•   Wednesday, 06 Jul, 2022
  • Contact

Duch Renegatów Wiecznie Żywy

WW Historia

"W przyjętej w czwartek rezolucji Parlament Europejski wezwał Radę UE, by nie zatwierdzała polskiego Krajowego Planu Odbudowy o wartości 35,4 mld euro. Przeciwko rezolucji głosowali europosłowie PiS, PSL i Radosław Sikorski z PO. (...) "Za" głos oddali Robert Biedroń z Nowej Lewicy,Włodzimierz Cimoszewicz z SLD, Róża Thun z Polska2050 i Sylwia Spurek."
z Brukseli, www.dziennik.pl, 10 czerwca 2022

Tyle suchy komunikat z Brukseli. W zasadzie  żadnego zdziwienia. Rozkład głosów potwierdza, iż owa elitarna reprezentacja polskiej opozycji daleko ma do poziomu elit “państw poważnych”. Jedynie Radosław Sikorski pokazał, iż bezlitosna i zajadła krytyka rządzących nie musi oznaczać posta- wy renegata, działającego wbrew interesom własnego państwa na forum międzynarodowym. Bo to nie PiS traci fundusze, lecz Polska. Z Oxfordu i Waszyngtonu wyniósł Sikorski lekcję, very British, indeed: “Right or wrong, my country!”  
O Biedroniu i Szpurek pisanie w kategoriach “politycznych’ to strata czasu. Rosa von und zu Thun zasługuje na osobną ocenę. Dziś kilka słów o przedstawicielu elity PZPR/PRL, europośle Cimoszewiczu. To doskonały reprezentant owych oświeconych elit post-komunistycznych, które pozostają zawsze wier- ne swej agenturalnej genetyce. Zawsze w służbie obcego suwerena! Nie można mieć jednakże pretensji do komunistycznego aparatczyka, tak jak nie można mieć pretensji do przysłowiowego skorpiona. Taki ma charakter.  
Ktoś jednak wysłał go na tak eksponowane stanowisko. Ktoś przywrócił do politycznego bytu odrzucaną przez elektorat, postkomunistyczną nomenklaturę. Należy głośno podziękować pomysłodawcy sojuszu z Lewicą w wyborach do PE 2019. Brawo Schetyna! To jego dziedzictwo - Cimoszewicz w Brukseli.  
Ironią losu, Cimoszewicz głosuje przeciw Polsce w PE w chwili, kiedy we Wrocławiu obchodzona jest uroczyście 40-rocznica powstania “Solidarności Walczącej”. Wśród założycieli i kluczowych współpracowników Kornela Morawieckiego był wówczas młody ‘Grzesiu’. Dziś jednak to nie karta podziemnej pracy z Kornelem, ale sojusz z Cimoszewiczem, stał się symbolem politycznego dorobku Schetyny! W sumie to smutne, że chłopak z którego byliśmy kiedyś w NZS-owskiej braci dumni, tak zmienił swoją orientację. Z patrioty-buntownika z SW w pro- tektora renegatów  
***
Pisaliśmy o W. Cimoszewiczu w maju 2009 roku. Ciekawe, jakie koła zatacza historia. Wówczas można było sądzić – więcej, mieć pewność - iż okres komunistów reprezentujących wolną Polskę należy do (wstydliwej) przeszłości. Dziś widać, jak mało mieliśmy wyobraźni. Grzegorz Schetyna, kiedyś szef NZS na wrocławskim Uniwerku, w 1989 ostro przepytujący na studenckim spotkaniu Wałęsę, zaufany człowiek Kornela uznał 30 lat później, iż pomoc “zagranicy” dla obalenia rządów PiS najlepiej zabezpieczy Cimoszewicz i jego PZPR-owscy kamraci.
Życie – felieton, 13.05.2009
Koniec międzynarodowej kariery W. Cimoszewicza zdaje się zaskoczył niektórych obserwatorów, a już na pewno samego zainteresowanego. Tuż przed wyborami na szefa Rady Europy Cimoszewicz mówił, iż ma nadzieję na sukces. Tymczasem stosunkiem głosów 165:80 wygrał były premier Norwegii i nasz niezależny senator/niedoszły prezydent musi wracać w swe puszczańskie pielesze.
W. Cimoszewicz stanowi bardzo ciekawy przykład kariery pogrobowców PZPR w wolnej Polsce. Człowiek ten należy do gupy całkiem młodych polityków, których w stu- denckim żargonie określano kiedyś mianem “czerwonych pająków”. Były szef ZSP, partyjnej kuźni kadr na uczelniach, Cimoszewicz pozostał wierny partii aż do jej rozwiązania, a potem zrobił całkiem niezłą karierę w nowej rzeczywistości. Na tyle cyniczny, by wykorzystać wszelkie koneksje byłych towarzyszy i poparcie nadal licznych sierot po komunie,  a jednocześnie wystarczająco sprytny, by odgrywać rolę polityka nowoczesnego, oświeconego, operującego ponad “wąskimi” par- tyjnymi podziałami III RP. Cimoszewiczowi nie brakuje edukacji i