Spotkamy się na końcu świata

Ten nasz, mój i mamy, tygodniowy pobyt na Dominikanie obfitował w dziwnej treści niespodziewane wydarzenia.

We włoskiej restauracji w Dreams Palm Beach grała Kayah i Bregovic (tak, po polsku, ten kawałek o tym, że to nie był ptak). Któregoś wieczoru zatrzęsło porządnie ziemią. W epicentrum w morzu, pięćdziesiąt cztery kilometry od Punta Cana, zanotowano 5.8 w skali Richtera. Pięć sekund może i nie robi piorunującego wrażenia, ale to wystarczająca ilość czasu, by w niej zastygnąć.

Wczasowiczka z Kędzierzyna-Koźla spotkana przy basenowym barze wyraziła ogromne zdziwienie, że nic jeszcze nie wyrwałyśmy. Wcześniej usilnie próbowała wytłumaczyć barmanowi, że colę chce bez lodu. Po polsku. Głośno i wyraźnie.

A i tak w największe zdziwienie wprowadziły nas dwie Polki spotkane podczas całodniowej wycieczki w pobliskie góry. Matka z córką. Córka z Chicago, matka z okolic Szczawnicy. Właściwie to z Maniów. Tych samych, w których urodził się mój ojciec, tych samych, w których wciąż mieszka lwia część naszej rodziny. Oczywiście Pani Maria zna wszystkich. „Henia też pamiętam” – mówi – „i jego matkę Anielę dobrze znałam, a Maryśka to jest ciężko chora”. Sama nie wiem co dla mamy jest bardziej osobliwe – forma, w jakiej rosną ananasy, wiszące do ziemi purpurowe kwiaty bananowca, prezentacja ręcznego zwijania cygar o smaku wanilii i czekolady czy fakt, że właśnie na końcu świata spotkałyśmy ziomalki z rodzinnej wsi.

kaja1

Previous Image
Next Image

info heading

info content

Z tymi spotkaniami na końcu świata to nie taka znowu rzadkość. O ile obecność rodaków w najbardziej zapomnianych częściach świata nie dziwi, o tyle nagłe pojawienie się znajomej twarzy w zupełnie nieoczekiwanej scenerii zawsze wywołuje zdziwienie i rodzi (dosyć idiotycznie brzmiące) pytanie: „A co ty tu robisz?”. Tak jakby nasza obecność w danym miejscu z jakiegoś powodu była bardziej uzasadniona.

Podczas którejś wyprawy do Peru spotkałam w Ollantaytambo Olkę, koleżankę z podstawówki, która mieszkała w bloku obok, i z którą przez pięć lat chodziłam do jednej klasy. Wpadłyśmy na siebie koło budki z biletami. Usłyszeć w ruinach inkaskiego miasta: „ooooo cześć Kaja!” – bezcenne.

kaja2

W trakcie tej samej wycieczki, podczas postoju w punkcie widokowym z panoramą na całe La Paz, podróżujące z nami małżeństwo spotkało znajomych ze swojego rodzinnego miasta.

kaja4

Innym razem, przemierzając bezdroża Patagonii, wdaliśmy się z Pawłem w rozmowę z napotkanymi przy lodowcu Perito Moreno Polakami. Od słowa do słowa okazało się, że podróżująca po świecie para to świetni znajomi mojego brata Kajetana, który z Mateuszem grał w jednej drużynie w rugby. Pojechaliśmy potem wszyscy w czwórkę aż do Ushuai, a wszystkie przygody, które przytrafiły nam się po drodze wspominaliśmy kilkanaście miesięcy póżniej, z nostalgicznym uśmiechem, przy piwie w jednej z krakowskich knajp.

Kiedy ktoś pyta mnie o nazwisko, zazwyczaj pyta czy jestem córką własnego ojca. Brzmi to zazwyczaj: „aaaaa, to ty pewnie jesteś córką Heńka”. I, ku mojemu bezbrzeżnemu zdziweniu, było to jedno z pierwszych pytań, które zadano mi w Kanadzie. Kiedy prawie sześć lat temu, siedemnastego września, wylądowałam na lotnisku Pearsona wiedziałam, że kilka dni później będę śpiewała na dwudziestoleciu Radia Polonia, nie wiedziałam jednak, że nagłaśniający imprezę Krzysiu Sajdak zna moich rodziców z czasów, kiedy ojciec był jeszcze z Baśką, swoją pierwszą żoną, a mama randkowała z Andrzejem Sikorowskim. Przeleciałam ocean by spotkać wspomnienia o ojcu.

Kiedy parę lat później, podczas kolejnej wyprawy do Peru, przewodnik odbierając naszą grupę na lotnisku w Limie zapytał czy jestem… siostrą mojej siostry – naprawdę pomyślałam, że od nadmiernego latania musiały mnie dopaść jakieś halucynacje. A jednak nie – Daniel i Jagna studiowali razem przez kilka lat antropologię w Poznaniu. Czasem zastanawiam się ile razy byłam w tym samym miejscu i czasie co moi znajomi, nie mając świadomości tego chwilowego współistnienia.

A musiało być takich sytuacji sporo. Tak jak z przyjacielem mojego przyjaciela Jarosławem – mijamy się w najdziwniejszych miejscach planety – a to w pe- ruwiańskiej Amazonii, a to na indonezyjskiej wyspie Bali i za każdym razem kilka minut za późno okazuje się, że mieliśmy olbrzymią szansę wpaść na siebie w Iquitos lub wąskich uliczkach Kuty. Świat jest naprawdę bardzo mały i nawet jeśli przeleci się setki mil, przewędruje szmat drogi – zawsze można spotkać sąsiada, sprzedawcę z osiedlowego kiosku, przyjaciółkę babci i wszystkich innych znajomych Królika.

W kolejną podróż, niedaleką, ale wyjątkowo sentymentalną, wybieram się w najbliższą sobotę. I korzystając z okazji chciała- bym zaprosić do współudziału – 7 czerwca o 6:00 pm zaśpiewam dla Was w Ogrodach Konsulatu RP, przy okazji 25. Rocznicy obalenia komunizmu w Polsce. Żaden to koniec świata, zewsząd blisko, Nasza Ziemia a i okazja zacna. Spotkajmy się więc nieprzypadkowo.

REKLAMA_JAPONIA1Kaja Cyganik

www.wycieczki.ca

kaja.cyganik@gmail.com  

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.