Wielkanocne wspomnienie

Z daleka od szosy (119)


Już od paru tygodni nie musimy nosić masek. Miałem ich naprawdę serdecznie dość. Dzisiaj można wreszcie wchodzić normalnie do sklepów. Przypomniało mi się jak to było dwa lata temu, kiedy wirus panował wszędzie w najlepsze.
Wielkanoc 2020
No to nam się porobiło. Przyszła Korona, co prawda nie cierniowa jak Jezusa, ale bardzo niewygodna i jak jezusowa mogąca doprowadzić nas do śmierci. Objawy nie są ciekawe i pełne męki w wielu przypadkach, chociaż nikogo przez to nie zbawimy. Póki co, ta niewygoda nie jest tak naprawdę bardzo męcząca, jeśli udało nam się nie zarazić. Możemy stracić pracę na jakiś czas, możemy mieć straty w biznesie bez pewności, że je odzyskamy, do sklepów kolejki na zewnątrz, ale to dla nas Polaków emigrantów z lat osiemdziesiątych to jak powrót do Polski z tamtych czasów, (pewnie niektórym się ckni, że nie ma komitetów kolejkowych, w których mogli by uzyskać chociaż troszkę władzy nad innym). W wielu sklepach, np. technicznych, jak Home Depot, kupować można tylko „on line”, czego nie cierpię, bo lubię sam sobie wybrać to co chcę kupić i wziąć do ręki zanim za to zapłacę. Oczywiście Millennials nie mają z tym problemu. Oni nawet samochód kupują z Internetu, już nie mówiąc o artykułach spożywczych i warzywach. