Jest kilka rzeczy, bez których nie wyobrażamy sobie codzienności. Dla jednych jest to kubek kawy, miska gorącej owsianki z rana, wieczorny serial, torebka, która kryje wszystkie skarby świata, scyzoryk czy kluczyki do samochodu. Jest jednak jeden przedmiot, który towarzyszy nam wszystkim, codziennie i od którego wielu z nas zaczyna poranne działanie. Myślę tu o telefonie, w którym sprawdzamy rano smsy i najważniejsze wiadomości, przeglądamy Facebooka i sprawdzamy prognozę pogody na nadchodzący dzień.

Ja również lubię tę pogodową aplikację, mam zainstalowane dwie różne, bo lubię porównania. W jednej z takich aplikacji mam ustawionych kilka miejsc na świecie, do których chciałabym kiedyś pojechać. Sprawdzam codziennie jaka jest pogoda w Tokio i Moskwie. Rozgrzewam się spoglądając na temperaturę na Zanzibarze czy w Sri Lance. Lubię zaglądać do Algonquin, gdzie zawsze jest dużo chłodniej niż w Toronto. No i oczywiście sprawdzam temperaturę w moim rodzinnym mieście, w Legnicy. Od lat też mam ustawioną temperaturę w Katmandu. Tam zawsze jest ciepło, nawet zimą, w porównaniu oczywiście z naszą mroźną zimą. Katmandu leży w otoczonej wzgórzami dolinie o długości 25 km i szerokości 18 km, będącej kolebką nepalskiej kultury.
Miasto już od lat 60 ubiegłego wieku przyciągało tłumy turystów, było mekką dla hipisów, miłośników gór i zwykłych turystów szukających mocnych wrażeń, pięknych widoków albo oświecenia. Dziś hipisów jest jakby mniej, ale w sezonie, uliczki turystycznej dzielnicy Thamel i tak wypełnione są po brzegi turystami.
Katmandu jest położone na wysokości ponad 1300 metrów nad poziomem morza.
Stolica Nepalu w moich wyobrażeniach była zawsze egzotycznym miejscem z buddyjskimi mnichami kroczącymi wolno starymi ulicami. Wiedziałam, że spotkać tam można ludzi zachodu, którzy przed wyścigiem szczurów uciekli właśnie tutaj. No i grupa najliczniejsza, turyści, którzy choć przez chwilę chcą spojrzeć na najwyższe góry świata i zagłębić się w ich ogromie.

O Katmandu nie czytałam dużo, nie próbowałam sobie niczego wyobrażać, chciałam, żeby to miasto mnie poniekąd zaskoczyło, gdy w końcu tam się znajdę. Tak też się stało. W październiku 2017 roku po raz pierwszy, wraz z moimi przyjaciółkami wylądowałyśmy w środku nocy, w stolicy Nepalu. Na lotnisku przywitał nas upał, wilgoć i małpy, które jak się później okazało stanowią stały element niektórych części tego miasta.
Po kilku minutach jazdy, pustymi o tej porze dnia ulicami, znalazłyśmy się w środku serca turystycznej części Katmandu – Thamel, która oferuje setki hoteli i restauracji, a sklepików jest tu ponad 2500.
Hotel, do którego przyjechałyśmy zaskakiwał czystością. Obsługa przemiła i pomocna. Rano śniadanie na dachu, a konkretnie na tarasie małego hoteliku, w którym spędziłyśmy w sumie kilka dni.
Nie mogłam się doczekać, aż zejdę na dół, wyjdę na ulicę, zacznę czuć klimat tego miejsca. Po śniadaniu, które ciągnęło się bez końca, bo przecież tutaj się nikt nie spieszy, a więc nie spieszą się również kucharze przygotowujący posiłki, zjadłszy najsmaczniejsze jajka na świecie i popijając nijaką kawę, wyszłam na zewnątrz.

