył francuskim kolonistom. Jednym z najważniejszych elementów brytyjskiej polityki wobec podbitych terytoriów dawnej Nowej Francji było pozostawienie w mocy francuskiego prawa, francuskiego systemu senioralnego oraz…. swobody kultu dla Kościoła Katolickiego. Tymczasem Kongres Kontynentalny uważał sam dokument z roku 1774-go za jeden z pięciu podstawowych “Intolerable Acts” świadczących o ‘brytyjskiej tyranii’ wobec kolonii, zaś samą religię katolicką określał jako …. szatańską. W takiej sytuacji wybuch Rewolucji Amerykańskiej został przyjęty przez większość Kanadyjczyków z Quebecu raczej obojętnie, przy jedynie lekkiej sympatii tych środowisk Montrealu, które zajmowały się handlem z południowymi stanami. Nieuchronna wojna miała nawet te nikłe pokłady sympatii szybko obrócić w niechęć. Zwłaszcza kiedy amerykańscy rewolucjoniści zakazali mieszkańcom okupowanego Montrealu odprawiania mszy św. w okresie Świąt Bożego Narodzenia 1775-go!
Decyzję o inwazji Quebecu podjęto już 27 czerwca 1775-go roku. Głównym celem ataku stać się miała stolica prowincji, Quebec City. Upadek tego miasta i twierdzy oznaczałby praktycznie likwidację brytyjskiej obecności lądowej na kontynencie, ograniczając obszar walki do wybrzeży, gdzie przewaga Royal Navy dawała wsparcie wojskom JKMości, pozwalając m.in. na okupację Nowego Jorku i Filadelfii. Właśnie ten element planów inwazyjnych – ograniczony dostęp Royal Navy do Quebec City przez zamarzającą rzekę Św. Wawrzyńca – dawał szansę, zdaniem amerykańskich planistów, na zajęcie odciętej od wsparcia w ludziach i materiałach wojennych  twierdzy.
Na nieszczęście dla Amerykanów, zajęcie małego Fort Saint-Jean zabrało Armii Kontynentalnej czas aż do listopada, co pozwoliło głównodowodzącemu Sir Carletonowi na planową ewakuację Montrealu oraz odpowiednie zaprowiantowanie miasta i przygotowanie fortyfikacji na podejściach do murów Quebec City.
Sam marsz 1100 żołnierzy wydzielonych sił Armii Kontynentalnej na Quebec, pod wodzą płk. Arnolda  stał się drogą przez mękę. Źle zaprowiantowane oddziały cierpiały autentyczny głód, co w połączeniu z koniecznością przekraczania lodowatych rzek i znoszenia zacinających deszczy, skutkowało chorobami i masowymi dezercjami świeżych rekrutów, którzy w początkowym okresie konfliktu nie mogli się nawet równać z regularnym wojskiem.

 

Kiedy Arnold 8 listopada dotarł nad Rzekę Św. Wawrzyńca, miał pod swoją komendą już jedynie ok. 500 ludzi. 28 listopada dołączyła jednakże do niego kolumna gen. Montgomery’ego, który po zajęciu 13 listopada ewakuowanego Montrealu, sprawnym marszem dotarł pod umocnienia Quebec City. Amerykanie, mając teraz ok. 1200 regularnych żołnierzy i milicji,  zajęli teren histo- rycznej bitwy z czasów Wojny Siedmioletniej, rozkładając namioty na Polach Abrahama i… czekali. Na co? Najpierw na efekt samej swej obecności. Aroganckie w tonie listy najpierw Arnolda, a potem Montgomery’ego z żądaniem poddania samego miasta i całej prowincji Armii Zjednoczonych Kolonii pozostały jednakże bez odpowiedzi; Gubernator Carleton wrzucił je po prostu do kominka. W doskonale ufortyfikowanym i zaopatrzonym teraz mieście miał pod swoim dowództwem garnizon w sile 1200 ludzi.
Oblężenie Quebecu w warunkach zimowych oczywiście nie rokowało powodzenia, przekonani jednak o swej przewadze i zdeterminowani zdobyć miasto, Montgomery i Arnold zdecydowali się zatem na frontalny atak na dolną, słabiej w ich przekonaniu bronioną część miasta. Z zaplanowanym atakiem piechoty, prowadzonym równocześnie z dwóch kierunków, czekali teraz z utęsknieniem na … śnieżną burzę, która miała pozwolić atakującym dotrzeć niepostrzeżenie pod umocnienia. Amerykańscy dowódcy musieli się spieszyć także z innego powodu. Ich żołnierze – “enlisted men” – mieli bowiem kontrakty podpisane tylko do… 31 grudnia 1775 i z nowym rokiem należało się liczyć z ich masowym powrotem do domów!
Oczekiwany sztorm nadszedł wreszcie 30 grudnia. Amerykański atak, wyznaczony na ranne godziny 31-go zainicjowały dwie race wystrzelone przez samego Montgomery’ego. Jego brygada przeszła następnie nadbrzeżem, pod bastionem ‚Cape Diamond’, kierując się na blokhause Pres-de-Ville, gdzie ku kompletnemu zaskoczeniu Amerykanów, czekało na nich goto- wych do walki 30 francuskich Kanadyjczyków z lokalnej milicji. Już pierwsza salwa obrońców okazała się decydująca. Od kul zginął natychmiast sam gen. Montgomery oraz trzech jego kolejnych zastępców. Pozostały przy życiu oficer zarządził odwrót, ale odstępujących kładły kolejne salwy muszkietów.

Cdn…
WMWojnarowicz

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.