10 września 2020

Stonesi z Zeppelinem

Album “Goats Head Soup” powraca zrewitalizowany z trzema świetnymi premierowymi nagraniami, w tym “Scarlet” z udziałem Jimmy’ego Page’a.
Płyta The Rolling Stones jest kojarzona głów- nie z nieśmiertelnym hitem “Angie”. Czasy nie były łatwe, bo światową scenę zdominował bliski popu, kiczowaty glam rock, a i Stonesi byli w poniewierce. Z powodu niekorzystnego systemu podatkowego emigrowali z Anglii na południe Francji, stamtąd jednak musieli uciekać przed policją z powodu narkotyków. Jak wspominał Keith Richards, dziewięć państw nie chciało go widzieć w swoich granicach, a Szwajcaria nudziła go. Spokój można było znaleźć tylko na Jamajce. Za stołem producenckim zasiadł ponownie Jimmy Miller, architekt brzmienia zespołu od czasu przełomowego “Beggars Banquet” z 1968 r. Basista Billy Wyman brał udział jedynie w nagraniu trzech z dziesięciu piosenek, ale reszta grupy była w olimpijskiej formie, wspomagana przez znakomitych pianistów: Iana Stewarta, Billy’ego Prestona i Nicka Hopkinsa.
Najwięcej szumu wywoła  oczywiście “Angie”. Krążyły plotki, że opowiada o pierwszej żonie Davida Bowiego, mrocznym przedmiocie pożądania brytyjskiego show-biznesu. Muzycy wielokrotnie zaprzeczali plotkom, Bob Dylan zaś powiedział, że to jeden z trzech utworów, jakich zazdrości Stonesom.
Największym killerem na płycie jest wszak-że funkowo-soulowy “Heartbreaker”, absolutnie nowa jakość w dorobku zespołu, z dramatyczną partią sekcji dętej. Znakomita jest też “Scarlet”.
– Pamiętam, że weszliśmy do studia po Zeppelinach – opowiadał Keith Richards. – Jimmy Page zdecydował, że zostanie z nami. Jamowaliśmy, nie myśląc o konkretnej piosence. Dzięki wspaniałemu składowi wyszła na tyle dobrze, że lepiej nie trzymać jej dłużej w szufladzie.
Jednak my czekamy już na całkowicie premierową płytę Stonesów, którą zapowiedzieli pandemicznym singlem “Living in a Ghost City”.

FILM

25 lat niewinności
Sprawa, o której było u nas głośno. I nadal jest, bo nie sposób zapomnieć tak jawnej niesprawiedliwości. Tomasza Komendę jako młodziutkiego chłopaka uznano za potwora. Zarzut – niezwykle brutalny gwałt i morderstwo, dwadzieścia pięć lat więzienia wydawały się słuszną karą. Aż po kilkunastu latach Polskę obiega szokująca wiadomość: że skazany jest niewinny, został oczyszczony z zarzutów. Mało tego – wyszło na jaw, że wszystkie zgromadzone przeciwko Komendzie dowody zostały spreparowane, on sam miał alibi i kilkunastu świadków swojej niewinności, nigdy nie był nawet w miejscowości, gdzie doszło do tej bulwersującej, okrutnej zbrodni, a mimo to trafił do więzienia. Jak to możliwe? Film pokazuje kulisy sprawy. Nakręcony z dużym wyczuciem nie zamienia się ani w melodramat ani kino sensacyjne. Bardzo uczciwie pokazuje historię Tomka Komedy. Jest też fantastycznie obsadzony. Trudno ocenić, czyja rola jest tu wybitniejsza: debiutującego na dużym ekranie Piotra Trojana czyli Tomka czy fantastycznej Agaty Kuleszy grającej jego nieustraszoną mamę.

Ogniste Chile
Film wydarzenie. Nagrodzone na festiwalu w Wenecji bezkompromisowe autorskie kino chilijskiego reżysera Pablo Larraina. Tego samego, który nakręcił “Jackie” z Natalie Portman. Tym razem Larrain poszedł w zupełnie innym kierunku, stworzył dzieło, którego co najmniej fragmenty przejdą do historii kinematografii. Jak ta scena, kiedy tytułowa Ema z miotaczem ognia przemierza wyludnione po zmroku miasto. Film trudno opisać, bo też trudno ująć go w jakiekolwiek ramy, “Ema” umyka wszelkim szufladkom. Gatunek? Ktoś mógłby zaryzykować stwierdzenie, że to film muzyczny. Tytułowa bohaterka jest tancerką, jej życiowy partner choreografem. Na pewno gest i ruch jest tu bardziej wymowny niż słowa. Z dialogów jedynie domyślamy się, co wstrząsnęło życiem Emy (Mariana Di Girola-mo) i jej partnera (Gael García Bernal). Że poróżniła ich tragedia, utrata syna, którego oddali do adopcji. Ale ten wątek to bardziej pretekst, zapalnik dla wyrażenia emocji: namiętności, strachu, gniewu.