Miasto przywitało mnie hałasem, gwarem, jazgotem, świdrującym dźwiękiem klaksonów i nawołujących się turystów. Następnie uderzył mnie zamęt ulic. Mało aut, za to, gdzie się nie spojrzy motory i skutery, rowery i ryksze. Tłum ludzi drepczących lub spacerujących wolno. Gwar i chaos, a przede wszystkim unoszący się wszędzie kurz. Wszędobylski pył dróg wdzierał się do gardeł i oczu, wypełniał uszy i nos. Bardzo szybko zaczęło się kichanie i drapanie w gardle. Gdy głowa przyzwyczaiła się do zastanego harmidru, mózg zaczął rozpoznawać ludzi i przedmioty dookoła, z większą wyrazistością. Otaczał mnie tłum kolorowych sprzedawców, wyglądających ze swoich sklepików.
Masa ludzi na rowerach z przytwierdzonymi koszami. W koszach świeże jabłka i banany, prażone orzechy, czasami granaty i guawy. Obok kobiet w sari, kobiety w trekkingowych butach z plecakami gotowe do swoich wypraw, mężczyźni bez sari, mężczyźni w butach trekkingowych, mężczyźni bez butów za to z dredami, mężczyźni z butami, bez dredów, z rikszami. Rzeka ludzi przelewająca się z jednej strony na drugą. Piesi współgrają z samochodami, które tutaj poruszają się… właściwie to nie wiem jak, chyba na wyczucie.
Przecież nie ma wymalowanych na asfalcie lin, nie widać znaków drogowych ani sygnalizacji świetlnej. Może się kiedyś umówili co do poruszania po drogach i tego się trzymają. Wygląda to o tyle niezwykle co przerażająco.

Ogarniam wzrokiem cały ten kolorowy świat przede mną i czuję jak mnie to miasto zaczyna wciągać. Chcę iść tymi zatłoczonymi uliczkami, zaglądnąć do wszystkich sklepików na Thamalu, nawdychać się kurzu i nawąchać kadzideł, których zapach roznosi się wszędzie. Wszystko mi się w jednej chwili zaczyna podobać. To nic, że jest strasznie gorąco i wszystko się przykleja do ciała, to nic, że wszędzie jest głośno, że nade mną wisi tysiące pokręconych kabli elektrycznych, to nic, że w ogólne nie wiem gdzie mam iść i na co uważać, to miejsce zaczyna mnie zachwycać. Później oczywiście przyjdzie czas na refleksje, na spojrzenie raz jeszcze na tych ludzi i ich sklepy, na uklepane drogi i to wszystko co dzieje się w Katmandu po opuszczeniu dzielnicy turystycznej, ale póki co jestem na Thamalu i on mnie zachwyca!
Pierwszym sklepem, do którego wchodzę z olbrzymią przyjemnością jest księgarnia. Pozycji dotyczących Himalajów, pięknych albumów o niezwykłych wyprawach, przewodników i map jest całe mnóstwo. A wśród książek także “Mały książę” i dość duży wybór pozycji Paulo Coelho, skąd on tutaj? Nie mam pojęcia. W Nepalu wolę czytać słowa Dalajlamy, w nich szukać prawdy. W księgarni mogłabym spędzić pół dnia, ale przecież przed nami zwiedzanie przepięknych, zabytkowych świątyń, więc zahaczając na momencik, czyli na jakieś pół godziny, wpadam do sklepu z szalami i dosłownie daję się omotać sprzedawcy. Odnoszę tutaj swoje pierwsze nepalskie zwycięstwo – nic nie kupiłam.

Przed hotelem czeka już na nas samochód z przewodnikiem. Jedziemy na dalszą eksplorację tego niezwykłego miasta.
Wyjeżdżając na te największe, zatłoczone po brzegi ulice stolicy Nepalu, znowu zaczynam się zastanawiać, skąd mieszkańcy wiedzą jak jechać. Jedynym punktem odniesienia jest budka policyjna i policjant, który kieruje ruchem. Cały czas słychać dźwięk klaksonów, ale to raczej dźwięki ostrzegawcze, informujące o nadjeżdżających pojazdach, a nie jazgot zdenerwowanych kierowców. Zaczynam wypatrywać świątyń, ponoć jest ich w tym mieście cała masa. Jeszcze 100 lat temu w Dolinie Katmandu było podobno tyle samo stup i świątyń, co domów mieszkalnych. Teraz te proporcje się zmieniły, ale nadal ich liczba sprawia, że Dolina Katmandu uznawana jest za miejsce o największej koncentracji tego typu obiektów na kilometr kwadratowy na świecie.
Katmandu to miasto buddystów, hindusów i wyznawców islamu, i każdy ma tu swoje, wyjątkowe miejsca modlitewne. Są więc świątynie okazałe, gromadzące rzesze wiernych i małe, przyuliczne, wokół których bawią się dzieci. Jedne odwiedzane tłumnie przez pielgrzymów, inne – zapomniane. W jednych modlą się buddyści, w innych czczone są hinduistyczne bóstwa. Ciężko je zliczyć. Często kryją się na podwórzach wokół obwieszonych praniem, sypiących się budynków lub w uliczkach, ukryte za straganami.
W Katmandu bowiem, na każdym niemal kroku sacrum spotyka się z profanum.

Zwiedzanie rozpoczynamy od buddyjskiej świątyni Swayambunath, zwanej również Świątynią Małp, która swoimi korzeniami sięga V wieku.
Podziwianie stupy, stanowiącej serce kompleksu poprzedza wspinaczka po stromych schodach, prowadzących na świątynne wzgórze. Ocienione drzewami stopnie pokonuje się w wartkim potoku pielgrzymów, wśród których są zarówno wyznawcy hinduizmu, jak i buddyści. Wokół harcują stada małp, kwitnie handel pamiątkami oraz dewocjonaliami. My wchodzimy wejściem na skróty, mniej schodów, mniej stromo, trochę jakby od tyłu, ale na pewno nie mniej zjawiskowo. Ponoć jest to tak zwane – Wejście Buddyjskie, ale przy bramie tłoczą się głównie turyści. Po przekroczeniu bramy, wciągnięte jesteśmy od razu przez atmosferę tego miejsca. Mnóstwo ludzi, zarówno turystów jak i buddystów, są także małpy, które wydają się być tu najważniejsze, wolno kroczące krowy i śpiące psy. A nad nami sznury trzepoczących modlitewnych flag. Nawet jakbym bardzo chciała porównać ten klimat do miejsc kultu znanych mi z Europy, nie mogę, bo wszystko tu jest po prostu – inne. Ze wzgórza roztacza się widok na spowitą smogiem i kurzem zabudowę Katmandu.

Ponad stłoczonymi na wzniesieniu obiektami góruje złote oblicze Buddy. Zdobi ono kwadratowy blok skalny, wieńczący główną stupę. Oczy Buddy patrzą z każdej strony świata na tłum pielgrzymów płynący wokół budowli. Spogląda na nich również trzecie oko Buddy, symbolizujące jego niezwykłe możliwości percepcyjne. Kolejne części stupy symbolizują poszczególne elementy wszechświata:
– sześcienna podstawa to stabilny element ziemi,
– kulista waza przedstawia wodę,
– pierścienie symbolizują ogień,
– parasol jest symbolem przestrzeni
– wieńczący stupę diament symbolizuje umysł, który zawiera w sobie wszystkie poprzednie elementy.

W Świątyni Małp nagromadzenie ludzi, ciekawych sytuacji i niezwykłych obiektów (na które składają się małe świątynie, tybetańska gompa, dom dla pielgrzymów, posągi i dzwony) na stosunkowo niewielkiej przestrzeni przyprawia o zawrót głowy.

Trochę jesteśmy wszystkim otumanione. Zmiana czasu i długa, bo w sumie 35 godzinna podróż, zaczynają dawać o sobie znać. Mam wrażenie, że nic z tego miejsca nie zapamiętam, a przecież wszystko chłonę każdą najmniejszą cząstką siebie. Nie bez żalu opuszczam to miejsce, wydaje mi się, że wszystko mi się pomieszało, nic już nie widzę tylko masę flag powiewających nad nami.

Tak się szczęśliwe złożyło, że dokładnie po roku byłam tutaj znowu. W październiku 2018, przyprowadziłyśmy z Justyna w to miejsce 12 dziewczyn, które podobnie jak ja rok wcześniej usiłowały złapać choć cząstkę tego magicznego miejsca.

Schemat poznawania miasta jest zawsze podobny, jeżeli ma się tylko jeden dzień na zwiedzanie. Bowiem dnia następnego zaczyna się największa życiowa przygoda, czyli trekking w Himalajach.

Tymczasem jedziemy na stare miasto. Trochę się boję tego co zobaczę. W 2015 roku Nepal nawiedziło straszne trzęsienie ziemi, w wyniku którego ucierpiało też Katmandu, a w nim część zabytkowych budowli. Joasia z Justyną, z którymi poznaję Katmandu po raz pierwszy, były w tym mieście zaraz po kataklizmie, ja do stolicy Nepalu przybywam dwa lata po trzęsieniu ziemia. Jak mówią moje koleżanki, właściwie na przestrzeni tych dwóch lat niewiele się zmieniło. Budowle stoją popodpierane belkami, a stosy kamieni świadczą o tym, że jeszcze dwa lata temu w tym miejscu była jakaś świątynia. I choć wydaje mi się, że podobnie jak na Thamalu, tutaj również uliczki zalewa tłum turystów, to ponoć po trzęsieniu ziemi do Nepalu przyjeżdża mniej zwiedzających.

Najważniejszy zabytek Katmandu, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO to Durbar Square, czyli plac z przepięknym kompleksem pałacowo-świątynnym w samym centrum miasta. Wszystkie budynki na placu zostały zbudowany z drewna i gliny wiele setek (w niektórych przypadkach ponad tysiąc) lat temu. Budowle, które znalazły się w obrębie największych drgań, w czasie trzęsienia zmień rozpadły się dosłownie w proch i pył, głównie w południowej części placu. Wiele zabytkowych świątyń przestało isnieć. Jednakże niecały plac ucierpiał. Na szczęście trzęsienie ziemi nie dotknęło równomiernie wszystkich części miasta: drgania nie były wszędzie jednakowo silne, dzięki czemu olbrzymia, północna część placu Durbar i całego Katmandu, zachowała się w świetnym stanie i fakt, że najpiękniejsze budowle, dalej stoją z jedynie pomniejszymi uszkodzeniami, należy rozpatrywać w kategoriach cudu.

Plac Durbar zachwyca i zapewne zadowoli oko najbardziej wybrednego turysty. Jeden z najpiękniejszych i najważniejszych budynków na placu pałac Hanuman Dhoka, którego budowa rozpoczęła się w IV wieku naszej ery, pomimo rozległych zniszczeń, został otwarty ponownie dla zwiedzających.

Spacerując po placu czuję się jak w filmie, wszystko mami kolorami. Zachwycają mnie kobiety, które w pięknych strojach podążają do pałacu bogini Kumari, który na szczęście przetrwał trzęsieni ziemi.

