Emigranckie losy - 2
Z daleka od szosy
Emigranckie losy - 2
Bilet Iwony był do Frankfurtu. Stamtąd mieli wracać samochodem, teraz to nie wchodziło w rachubę. Razem z Maćkiem dzwonimy do biura podroży. Bilet z Frankfurtu do Warszawy kosztuje 400 dolarów. Płacimy za Iwonę. Obiecuje że odda po powrocie do kraju. Odwożę ja na samolot. Czy ją jeszcze kiedyś zobaczę? Czy usłyszę, jak potoczyły się dalsze losy? Nie wiem. Na razie wracam do domu. Dzwonie do Warszawy, do ciotki. Aniu – mówię (ciocia jest ode mnie starsza zaledwie trzy lata), za jakieś 12 godzin przyleci z Frankfurtu dziewczyna imieniem Iwona. Odbierz ją proszę na lotnisku, zajmij się nią i pomóż dostać na Śląsk, gdzie powódź. Dziewczyna nie zna Warszawy, jest sama. Ania zgadza się bez wahania, opisałem, jak wygląda Iwona i w co jest ubrana. Do tego Ania będzie miała w ręku dużą kartkę z imieniem i nazwiskiem Iwony. Powinny się znaleźć...
Następnego dnia zadzwoniłem do Ani. Wszystko odbyło się jak zaplanowane, a nawet więcej. Ani udało się skontaktować z ojcem Iwony. Okazało się, że ich dom, na wzgórzu, jako jeden z niewielu ocalał z powodzi. Mama i córka Żaneta były w porządku. Ojciec odebrał Iwonę z pociągu w Katowicach i razem pojechali do domu. Po dwóch tygodniach wrócił z Ameryki były narzeczony Iwony. Zgłosił się do niej, żądając zwrotu pieniędzy za wakacje. Postraszony prokuratorem zmył się jak niepyszny. Okazało się, że Iwona nie była Kopciuszkiem. Pracowała w banku jako manager, nieźle zarabiała. Po dwóch tygodniach przyszły pieniądze za samolot z Frankfurtu do Warszawy. Wszystko wróciło do normy. I tylko gdzieś w dalekiej Polsce, w małym miasteczku na południu, w domu na wzgórzu, który ocalał od wielkiej powodzi, na nocnym stoliku stało zdjęcie polskiego Kanadyjczyka Marka, a mała Żanetka pytała mamy, – kto to?
Minęło kilka lat, aż pewnego dnia telefon – Marek? Tu Iwona, proszę pomóż, jeśli możesz. Straciłam prace, nie mam jak utrzymać siebie i córki. Mam wizę do USA i bilet do Chicago, ale nie znam tam nikogo... Może Ty? Tak się składało, że w Chicago mieszkał mój przyjaciel z liceum otwockiego - Maciek. Zadzwoniłem do niego. - Maciek, odbierz dziewczynę z lotniska, proszę, pomóż jej w pierwszych krokach. Maciek nie mógł, wyjeżdżał w tym czasie do Kalifornii w interesach, ale zadzwonił do innego naszego kolegi, Tomka. Tomek zadzwonił do mnie. Mówi - Marek, nie ma sprawy, ale jeden warunek: prosto z lotniska musimy pojechać na koncert, bo już mam bilety a czekałem na to długo. Dzwonię do Iwony - Iwona, odbierze Cię z lotniska Tomek, pójdziesz z nim na koncert, a potem on Ci pomoże w pierwszych krokach. Iwona zdziwiła się tym koncertem i co to ma za związek, ale nie dopytywała się. Dowiedziałem się później, że spotkała się z Tomkiem na lotnisku, poszli na koncert i... już się nie rozstali. Był to rok 2001. Po roku Iwona ściągnęła do siebie córkę. Pracowała najpierw jako kosmetyczka, potem Tomek wciągnął ją do Real Estate (sprzedaż domów) i pożyczek bankowych. Pracowała znowu w swoim zawodzie. Minęły lata. Przyszedł rok 2004. Rok, który przyniósł wielkie zmiany w moim życiu. Podróże do Nowego Yorku, do Polski. Była też podróż do Chicago. Spotkałem Iwonę i Tomka, spotkałem Żanetę, już 12- letnią, która rozpoznała we mnie pana ze zdjęcia na nocnym stoliku. To było przemiłe spotkanie. Gdy wyjeżdżałem Iwona dostała telefon od koleżanki. Koleżanka imieniem Ewa, pytała czy jadąc z powrotem, do Mississauga w Kanadzie, nie zabrałbym trochę rzeczy dla jej siostry, która przyjechała właśnie z Polski z dwoma córkami do męża i okazało się, że została całkiem sama, bez podstawowych rzeczy. Oczywiście zgodziłem się.
I tu zaczyna się kolejna historia...
Miałem ze sobą tylko jedna torbę, wiec tył jeepa był całkiem pusty. Ewa przywiozła sporo rzeczy. Naczynia, kołdry, poszwy, jakieś ubrania, chyba, nie wiem, nie zaglądałem. Z Chicago do Mississauga jest ok. 850 km. Jedzie się cały czas autostradą, więc można tę trasę zrobić w 8 godzin. Tak też było i tym razem. Do Mississauga dojechałem ok. 23 w nocy. Parę następnych dni miałem mieć bardzo zajętych więc pomyślałem, że jeszcze nie jest aż tak późno by nie zadzwonić i dostarczyć przywiezione rzeczy jeszcze tej nocy. Zadzwoniłem z komórki na podany telefon. Odebrała kobieta. Przedstawiłem się, powiedziałem ze mam przesyłkę od Eli z Chicago. Monika, bo tak miała na imię moja rozmówczyni, miała smutny głos, ale ucieszyła się i powiedziała, że mogę podjechać.
Cdn.
Marek Mańkowski







Comment (0)