„Panie Prezydencie, przybywa Pan do kraju, który nie jest praworządny. Pana mocny głos wzywający do tolerancji i wzajemnego poszanowania, a także przestrzegania postanowień konstytucji i innych praw, może mieć znaczenie historyczne. Tylko wolne, demokratycznie zarządzane państwa mogą tworzyć trwałą i skuteczną wspólnotę zdolną obronić się przed zalewem agresji, autorytaryzmu i kłamstwa. Spragnieni wolności Polacy będą Pana słuchali. Wezmą sobie Pana słowa do serca (…).“
List 23 byłych Ambasadorów RP do Prezydenta USA, Donalda J. Trumpa

Kto uruchomił ambasadorów?

Mamy w dziejach Polski momenty, kiedy polskie elity polityczne dowodziły swojego skarlenia. Mieliśmy apel Targowiczan do Katarzyny II o „przywrócenie dawnego rządu“, czy też wiernopoddańcze deklaracje Galicji: – „Przy Tobie, Najjaśniejszy Panie stoimy i stać będziemy“ z grudnia 1866. Wspominamy je ze wstydem. Obecny list 23 byłych ambasadorów jest pewnym novum o tyle, że nie deklaruje żadnej lojalności obcej potędze, zadowalając się jedynie skomlącą skargą na rządzących. Słowa „ … przybywa Pan do kraju, który nie jest praworządny“ pozostaną jednakże dowodem na brak ‚zdolności honorowych‘ podpisanych.
Byli ambasadorowie nie musieli oczywiście upraszać Donalda Trumpa o spektakularne, poniżające w oczach świata, odwołanie wizyty – ta część w antypolskiej partyturze zarezerwowana została dla aktywistów z „Washington Post“. Wystarczy, iż b. Ambasadorowie RP – w amerykańskiej świadomości ludzie o specjalnych obowiązkach wobec państwa! – podważyli praworządność, a zatem legitymizm rządu i prezydenta Polski. Nie, nie PiS – najwyraźniej mowa o „kraju“. Ich argument rozpropaguje dalej amerykańska prasa, tak jak czyni to z enuncjacjami polskich historyków tworzących nową metodologię badań nad Holokaustem. Dziś będzie można powiedzieć, iż „polscy ambasadorowie“ stwierdzają brak praworządności w Polsce. I to wystarczy dla snucia wielowątkowej narracji o złowrogim Kaczyńskim, zapatrzonym w … Putina oraz o nacjonalistyczno-populistycznym rządzie. Zwłaszcza, iż będzie trzeba jednak napomknąć, z okazji wizyty POTUS w Warszawie, dlaczego DJT tam w ogóle jest, w towarzystwie Prezydenta Niemiec, i innych liderów z Europy. Trzeba też będzie choćby wspomnieć o niemieckiej agresji na Polskę 1 września 1939, a być może trzeba będzie puścić parę archiwalnych obrazków z niemieckich bombardowań Warszawy – może sławne zdjęcie dziewczynki płaczącej nad ciałem matki – lub wspomnieć depesze amerykańskich korespondentów.
Można, jak czyni znany z ostrych sformułowań poseł Dominik Tarczyński, odnieść tę sprawę do przeszłości: -„(…) Wystarczy spojrzeć na metryki tych ludzi. Nie chcę grzebać w czyichś rodzinnych historiach, ale kiedy spojrzymy na to, z jakich rodzin pochodzą i jaką linię myśli o Polsce cały czas reprezentują, to wszystko jest jasne.“
Byłoby to spłyceniem obrazu. Mamy do czynienia z zachowaniem obcym europejskiej tradycji państwa i prawa, gdzie urzędnik państwowy musi być wobec tego państwa lojalny. Ambasador nie jest politykiem, jest funkcjonariuszem. Nie wypowiada się nigdy w swoim imieniu, lecz w imieniu rządu. Kiedy się z jego linią nie zgadza, może odejść, ale na tym jego rola się kończy. Funkcjonowanie zatem jakichkolwiek “Rad Ambasadorów”, poza celami czysto towarzyskimi, nie ma żadnych podstaw.
Sądzę, iż w tym przypadku mamy nałożenie się dwóch czynników. Po pierwsze, to wystąpienie pokazuje naocznie, iż ludzie formacji odsuniętej od władzy w roku 2015 – obozu Okrągłego Stołu – nie mają żadnego poczucia związku z aktualnym państwem polskim. Jest to dla nich dosłownie “państwo teoretyczne”, wedle definicji przenikliwego wszak analityka, jakim był i pozostaje Barłomiej Sienkiewicz.
Po drugie, w dzisiejszej Polsce mamy do czynienia z konfliktem rządu PiS z czymś, co można określić mianem “totalna opozycja rzeczywista”, dla odróżnienia od wyświechtanego już określenia “totalnej opozycji” uliczno-kabaretowej, formowanej przez Schetynę z przystawkami. Tak w pamiętnym kryzysie sejmowym z grudnia 2016 roku, tak i przy każdej konfrontacji wyborczej mamy naoczne dowody, iż ‘totalna opozycja’ Schetyny nie stanowi ich centrum decyzyjnego. Tematyką bieżącą oraz natężeniem konfliktu zarządzają – wedle swoich potrzeb – ośrodki znajdujące się poza sceną polityczną, a jedynie reprezentowane na niej przez media.
Zauważmy – nagły zwrot w kampanii do Parlamentu Europejskiego (dostrzeżony, lecz nie spuentowany przez wnikliwego intelektualistę, Aleksandra Halla), sygnalizowany wystąpieniem Jażdżewskiego z 3 czerwca, nie był w żaden sposób powiązany z planem konfrontacji skonsolidowanej opozycji z “Kaczyńskim” w kontekście europejskim. Dla elektoratu PiS temat był obojętny, a dla Nowogrodzkiej “mało wdzięczny”. Decyzja o rozpoczęciu akurat w tym momencie wojny światopoglądowej, z Kościołem w centrum ataku, PiS zmobilizowała i wywróciła kompletnie stolik Schetyny. Otworzyła jednak nowy front krytyki Polski.
Obecna próba wykolejenia polsko-amerykańskiej współpracy, choć daleko jej jeszcze do poziomu uzasadniającego określenie “ścisły sojusz”, pokazuje, iż chodzi o coś więcej niż niechęć do aktualnego rządu w Warszawie. Chodzi o podważenie statusu Polski jako państwa prawa, demokratycznego, “uprawnionego” do relacji partnerskich z Zachodem, zwłaszcza z USA. Zepchnięcie Polski na polityczne peryferie, w szarą strefę bezpieczeństwa – to klarowny, zamierzony efekt listu b. ambasadorów. Tego ani w samej Warszawie, ani nawet w redakcji “Washington Post” nie wymyślono.
WMW