•   Wednesday, 06 Jul, 2022
  • Contact

Jeszcze dalej od szosy cz.2

Z daleka od szosy (127)


(...) No i niedźwiedź przyszedł. Rano było widać jego ślady. Skurczybyk nawet drapał się po grzbiecie o gruby wysoki jesion. Widać było czarną sierść pozostawioną na korze. Widać było ślady pazurów pozostawione na drzewie. Domu na kółkach nie ruszył. Najwyraźniej zapach mu nie odpowiadał. Po resztkach kiełbasy nie pozostało nawet śladu. Na śniadanie zjedliśmy jajecznicę, oczywiście z kiełbasą. Może znowu przyjdzie. Niestety nie przyszedł. Zjedliśmy wszystko sami. Pewnie był mądrzejszy od tego indyka z wiersza Brzechwy. Dużo mądrzejszy. Przez następne kilka dni, mimo długich zasiadek na „tree stand” (mała ambona zawieszona na drzewie), i podkładaniu świeżej, dobrze przysmażonej kiełbasy, niedźwiedź się więcej nie pojawił. Za to wezwał chyba na pomoc sojusznika żeby nas przegonić z jego dominium.
Jak to zrobił nie wiem, ale gdy wracaliśmy z lasu na obiad ze zdziwieniem zobaczyliśmy, że nasz dom na kołach nie jest już żółto-biały tylko w czerwono-czarne drobne ciapki. To był niesamowity widok. Cała powierzchnia RV, szyby, ściany i dach pokryte były gęstą warstwą…. biedronek. Tak, boże krówki. Tysiące i tysiące. Skąd się wzięły, nie wiem.
Gdy otworzyliśmy drzwi, część z nich dostała się do środka. Nie zastanawialiśmy się długo, i tak następnego dnia mieliśmy wracać. Wracamy teraz. O mało co nie zostaliśmy na pastwę biedronek przy wjeździe na szosę, ale udało się i już bez przeszkód po paru godzinach byliśmy w Mississauga. Po biedronkach nie zostało śladu. Pewnie wróciły po nagrodę do niedźwiedzia. No cóż, polowanie nie zawsze kończy się sukcesem. Tym razem górą był niedźwiedź. To nic. Licencja się nie zmarnuje, bo jesienią jedziemy znowu, tym razem do Wawa. Andrzej miał polować z łukiem, ja miałem służyć jako obstawa z karabinem. Był maj, wyjechać mieliśmy w połowie września.
Pojechaliśmy samochodem Andrzeja, Toyota 4Runner. Do Wawa jest prawie tysiąc kilometrów, ale dojechaliśmy tam jednego dnia. Miejsce do spania mieliśmy zamówione w motelu Kiniwabee Marka Kozika i jego żony Tereski. To miejsce to był cały domek z tarasem z tyłu, dwiema sypialniami, łazienką i kuchnią. Marek przygotował też przynętę. Andrzeja „tree stand” był większy od mojego i nie wymagał wkręcania haków w drzewo by się do niego dostać, wchodziło się razem z nim. Tyle, że zejść też trzeba razem z nim, moje mogło pozostać na drzewie. Bladym świtem następnego ranka już byliśmy na drzewach. Andrzej z łukiem, ja z karabinem. Czekaliśmy do południa i nic. Czekaliśmy do wieczora i nic. Następnego dnia to samo. Andrzej się trochę zniecierpliwił i postanowił wziąć zawodowego „outfitera”. Było ich w okolicy Wawa kilku. Andrzej umówił się z jednym. Ten przekonał go by siedział na stanowisku sam to będzie większa szansa. Dzień wcześniej jeden z jego klientów strzelił ładną sztukę. Podjechaliśmy na stanowisko, które miał objąć Andrzej. Nie podobało mi się za bardzo ze względów bezpieczeństwa. Było tylko trochę podwyższone. Bardziej pomost niż ambona i do przynęty nie więcej niż 30 metrów. To dobrze na strzał z łuku, ale co będzie, gdy niedźwiedź się wkurzy? Jednak ani Andrzej ani „outfiter” nie chcieli drugiej osoby w pobliżu. No cóż, jego wybór. Następnego dnia Andrzej wyjechał wcześnie, a ja trochę później na ATV Marka na drugie stanowisko, które Marek przygotował wcześniej. Dojechałem tam bez kłopotów według jego wskazówek, zresztą byłem tam już kiedyś. Nad beczką z przynętą wznosiła się wysoka stroma zalesiona skarpa i na jej szczycie miałem zamiar się usadowić. Najpierw z karabinem w ręku poszedłem sprawdzić czy przynęta była odwiedzana.
Nagle, gdy byłem w odległości może 30 metrów zobaczyłem ruch. Spod gęstego świerka wypadła czarna wielka kula i ruszyła w moją stronę. Czas zwolnił. Nie wiem, kiedy przerzuciłem karabin do lewej ręki. Zarepetowałem wprowadzając jeden z pięciu nabojów do komory. Wkurzony niedźwiedź był już blisko. Strzał na tułów to na nic. Sam widziałem jak strzelony w serce niedźwiedź przebiegł jeszcze dobre 100 metrów. Wycelowałem w łeb. Niedźwiedź zarył w miejscu, zagarnął ziemię przednimi, potężnymi łapami. Zaczął się unosić. Był tak blisko, że czułem smród jego oddechu. Huk. Padł jak rażony piorunem, tam gdzie szykował się do ataku. Nawet jednej drgawki. Teraz dopiero zaczęły mi się trząść ręce ugięły się nogi. Jeszcze nie odkładałem broni, ale nie było potrzeby drugiego strzału. Jak później sprawdziłem, kula weszła przez dolną szczękę w momencie, gdy unosił łeb i weszła w czaszkę zatrzymując się pod górną pokrywą.
Wydobyłem potem tę kulę i mam ją do dziś na pamiątkę szczęśliwego trafienia. Zachowanie niedźwiedzia było bardzo nietypowe. Normalnie, nawet, gdy znajduje się w pobliżu przynęty, gdy usłyszy ruch i poczuje zapach człowieka, znika, jakby go nigdy nie było. Ten - czy był aż tak głodny czy może naprawdę w złym humorze - zaatakował. Miałem naprawdę dużo szczęścia. Ta cała historia wydarzyła się na początku lat dwutysięcznych. Przypomniała mi się gdy w zeszły weekend pojechałem na północ m.in. “Na niedźwiedzia”. Niedźwiedź nie przyszedł. Przynajmniej nie wtedy gdy na niego czekałem. Był duży. Widziałem go na kamerze pozostawionej w lesie. No cóż, nie dożyłby tej wielkości gdyby nie był mądry. Niech sobie łazi.
Cdn. Marek Mańkowski

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: