Czas siewu

Picture202  Pachnie chleb z czarnuszką i mokra ziemia po kolejnej majowej burzy. Zostało jeszcze pięć dni do Zimnej Zośki, ale pogoda ostatnio taka piękna, że nakłoniła nas do prac ogrodowych. Po dwóch dniach kolektywnej pracy u podstaw mamy przekopane cztery grządki, na których oprócz sadzonek pomidorowych krzaków, posialiśmy kilka odmian jarmużu, szpinak, kosmiczną fioletową marchew, pietruszkę, kalarepę, rozmaryn, bazylię, jadalne mlecze i czerwoną cebulę. Rukola wysiała się sama, odbił szczypiorek i czosnek, a rabarbar przezimował w ziemi i lada chwila będzie idealny na kompot i ciasto. Za każdym razem, kiedy wkładam dłonie w wilgotną, czarną glebę, staje mi przed oczami ojciec dumnie prezentujący do obiektywu aparatu mikro-marchewki wyhodowane mozolnie na jałowym, skalnym zboczu naszej góry. Uprawa czegokolwiek trudna była nie tylko ze względu na podłoże i opóźniony okres wegetacyjny (kiedy we wsi chłopi zbierali buraki nam właśnie zieleniła się botwinka), ale także ze względu na różnej maści szkodniki – a to jelenie wyniuchały młode warzywa i wyjadły co się dało, a to mój brat Kajetan postanowił posprzątać grządki, powyrywał dzielnie wszystkie ledwo co widoczne marchewki i poukładał w równiutkim rządku jedna obok drugiej.  Jabłonie i grusze musiały być już wtedy bardzo stare, bo owoce rodziły małe, kwaśne, ot takie psiary, podobne tym, które obrastały ruiny połemkowskich chat. Zbieraliśmy więc to, co rosło samoistnie – czarne borówki, jeżyny, poziomki, zioła i grzyby.  Latem ludzie ze wsi, wychodzili w góry na swoje pola na sianokosy. Biegaliśmy przez hale, bardziej z ciekawości niż z nudów, pomagać przy przerzucaniu ściętej trawy i układaniu jej w snopki. W upalne dni Anna Polańska wołała nas w największy skwar do jesionowego cienia, wyjmowała z koszyka pieczony tradycyjną metodą chleb, nalewała do metalowego kubka kwaśnego mleka i nie było lepszego jedzenia, nie było lepszych wakacji. Kiedy siano wyschło gospodarze pozwalali nam przebyć całą, niekrótką drogę do stodoły na załadowanym po samo niebo wozie i nikomu wtedy nie przeszkadzało, że będzie trzeba wracać po nocy, pod górę do domu. Czasem się zastanawiam jak zareagowałaby Polańska, Bołozowa albo Hanka Wnękowa gdybym im powiedziała, że tu nie można legalnie kupić mleka prosto z udoju, bo zawiera niebezpieczne dla zdrowia bakterie. Pewnie każda z nich roześmiałaby się serdecznie uśmiechem szczerbatym i szczerym, a po chwili pokiwała z niedowierzaniem głową i wróciła do swoich zajęć. A Bołozowej małżonek, co to każdego lata z krowami na popas w góry wychodził, ten, który twierdził, że za Radziejową to już mieszkają murzyni, a jak gazetę brał do spracowanych rąk, to czytał ino białe, a czarne zostawiał, zakląłby siarczyście, tak jak tylko on potrafił, bo większych banialuków to i nawet na targu w Piwnicznej by nie usłyszał. Pamiętam jak po którychś wakacjach śmiali się ze mnie w szkole, bo przyznałam się, że umiem wydoić krowę i zrobić biały ser. W Kanadzie udało mi się znaleźć tylko jeden rodzaj mleka, który jako tako nadaje się do wyrobu twarogu (niehomogenizowane Harmony Organic), równowaga nie została więc do końca rozchybotana. Niby nic takiego – wystarczy przecież wsiąść w samochód, podjechać pod supermarket, kupić co trzeba i wrócić do domu. Szybko, sprawnie, bez zawracania