Jeżeli ktoś marzy o  spłynięciu dziewiczą rzeką, przeżyciu ekscytującej wyprawy z dala od ludzkich siedzib, lepszego miejsca nie znajdzie. Można na przykład wybrać się szlakiem poszukiwaczy złota. 12 sierpnia 1896 w dolinie rzeki Klondike, leżącej na terytorium Jukon w północnej Kanadzie odkryto złoto. Szał ogarnął całą Amerykę, z Kanady i Stanów Zjednoczonych sto tysięcy ludzi rzuciło się po skarb. Wielu z nich zginęło na północnych szlakach, nie wytrzymali bezwzględności dzikiej przyrody.
Nad rzeką Jukon poszukiwacze założyli miasto Dawson City, które opustoszało trzy lata później, gdy odkryto wielkie pokłady złota na Alasce. Spływ rzeką Jukon to wyzwanie, na rzecznej trasie do Dawson City wielu poszukiwaczy złota traciło swój dobytek lub ginęło, gdy ich tratwy wywracały się na spienionych odcinkach. Dziś w nowoczesnych kanoe szanse przeżycia są większe. Na tych, którzy się odważą, czekają niezapomniane wrażenia. I chmary komarów. Ale atutem jest prawdziwa, nieskażona przyroda.

 

O swojej wyprawie przez Jukon opowiada Marcin Gienieczko.

Na obszarze dwukrotnie większym od Polski mieszka tylko 36 tys. osób, a niedźwiedzi grizzly według tutejszych myśliwych jest aż 80 tys. Drogą, którą prowadził niegdyś rurociąg zwany Canol, idę pieszo przez 250 km. Swoim canoe pokonam kolejne 760.
Kilka lat temu ruszyłem na Canol Trail z zamiarem pokonania tego szlaku zimą na nartach. Wówczas przemierzyłem na nartach i skuterem część South Canol Trail. W rok później, latem udało mi się pokonać najtrudniejszy odcinek Canol od granicy z Jukonem po rzekę Carcajou (NWT) wraz z Rupertem Dookiem, 40-letnim podróżnikiem z Yellowknife. Jednak wciąż marzyłem, żeby pokonać odcinek z Johnson’s Crossing do Ross River – niewielkiej osady indiańskiej, gdzie rozpoczyna się szlak North Canol. Zdecydowałem więc samotnie wyruszyć do Ross River i dalej przemierzyć o własnych siłach cały Jukon. W sumie pokonałem trasę ponad 1000 km od Johnson’s Crossing przy Alaska HWY, przez Ross River, aż po Dawson City.
Oko w oko z niedźwiedziem
Na niewielki wózek pakuję wszystko, co potrzebne do przetrwania w dziczy: plecak, dwa wory z żywnością, kuchenki, siekierę, namiot. Do przejścia mam 246 km. Ciągnę ,,rikszę” przez doliny. Kijkami podpieram się w trakcie przeprawy przez rzekę. Szeroka na 2 m droga odbija w głęboki las. Około 60 km od głównego szlaku South Canol znajduje się kopalnia złota. Tutaj drogocenny kruszec wciąż jest wydobywany, choć od gorączki złota, która wybuchła na Jukonie w 1897, minęło ponad 100 lat.

Dookoła mnie las. Nagle zauważam w oddali czarny kształt. To niedźwiedź! Idzie w moją stronę. Jestem od niego jakieś 15 metrów. Gwiżdżę. Baribal (czarny niedźwiedź) nadstawia uszu. Jego słuch jest wyostrzony. Zamieram w bezruchu. Próbuję wystrzelić petardę hukową. Nie działa. Zaciskam dłoń na siekierze, tak jakby miało mi to coś pomóc. Olbrzym zajada się jagodami i na szczęście odchodzi.
Dziki Jukon
Jukon to ostatnie dziewicze rejony na ziemi. Na jednego człowieka przypada tu pięć łosi.

To jedno z tych nielicznych miejsc, gdzie słychać bicie własnego serca. Czuję się osamotniony i zagubiony w tych olbrzymich przestrzeniach. Idę wzdłuż rzeki Nisutlin. Komary gryzą niemiłosiernie. Jest ich mnóstwo. Nie można spokojnie zjeść. Żadne preparaty nie działają. Najlepszym wyjściem z sytuacji jest szczelnie owinąć moskitierą głowę. Wieczorem docieram nad jeziora Lape Lakes. Kolejne dni nie różnią się zbytnio od siebie.
Każdy krok zbliża mnie do celu. Welcome to Ross River. Po przejściu 246 km w ciągu 7 dni docieram do drogi Robert Campbell HWY, która prowadzi do miasteczka Ross River. Rozluźniony zakładam słuchawki MP3 na uszy i idę szutrową drogą w stronę miasta. W Ross River czeka na mnie moje canoe. Łódź ma kształt indiańskiego czółna, tyle że w nowoczesnej formie. Ma cztery i pół metra. Waży 33 kg, a ładowność wynosi 386 kg. Samo Ross River to senna osada. To stąd prowadzi dalsza droga North Canol aż do Canol Hertige Trail. Mieszka tu około stu osób, w większości Indianie. Biali są nauczycielami, policjantami, jest też paru myśliwych.
Spływ Pelly River
Pakuję w wodoodporne worki 50 porcji żywności liofilizowanej Lyofood. Spływać będę dziką rzeką Pelly – jednym z dopływów Jukonu. Rzeka wypływa z lodowców na zachodnich zboczach gór Selwyn na wysokości powyżej 1400 metrów, w pobliżu granicy Jukonu z Terytoriami Północno-Zachodnimi. Ma kilka zdradliwych bystrzy, co przy wysokiej wodzie może być dużym problemem.
Do canoe wkładam dodatkowo dwa zapasowe wiosła. Przywiązuję się cumą rufową. W razie wywrotki popłynę razem z nim. Jest duża szansa, że w taki sposób nie zgubię mojej łodzi. Pogoda nie jest łaskawa. O płachtę przeciwbryzgową canoe uderza grad wielkości orzechów laskowych. Ręce kostnieją. Rzeka nabiera impetu. Palce mam poobijane od uderzeń wiosłem o krawędzie burty. Ból jest nie do zniesienia. Pojawiają się liczne mielizny, łachy piaskowe. Rzeka Pelly jest wyzwaniem także dla doświadczonych wodniaków. Nie ma tu żadnej cywilizacji. Na Canol można było chociaż spotkać myśliwego, tutaj nie ma żywej duszy. Do tej pory widziałem tylko dwa łosie i trzy niedźwiedzie w tym jednego grizzly.
Na Pelly River są trzy bystrza, w tym jedno ze stojącymi 1,5 m falami zwanymi cut-off rapids, w środkowym biegu Pelly. Rzeka nabiera dzikiej prędkości. Jej rwący nurt porywa wszystko, co spotyka na swojej drodze, nawet drzewa z korzeniami. Porywa również moje canoe. Zaczynam intensywnie wiosłować. Ręce zaciskają się na pagaju niczym kleszcze. Pokonuję uskoki jeden po drugim. W canoe coraz więcej wody. Biała piana zalewa mi oczy. Po minięciu już 3 dużych stojących fal wpływam w tak zwany spokojniejszy nurt i mogę się przyczepić na chwilę do dużego drzewa wbitego w brzeg. Mięśnie zaczynają drżeć. Wyschło mi w gardle, mimo że cała akcja trwała tylko 5 minut.
Granite Canyon
Ta chwila wpłynęła na przebieg dalszych etapów ekspedycji. Uwierzyłem, że mogę dalej sam pokonać Pelly River. Dopływam do Granite Canyon. Tu zaczynają się kolejne bystrza. Trzymam się lewej strony i przebijam przez kolejne fale. Im bliżej środka rzeki, tym są one większe. Za miejscowością Pelly Crossing rzeka staje się już spokojniejsza. Odczuwam ogromną satysfakcję, że mi się powiodło. Płynę teraz wielkim Jukonem, dziennie pokonuję już po 90 km. Po 8 dniach intensywnego wiosłowania docieram w końcu do miasteczka Jacka Londona, Dawson City. Za sobą mam 760 km drogą wodną, 246 km lądową, łącznie 1000 km dzikiej włóczęgi w ciągu trzech tygodni. Spoglądam na rzekę. Dalej już tylko Alaska.