Madera - ojczyzna Ronaldo

Nie tylko wino

Należąca do Portugalii wulkaniczna Madera wygląda tak, jakby powstała dopiero przed chwilą. Jakby Bóg właśnie zakończył swe dzieło, a wiatr, woda i czas nie zdążyły jeszcze złagodzić jej ostrych rysów, stromych stoków i szpiczastych szczytów.
Madera wyrasta gwałtownie wysokim klifem pośrodku oceanu. Obmywana przez fale, często spowita chmurami, owiana mgiełką tajemniczości, jak większość wysp na świecie żyje własnym, ustalonym od wieków naturalnym rytmem. Bez pośpiechu, z dala od współczesności, na uboczu historii. I choć biura podróży próbują zrobić z niej turystyczne eldorado, wciąż jest tu więcej autentyczności niż reklamowego blichtru na pokaz.
„Wyspa rodzi odosobnienie, odosobnienie zaś rodzi siłę” – twierdził Napoleon, dopełniając swych dni na zesłaniu. Za każdym razem, kiedy jestem na jakiejś wyspie, odnajduję kolejne dowody na potwierdzenie tych słów. Na Maderze odnalazłam je w oczach mieszkańców. Odbija się w nich ocean, w ich duszach tkwi jakaś dziwna tęsknota, a w sercach niezwykła moc i spokój.
Mieszkańcy Madery są jak sama wyspa – na pierwszy rzut oka wyniośli, szorstcy i nieprzystępni. Po bliższym poznaniu okazują się otwarci i przyjaźni, choć często nieprzewidywalni.
Pierwsza niespodzianka czekała na mnie już na lotnisku, a w zasadzie jeszcze w powietrzu, kiedy ujrzałam wychodzący w ocean pas startowy podparty betonowymi filarami. Nikt mnie nie ostrzegał, że będziemy wodować – pomyślałam, przyglądając się, z jaką precyzją pilot kieruje skrzydlatą machinę na niewielki skrawek lądu między górą i oceanem.
– To nic w porównaniu z czasami, kiedy pas był znacznie krótszy i samoloty podchodziły do lądowania po kilka razy. To były emocje! Piloci dostawali oklaski jak gwiazdy estrady po udanym występie – zagadnęła współpasażerka, widząc moje lekkie zaniepokojenie.
Madera, niczym naturalna twierdza, broni się przed napierającym oceanem wysokim skalistym brzegiem. Jedynie w centralnej części południowego wybrzeża jej krajobraz nagle łagodnieje, wzgórza oddalają się od linii brzegowej, tworząc coś na kształt amfiteatru, w którym ulokowała się pierwsza osada – Funchal, dziś największe miasto i równocześnie stolica wyspy.
By ten niezwykły amfiteatr ujrzeć w całej okazałości, poszybowałam nad miastem kolejką na wzgórze Monte, jedną z naturalnych platform widokowych. Krótki spacer przez ogród botaniczny Jardim Tropical Monte Palace zawiódł mnie pod wyniosłą bryłę kościoła Nossa Senhora do Monte. Biała fasada mocno odcinała się od bazaltowego ryzalitu i ciemnostalowych chmur, które nagle pojawiły się na czystym niebie.
Wyspa wiecznej wiosny
Przewodnicy zachwalają Maderę jako wyspę wiecznej wiosny, lecz podkreślają ogromną zmienność pogody i przyznają, że w ciągu jednego dnia można tu przeżyć cztery pory roku.
„Na Maderze zawsze jest słońce, czasem tylko trzeba go poszukać” – przypomniałam sobie miejscowe powiedzenie, kryjąc się przed nagłą ulewą. Kiedy północ wyspy spowijają gęste chmury, południe tonie w słońcu – i odwrotnie. Ale gdy promienie przebiją się przez chmury, powietrze staje się tak przejrzyste, że wyostrza wszystkie zmysły. To dlatego zieleń jest tak niewiarygodnie soczysta, kwiaty tak aromatyczne, a śpiew ptaków tak intensywny.
Błękitną lukę w zachmurzonym niebie wykorzystałam na powrót do miasta słynnymi saniami zwożącymi pasażerów z Monte od 1850 roku. W dobie samolotów odrzutowych i rakiet wynoszących ludzi w kosmos, ta 20-minutowa podróż była niczym powrót do przeszłości. Dwóch eleganckich dżentelmenów w nienagannej bieli i słomkowych kapeluszach kierowało wiklinowym koszem na drewnianych płozach pędzącym bazaltową drogą. Do manewrów i hamowania używali butów ze specjalną podeszwą. Rozrywka unikalna w skali Europy. Muszę przyznać, że niezwykle zabawna i przyjemna.
Madera smakuje egzotyką
W centrum Funchal odwiedziłam słynny targ miejski, na którym handluje się warzywami, owocami i rybami. Spacerując pomiędzy straganami, odkryłam ze zgrozą, że wśród leżących owoców nie odnajduję znajomych gatunków. Przede mną stały skrzynie wypełnione soczystymi barwami i zmysłowymi kształtami, a ja nie potrafiłam ich nawet nazwać, a co dopiero zdecydować, które z nich kupić.