Kumari jest małą dziewczynką wywodzącą się z kasty złotników (a właściwie srebrników) ludu Newari, która we wczesnym dzieciństwie zostaje okrzyknięta przez astrologów inkarnacją bogini Kumari Devii i pozostaje nią aż do dnia swojej pierwszej miesiączki lub innego wypadku powodującego znaczną utratę krwi. Aby dziewczynka mogła zostać Kumari musi spełnić szereg wymagań, które dotyczą zarówno jej wyglądu (kształt oczu, zębów) oraz odpowiedniego horoskopu. Jeśli takich dziewczynek jest więcej poddaje się je próbie odwagi i sprawdza, która z nich nie lęka się demonów i ciemności. Najodważniejsza zostaje boginią, jest czczona i wychwalana, opuszcza swój drewniany pałac zaledwie sześć razy do roku, ale wierni (również turyści) mogą dostąpić zaszczytu zobaczenia jej w oknie. Kiedy Kumari staje się kobietą przechodzi na emeryturę i żyje w dostatku do końca swoich dni.

Niestety nigdy nie udało mi się zobaczyć Kumari, choć stałam pod jej oknem długie minuty. Podobnie jak inni turyści miałam nadzieję zobaczyć małą boginię choćby przechodzącą obok okna. Ostatnio wpatrywałam się w poduszkę w oknie, łudząc się, że to bogini, ale przewodnik szybko wyprostował moje złudne nadzieje. Kumari nie widziałam, za to mogłam się przyglądać kobietom, które przybywają pod okno Kumari ze swoimi córkami. Ucharakteryzowane na małe boginie dziewczynki stają pod oknem w zdobnych strojach, z mocnym makijażem, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.

Trzęsienie ziemi obeszło się również łaskawie z Itum Bahal, słynnym wewnętrznym dziedzińcem buddyjskiego klasztoru oraz placem Indra Chowk znanym ze sprzedaży ubrań i tkanin, a także paciorków, korali i bransoletek w nieskończonych ilościach, formach i kolorach.

Jedną z najbardziej okazałych budowli na Durbar Square jest Świątynia rodziny królewskiej, poświęcona bogini Taleju Bhawani HAWANI, niestety zamknięta dla zwiedzających.

Właściwe całe stare Katmandu jest zabytkowe, tysiącletnie zabytki – rzeźby, świątynie, kapliczki – współistnieją w naturalnej symbiozie z codziennym życiem mieszkańców. Spacer uliczkami, zaglądanie na podwórka domów, klasztorów i na bazary pozwala odkryć, że rzeźby czy pomniki, które w Europie już dawno stałyby za szybą na muzealnej wystawie, w Katmandu służą za trzepaki, suszarki na pranie czy huśtawki.

Spacerując uliczkami mijamy pięknie malowane kamienie mani: są to kamienie z wypisanymi pojedynczymi sylabami mocy lub całymi mantrami.

Jesteśmy już bardzo zmęczone, kurzem, upałem, ludźmi, hałasem, całym tym egzotycznym kramem. Z ulga myślimy o następnym dniu, o tym, że zaraz wyruszymy w góry, choć przecież w Katmandu jest jeszcze tyle do zobaczenia.

Oczywiście po powrocie z trekkingu, po trzech tygodniach wchodzenia pod Kanczendzongę, nie mamy siły na nic. Nie kręcą nas kolorowe sklepiki i zaczarowani sklepikarze, nie zachwyca nas zgiełk Thamalu i jego zapach. Jednak, kiedy pierwsze zmęczenia mija, a my mamy jeszcze parę godzin do wylotu idziemy zobaczyć Wielką Stupę- Bodnath. Właściwie jest to cały kompleks, który stanowi religijne centrum społeczności Tybetańczyków, w dużej mierze uchodźców.

Wokół stupy funkcjonuje obecnie prawdziwe tybetańskie miasteczko, z gompami oraz licznymi sklepikami z rękodziełem. Przy dźwiękach mantry om mani padme hum i terkocie modlitewnych młynków.

Boudanath jest miejscem wibrującym wyjątkową energią. Ludzie okrążają stupę kręcąc 147 młynkami modlitewnymi wbudowanymi w otaczający ją murek. Można też pokręcić wielkimi młynkami znajdującymi się w niewielkich pomieszczeniach. Oczywiście pełno tu tybetańskich mnichów. Przy odrobinie szczęścia można zboczyć, a przede wszystkim usłyszeć mnichów modlących się w pobliskiej świątyni. Śpiew jest hipnotyzujący, a powtarzane równym głosem mantry przenoszą nas w zupełnie inny wymiar. Trudno o lepszą energię.

Znajdująca się w sercu tybetańskiej dzielnicy Boudanath jest jedną z najważniejszych świątyń buddyjskich. Poważnie uszkodzona przez trzęsienie ziemi została całkowicie odremontowana w 2016r roku. Stupa znajduje się na środku placu otoczonego kolorowymi kamienicami.

Pomału kończymy zwiedzanie, nucąc w głowie buddyjską mantrę. Niestety wyjeżdżam z Katmandu nie zobaczywszy jeszcze jednej ważnej świątyni, hinduskiej Pashupatinath.

Jak już wspomniałam, niespodziewanie dla samej siebie wracam do stolicy Nepalu po roku. Znowu ulegam magii tego miejsca. Po upływie roku stanęliśmy ponownie z Justynka w Katmandu, nie bardzo wiedząc, w która stronę pójść, ale w oczach miałyśmy podobny blask. To miasto wciąga nas, a my poddajemy się jego urokowi. Katmandu ma w sobie coś ulotnego, magię, która niestety ginie wraz z pojawiającymi się coraz częściej nowoczesnymi kawiarniami i luksusowymi hotelami. Trzeba przyjeżdżać tutaj jak najczęściej, póki jeszcze wraz z podstarzałymi hipisami można szukać oświecenia, jeżeli nie powtarzając mantry, to popijając wino. W październiku 2018 przyjeżdżamy tutaj z dużą grupą dziewczyn. Patrzymy jak ich również to miasto czaruje, omamia i choć na początku narzekają na kurz i jazgot to wieczorem z wielką radością penetrują sklepiki, targując się ze sprzedawcami o ceny pamiątek.

Bardzo chcę zobaczyć Pashupatinath, świątynie, której nie udało mi się zwiedzić w czasie pierwszej wizyty w Katmandu. Ulokowany nad brzegiem rzeki Bagmati kompleks, pełni tu tę samą rolę co Waranasi w Indiach. Bagmati, stanowiąca jeden z dopływów Gangesu, uważana jest przez wyznawców hinduizmu za rzekę świętą, a jej brzegi w pobliżu Pashupatinath za najcenniejsze miejsce kremacji. Dym z płonących stosów kremacyjnych unosi się zatem nad świątynią niemal bez przerwy.

Pobyt w Pashupatinath szokuje – nie tylko samą ceremonią kremacji, płonącymi nieustannie stosami. Pashupatinath atakuje też innymi obrazami – krów i kóz spacerujących po terenie świątynnego kompleksu, wyjadających porzucone resztki, ludzi dokonujących ablucji w wodach Bagmati, gdzie trafiają prochy zmarłych, umalowanych i przystrojonych sadhu pozujących do płatnych zdjęć z turystami.

Do głównego sanktuarium poświęconego Śiwie, ze słynnym posągiem byka Nandi, turyści nie mają wstępu. Spojrzeć na świątynię i otaczające ją budynki można jednak z tarasów na zboczu po drugiej stronie Basmati. Widok z tego miejsca, w sposób nieunikniony wiąże się z obserwacją ceremonii kremacji, odbywających się na przeznaczonych do tego celu podestach po przeciwnej stronie rzeki.

