Po głębszym… namyśle – Dobra zmiana potrzebna od zaraz!

Nie sądziłem, że takie słowa przejdą mi przez gardło, albo że moje palce nie odmówią posłuszeństwa wystukując to na klawiaturze. A jednak: domagam się dobrej zmiany! Obserwuję od lat politykę w różnych częściach świata. Miałem przyjemność (mniejszą lub większą) mieszkać przez dłuższy czas nie tylko w Polsce i w Kanadzie, ale też w Stanach Zjednoczonych i w Republice Południowej Afryki. Każdy z tych krajów boryka się z innymi problemami i ma nieco inny system polityczny. Jednak wszystkie one mają tę samą wadę: brak należytej reprezentacji odzwierciedlającej potrzeby i aspiracje różnych grup społecznych. 

Na początku pozbądźmy się złudzeń: demokracja w obecnej formie nie sprawia, że mamy realny wpływ na władzę. W prawdzie co kilka lat zachęcani jesteśmy, aby pójść do urn wyborczych i wybrać swoich reprezentantów, pytanie tylko czy oni naprawdę będą nas reprezentować? Spójrzmy na system polityczny w Kanadzie. Od lat jest on zdominowany przez Liberałów i Konserwatystów. Oczywiście, co jakiś czas silniej do głosu dochodzi NDP. Ze swoimi postulatami okazjonalnie przebijają się też Zieloni. Tak na marginesie to szkoda, że ich program jest tak silnie zdominowany przez postulaty skrajnie lewicowe, przez co propozycje wysuwane dla ochrony klimatu jakoś nie mogą się przebić. Przed poprzednimi wyborami mieliśmy też próbę drobnego wahnięcia w prawo, jaką zaoferował wyborcom Maxime Bernier i jego nowa partia. Ale i z tego nic nie wyszło. Jest jeszcze grupa posłów z Quebeku, o której mało w Ontario wiemy i mówimy. A może szkoda, ponieważ wydaje się, że właśnie oni mają najbardziej precyzyjne instrukcje od swoich wyborców, a mianowicie dbanie o interesy Quebeku na poziomie federalnym.

Warto bliżej przyjrzeć się partii o nazwie Bloc Québécois. Z jej ramienia w parlamencie w Ottawie zasiada aktualnie 32 posłów. Grupa niewielka, ale silna i skuteczna, która upomina się o transfery finansowe i preferencyjne traktowanie dla swojej prowincji oraz o poszanowanie historycznie i kulturowo uzasadnionej pozycji Quebeku w Kanadzie. I chyba właśnie w dobrze sprecyzowanym programie tkwi sukces tej organizacji. W przeciwieństwie do Bloku Quebeckiego, wielkie molochy partyjne starają się dogodzić wszystkim tak, aby zachęcić do siebie jak największą grupę wyborców. Zatem w ich ofercie programowej jest coś dla rodzin wielodzietnych i dla osób bez dzieci, coś dla górników i coś dla ekologów, trochę dla kierowców i trochę dla osób korzystających wyłącznie z transportu publicznego. Kompletnie brak w tym spójności. To tak, jakby BQ chciał się ubiegać o zwycięstwo w Albercie. Nie mówiąc już o tym, że również w kwestiach ideologicznych główne partie usiłują zadowolić wszystkich, poczynając od osób o poglądach tradycyjnych, poprzez umiarkowanych wyborców, aż do obywateli otwartych na wszelkie nowe trendy. Uważam, że takie podejście jest po prostu nieuczciwe. Dlatego właśnie mam coraz większą trudność z głosowaniem na kandydatów, zarówno w Kanadzie, jak i w Polsce.

W naszej ojczyźnie też potworzyły się takie potworki partyjne, które wchłaniają wszystkie popularne idee i sprzedają je wyborcom jak własne pomysły. Tak jest z Platformą, która swego czasu proponowała program od lewa do prawa. Tak jest też z Lewicą, usiłującą łączyć grupy o kompletnie różnych tożsamościach. PiS wygląda pozornie na monolit, ale jako partia ideologicznie prawicowa wprowadza wiele lewicowych rozwiązań gospodarczych i społecznych. Widać, że taki sposób uprawiania polityki działa na korzyść partii politycznych, ale czy jest on dobry dla nas? Widząc posłów w Ottawie czy w Warszawie na komendę podnoszących ręce przy przyjmowaniu kolejnych ustaw, trudno mi się oprzeć wrażeniu, że są oni tylko maszynkami do głosowania, ślepo wykonującymi wolę swoich liderów i grup interesów jakie za tymi liderami stoją. Uważam, że system polityczny byłby o wiele bardziej reprezentatywny, gdyby wybierani przez nas przedstawiciele porzucili szyldy partyjne i byli zobligowani do częstych konsultacji ze swoimi wyborcami. To, jak zagłosują w parlamencie, powinno być decydowane większością głosów w poszczególnych okręgach wyborczych. W ten sposób aktywni obywatele tworzyliby grupy interesów dla poparcia konkretnych projektów, eliminując w ten sposób ukrytych lobbystów pochowanych za plecami kierownictwa partyjnego. Moim zdaniem to byłaby prawdziwie dobra zmiana.

Paweł Gębski