głowy. Ja tam wolę czasami po łokcie sobie ręce urobić i żeby mi w domu ten chleb pachniał, czarna ziemia straszyła spod paznokci, serwatka nocą do zlewu kapała. Nauczyłam się też kilku innych, teoretycznie nieprzydatnych w dzisiejszym świecie rzeczy, na obozach harcerskich. Same przecież, ledwo co od ziemi odrosłe zuchny i druhny, budowałyśmy półki na ciuchy z sosnowych belek, stojaki na plecaki, rusztowania pod miednice w umywalni i grzędy w latrynach. Nadawałyśmy komunikaty alfabetem Morse’a. Uczyli nas wiązać liny i wyznaczać kierunki świata według mchu porastającego drzewa i układu gwiazd.  Jak był alarm nocny, to za pięć minut każda w pełnym mundurze meldowała się przed namiotem. Dziś się też w pięć minut rano, chwilę po szóstej, zebrałam, jak Marek zadzwonił, że zabierają mnie z Belvederem na spacer nad rzekę. A jak nas wysłali na dwa dni do lasu na „chatki”, podczas którego to wypadu zastęp musiał zbudować szałas, jakoś się wyżywić (na drogę dostałyśmy  na sześć osób bochenek chleba i papier toaletowy) i w nocy, niezauważenie podrzucić do obozu meldunek z mapą, tak by komenda mogła następnego dnia zlokalizować leśne koczowisko i sprawdzić  jak sobie radzimy – wracałyśmy do szałasu po wykonaniu zadania z kilkoma puszkami pasztetu i beretem pomidorów, zachachmęconych po drodze z magazynu. W przedostatnią sobotę poszliśmy sobie na takie „chatki” do lasu. Całkiem niedaleko. Żywej duszy. Rozbiliśmy namiot, rozpaliliśmy ognisko,  noc ciemna i głucha, siedzimy, w gwiazdy się gapimy, aż tu nagle ruch jakiś w pobliskim strumieniu. Świecimy latarką, a tam ryba się szamocze, o taaaka wieeDSC_1045 (33)elka ryba. Zmęczona była chyba bardzo, albo nam włączył się instynkt łowcy, bo wyłowiona została gołymi rękami i to w zasadzie dwa razy, bo za pierwszym razem postanowiliśmy ją jednak wypuścić, a za drugim jednak zjeść. Pokaźny pstrąg. Upiekliśmy go w folii na ognisku. I jedliśmy przez trzy kolejne dni. Dziś, przy spulchnianiu ziemi pod wysiew, przypomnieli mi się madagaskarscy farmerzy. Nie mieli narzędzi i maszyn, a pole trzeba przeorać i obsadzić. O pDSC_1045 (29)ługu nikt w tamtejszych wioskach nigdy nie słyszał – tam glebę zmiękcza się wodą, a po błocie przegania zebu tam i z powrotem poganiając je drewnianymi kijkami, przy okazji korzystając z naturalnego nawozu. Stad zebu pilnują pięcioletni chłopcy, bosi, obdarci, uśmiechnięci szeroko, podśpiewujący dziarsko rytmiczne, malgaskie piosenki. Na wsiach kończy się tylko kilka klas podstawówki, na dalsze wykształcenie nikt nie ma ani czasu ani pieniędzy, każda para rąk do pracy na roli jest na wagę złota. Na ryż, pod którego DSC_1045 (11)ciężarem uginają się nasze sklepowe półki, setki tysięcy ludzi pracuje całe swoje życie. W kulturze kambodżańskich Khmerów ryż stanowi jedyne bogactwo chłopów, a  udane zbiory w znacznej mierze zależą od pogody i stanu wody.
Tak, zdecydowanie lubię zapach mokrej ziemi, skoszonej trawy i końskiego łajna. Cieszy mnie każdy zielony kiełek wybijający się z ziemi ku słońcu. Awokado, wyhodowane z pestki, ma już sześćdziesiąt centymetrów i piękne, duże, zdrowe liście. Bujam się w hamaku i skubię młodą rukolę. Wiosna, panie dzieju, wiosna!
Kaja Cyganik

Related News

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

COPYRIGHT 2014 ZYCIE PUBLISHING SERVICES. ALL RIGHTS RESERVED.