Przyglądam się tym ceremoniom z zaciekawieniem. Dym płonących stosów dusi w przełyku. I nagle zaczyna do mnie docierać, że przecież podglądam tych ludzi, niemalże jakbym weszła do domu pogrzebowego popatrzeć sobie na ostatnie pożegnanie jakiś obcych mi osób. Sceny pochowku nie maja nic ze znanej nam intymności, powagi, skupienia. Myślę, że w Polsce nikt by mnie nie namówił, na oglądanie pogrzebu, a tu stoję i patrzę jak w teatrze, na kremacje. Zostawiam wiec żałobników z ich obrzędami. Chcę już wyjść z tego miejsca, czuję złą energię, miejsce mnie przytłacza. Budowle przepiękne, ale jest jednak coś w tym miejscu co mnie odpycha. Chce mi się pić, jeść, chcę do cienia, o prostu nie chcę tu być.

Wieczorem znowu spacerujemy po dobrze mi już znanym Thamal, a później, leżąc w czystej pościeli hotelowego łóżka zaczynam analizować to co widzę i przeżywam w tym mieście.

Widzę mozaikę barw, załadowane po brzegi sklepiki czekające na turystów i oferujące wszystko to co Nepal na piękniejszego. Kaszmirowe szale, cudowne przyprawy, wonne oleje i kadzidła. Znaleźć tu można grające misy w różnych rozmiarach i niezliczone wizerunki Buddy. Przepiękna tybetańska biżuteria kusi turystów z co drugiego sklepiku. Są tu zabawne koszulki, ręcznie szyte torby i genialne podróbki trekkingowych ciuchów, które w Toronto kosztują setki dolarów.

Restauracje otwarte do późna czekają na gości, oferujących im tradycyjną kuchnię nepalską, hinduską, ale także można zjeść frytki, hamburgery i pizzę, popijając to wszystko dobrze zmrożoną colą. Baza turystyczna jest przebogata. Można ulokować się w małym hoteliku, który ma zaledwie kilka pokoi i ogród, w którym serwowane jest kontynentalne śniadanie. Jeżeli ktoś ma większe wymagania, może skorzystać z oferty nowopowstałych, luksusowych hoteli, których w Katmandu coraz więcej.

Trzeba ostrożnie chodzić po Thamalu, przecież to tutaj przyjeżdżają wszyscy himalaiści wyruszając na swoje wyprawy. Oni również robią zakupy w sklepach z pamiątkami i przesiadują w lokalnych knajpkach. Może uda się Wam spotkać Pana Ryszarda Pawłowskiego – wspaniałego polskiego himalaistę, który do Katmandu przyjeżdża czasami nawet dwa razy do roku, albo zabieganego Adama Bileckiego lub kogoś zupełnie nieznanego, który wieczorem obdaruje Was jakąś niesamowita, górska opowieścią.

Katmandu dla turystów jest piękne i magiczne. Jednak to przecież tylko jedna stron tego miasta. Jest jeszcze szara rzeczywistość, problemy Nepalczyków zmagających się biedą i brakiem pracy. Są kobiety walczące o swoje prawa, których tradycja przez długie lata spychała na margines społeczny. Są niesprawiedliwi, skorumpowani rządzący i drobni biznesmeni, którzy właśnie w Katmandu chcą zrealizować swój życiowy sen o bogactwie.

Ludzie na całym świecie mają podobne marzenia. By żyło się dostatnio i spokojnie, by choroby nie wyniszczały rodzi i żeby choć na chwile dostąpić prawdziwej miłości.

Dzisiaj spoglądam na Katmandu z perspektyw mojej kanapy, podpytuje dziewczyny, które były w stolicy Nepalu parę miesięcy temu co zapamiętały najbardziej z tego miasta, co wyryło się w pamięci.

Magia

To najczęstsze wspomnienie. Przecież nic tak bardzo nas nie czaruje w życiu jak fakt, że właśnie jesteśmy w miejscu, od którego rozpocznie się największa miłość, najfajniejsza przygoda, tu za chwile spełnią się marzenia. Katmandu jest jak obietnica na wielki życiowy romans – romans z najwyższymi górami świata.

 

Agata Kusznirewicz

zdjęcia na blogu – justynagata.blogspot.ca – Justyna Skawińska