Sprzedawcy zachwalali owoc o wyglądzie przerośniętej, zielonej szyszki. To banano-ananas – głosiła tabliczka niedbale porzucona na egzotycznym stosie. Spróbowałam kilku odmian marakui: o smaku pomarańczy, ananasa, a nawet pomidora. Znalazłam też papaję. Zawsze myślałam, że to owoc tropikalny, a przecież ciągle byłam w Europie.dali, jak okiem sięgnąć – ocean.
Wino Madera
Na wyspie produkuje się najbardziej znane, obok porto, wzmacniane wino portugalskie – maderę. Już w XV wieku zawijające na Maderę statki zabierały w dalszą drogę beczki miejscowego wina. Zauważono, że smakuje ono lepiej pod koniec podróży, więc wysyłano maderę w długie rejsy, żeby wino wygrzało się w tropikalnym słońcu.
Do dzisiaj poddaje się je działaniu wysokiej temperatury i w tym tkwi tajemnica jego trwałości (po otwarciu można sączyć je miesiącami) i długowieczności (najstarsza zachowa- na butelka madery pochodzi z 1772 roku).
Produkuje się cztery odmiany madery: najsłodszy Malmsey, półsłodki Bual oraz półwytrawne Verdelho i wytrawny Sercial.
Klify Madery
Kolejne dni spędziłam na eksploracji pozostałej części wyspy. Zaczęłam od Cabo Girão, drugiego co do wysokości klifu na świecie. Krętą drogą wjechałam na parking przy małym tarasie widokowym, skąd rozpościerał się widok na bezkres oceanu.
Przewieszona przez barierkę długo spoglądam na pionową ścianę pode mną – 580 metrów to zbyt wysoko, by się nie bać. Ocean był bliski i daleki jednocześnie. Funchal widać było jak na dłoni, a także góry, horyzont i niewielką wioskę rybacką Câmara de Lobos, z kolorowymi łodziami łagodnie kołyszącymi się na falach zatoki. Potem wszystko zasnuły chmury.
Lewady, czyli turystyka piesza na Maderze
Droga była kręta niczym spirala. Z każdym metrem drzewa stawały się coraz niższe, aż w końcu całkowicie przegrały pojedynek z wysokością, ustępując miejsca karłowatym zaroślom. Wjechałam na pofalowany płaskowyż pokryty dywanem roślinności. Zieleń wyspy ma niezwykle soczysty odcień, bo z gór obficie płynie woda.
Zresztą nigdy jej tu nie brakowało. Już w XVI wieku skierowano strumienie na odpowiednie szlaki tak, by suche i słoneczne południe nawodnić z obfitującej w opady północy. Łączna długość kanałów nazywanych lewadami wynosi ponad 2000 kilometrów. Ale służą one nie tylko nawadnianiu. Wzdłuż nich biegną ścieżki turystyczne, niektóre spacerowe, inne bardziej wyczynowe, ale wszystkie niezwykle malownicze.
Ale ja ciągle stałam na płaskowyżu na wysokości ponad 1200 metrów. Wyżej były już tylko najwyższe szczyty Madery, a wśród nich Pico do Arieiro, na który można wjechać samochodem, i Pico Ruivo, do którego prowadzi szlak pieszy. Trasa nie jest trudna, ale zaskakuje zapierającymi dech w piersiach widokami. Tu i ówdzie ścieżka wiodąca granią ociera się o chmury. Sam szczyt Pico Ruivo wznosi się ponad nie. A w oddali, jak okiem sięgnąć – ocean.
Madera szlakiem historii
Choć Madera wydaje się leżeć z dala od wielkiego świata, często bywała odwiedzana przez znane osobistości. Przez trzy lata mieszkał na niej Krzysztof Kolumb. Przyjechał tu handlować cukrem, z którego produkcji słynęła wówczas wyspa.
Żyła tu też Sisi, żona cesarza Franciszka Józefa, oraz ostatni cesarz Austro-Węgier, Karol Habsburg. Całe wieki później Ernest Hemingway zachwycał się saniami zjeżdżającymi z Monte.
Byli też na wyspie wielcy Polacy. Ponoć podczas podróży morskiej zginął tu „książę Polak”, kiedy od gigantycznego klifu Cabo Girão oderwał się potężny głaz i zatopił statek. Mówi się, że był to król Polski i Węgier, Władysław III Warneńczyk, którego śmierć na polu bitwy pod Warną w 1444 roku nigdy nie została potwierdzona.
Obecność Józefa Piłsudskiego nie jest już legendą, ale faktem. Na przełomie 1930 i 1931 roku przez trzy miesiące mieszkał w willi Quinta Bettencourt na przedmieściach Funchal.
Katarzyna Sołtyk
 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: