Z daleka od szosy (46) – Coś nowego w okolicy

Kiedy myślałem, że widziałem już wszystko w okolicy Welland, nagle okazało się, że wcale nie. Zaczęło się od tego, że postanowiłem podjechać do największego w Kanadzie centrum wioślarzy. Miejsce znajduje się kilka ulic ode mnie. Długich ulic, ale i tak to tylko może 5 km. Te ulice to Wellington St i Memorial Park Dr.  do Ontario Rd i potem na południe na Prince Charles Dr. czyli H-wy 54. Tam, nad starym, nie używanym od wieku kanale znajduje to wioślarskie centrum. Woda była przezroczysta jak kryształ, ktoś pływał kajakiem a obok kajaka ktoś inny trenował pływanie wpław. Wypiłem nad wodą kawę, patrzyłem na te zmagania, gdy nagle nisko nad kajakiem i pływakiem, prawie dotykając ich głów przeleciało duże stado gęsi.

Wsiadłem do samochodu, cofnąłem się do H-wy 54 i pojechałem jeszcze kilka km na południe. Skręciłem w Forks Rd. na wschód i dojechałem do kolejnego odcinka starego kanału, gdzie również znajdowała się dwukilometrowa trasa regatowa dla wioślarzy. Był tam już tylko parking, bardzo długi, wzdłuż kanału i pusty tego późnego popołudnia. Była tam też tablica, że tu zaczyna się Port Colborne i że dalej można już tylko piechotą lub na rowerze.

Znajduje się tam również most kolejowy nad kanałem, który kiedyś był podnoszony by mogły przepływać pod nim statki, a teraz, bardzo już zardzewiały dalej służy pociągom i widać po lśniących szynach, że dość często. W dali, po drugiej stronie mostu widać było cysterny kolejowe i zabudowania miasteczka Dain City.  Na pewno któregoś dnia wybiorę się w te okolice z psem. Tym bardziej, że gdy cofnąłem się kilkaset metrów i skręciłem w lokalną drogę na południe dotarłem do Mud Lake Conservation Area, a zaraz potem do tablicy z napisem „Leash Free”. Skręciłem tam natychmiast i o ile sam ogrodzony teren dla psów był jak większość innych, to okolica na tysiąc hektarów wokoło to piękne dzikie łąki aż proszące się do spacerów, zwłaszcza teraz w październiku, gdy kolory traw i dzikich kwiatów są oszałamiające.

12 października 2020 roku. Święto Thanksgiving. Dzień jak każdy. Tak by się wydawało. Tylko ogień dzisiaj jest inny. Ogień jest brzoskwiniowy. To chyba ostatni dzień lata tutaj w Ontario, w Welland, w Kanadzie. Już niedługo temperatura spadnie do kilku stopni i jesienny deszcz zaciągnie na przynajmniej tak długo jak sięga prognoza pogody. Dziwne to, bo ciągle jeszcze była piękna słoneczna pogoda, jak przez większość tego lata. Krótki rękaw i krótkie spodnie, dziewczyny jak na plaży. A to przecież już połowa października. Poniedziałek dzisiejszy też był ciepły i słoneczny. Wziąłem puszkę piwa i szklankę, rozpaliłem ogień w ogrodzie, położyłem na nim ruszt. Ogień brzoskwiniowy. Czemu brzoskwiniowy? Bo takie miałem drewno. Kawałki, niektóre całkiem spore, dobrze wysuszone, dobrze się paliły. Lubię patrzeć w ogień, patrzeć, jak się zmienia i tańczy, jak zbiera się żar. Patrzyłem w ten ogień i myślałem o toczących się losach ludzkich, o pamięci, o przyjaźniach trwających i przemijających, o tych, którzy pomagają i o tych, którzy o tym zapominają. Jak często wygodnie jest zapomnieć o ludziach, którzy nam pomogli. Jak łatwo zbagatelizować i pomniejszyć pomoc, która tak ważna była wtedy, gdy jej potrzebowaliśmy i jak niewiele znacząca jest dla nas, gdy już jej nie chcemy… Myśli takie kłębiły mi się po głowie, gdy nagle z rozmyślań wyrwało mnie szczekanie psa i łomot do ogrodowej furtki. Wstałem z fotela przy ogniu i poszedłem zobaczyć kto się dobija. To był Grzegorz, kolega też mieszkający w Welland. Przyjechał z życzeniami na Thanksgiving i z flaszką własnej nalewki przecudnej roboty. Melancholia przepadła gdzieś w brzoskwiniowym ogniu. Dobrze mieć przyjaciół.

Cdn. Marek Mańkowski