międzynarodowego obycia (studiował na Uniwersytecie Columbia jako stypendysta Fulbrighta), umie się zachować, ma trzeźwe spojrzenia na wiele problemów. I tylko jednego mu brakuje – dystansu do samego siebie. Cimoszewicz nie ukrywa wcale, iż uważa się za osobę, której w polskiej polityce nikt nie dorasta do pięt. Zaś kiedy traktowany jest jak każdy inny śmiertelnik, po prostu obraża się i… wychodzi. Tak było w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej. Przekonany, iż “lud pracujacy” ma prosty wybór, wydawał się autentycznie zaskoczony i głęboko zdegustowany - krytycznym podejściem do swej kandydatury. W żaden sposób nie potrafił zaakceptować faktu, iż jego wątpliwej klarowności i uczciwości operacje finansowe, dokonywane w rodzinnym kręgu, staną się tematem publicznego dochodzenia i debaty. Czując zaś pismo nosem, nie wytrwał w szrankach i zrejterował. Potem zaś dopytywany przez media o swe typy, elegancko i taktownie stwierdził, iż poza sobą nie widzi w zasadzie nikogo godnego prezydenckiej nominacji. No cóż, rozbrajająca szczerość, którą tylko wyjątkowo złośliwi komentatorzy mogliby wziąć za niebotyczną arogancję!
Cimoszewicz nie bardzo potrafi wytrwać w swych decyzjach. Rozczarowany polską polityką wyemigrował do swej leśniczówki w puszczy, by żyć z dala od politycznego bagienka. I zarzekał się, że z polityką koniec. Potem jednak dał się namówić i został senatorem, niezleżnym oczywiście. Partyjne lojalności Cimoszewicza brzydzą, choć zakochana w nim lewica, marząca o popularnym przywódcy typu Kwaśniewskiego, dałaby się pokroić, żeby tylko “wrócił”. Co nie udało się politykom lewicy, sprawiło jednak zaproszenie … Tuska. Tego samego Tuska, którego Cimoszewicz ‚nie uważał‘ za godnego prezy- dentury. Nie bądźmy jednak małostkowi, kiedy lud prosi!
Kiedy kilka miesięcy temu premier Tusk zgłosił kandydaturę Cimoszewicza na przewodniczącego Rady Europy, międzynarodowej instytucji o sześćdziesięcioletniej tradycji, o której niewiele osób wie coś więcej, polityczni obserwatorzy szybko znaleźli ku temu powód. Oczywiście, przed wyborami prezydenckimi 2010 Tusk chce się pozbyć potencjalnego kandydata zjednoczonej lewicy i woli wysłać Cimoszewicza do Strasburga. Nie tylko usuwałby tym polityka, który ciągle plasuje się na samym szczycie popularności, z kręgów potencjalnych konkurentów, lecz jednocześnie zaskarbiałby tym sobie względy osieroconego, lewicowego elektoratu, o którym wiadomo jedno – zagłosuje na każdego, kto da choć cień nadziei na zamknięcie IPN. Cimoszewicz zaś uznał, iż Polska ‚zasługuje‘ na jego kandydaturę i międzynarodową pozycję.
I prawie się udało. Prawie, bowiem wszystkie posunięcia polityczne Tuska, zwłaszcza na arenie międzynarodowej mają tę samą specyfikę – są w założeniu znakomite, jedynie  kończą się spektakularną klęską (z wyjątkiem przypadku J. Buzka, lecz tu zagrał nie sam Tusk, lecz szersza międzynarodowa koalicja).
PO ma mało szczeęśliwą rękę do forsowania swych kandydatów na forum międzynarodowym. Magia Tuska jakoś tam nie działa! Może dlatego, iż jej kandydaci są znakomici… w swym mniemaniu. Sikorski sądził, iż jest wręcz idealnym kandydatem na szefa NATO, bo wszak zna Rosję z afgańskiej autopsji. Cimoszewicz zaś sądził, iż jest doskonałym kandydatem, no bo jest doskonały. I w obu przypadkach winę za niepowodzenia składa się na fakt ich narodowości.  
(...) I nasza lewica nie ma tak wspaniałej reputacji, żeby od razu nagradzać Kwaśniewskiego lub Cimoszewicza odpowiedzialnymi pozycjami. To nasze (?) media mogą z byłych komunistów czynić przykłady polityków godnych szacunku. Większość reprezentantów europejskich parlamentów, zasiadających w Zgromadzeniu parlamentarnym Rady Europy w Strasburgu (pomijając ich głównie chadeckie powiązania), wolała autentycznego lewicowca z Norwegii od farbowanego ‘socjal- demokraty” ze Wschodu. I dobrze, w końcu “czerwone pająki” naprawdę nie muszą stać się naszym ‚towarem eksportowym‘!

WMWojnarowicz

 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: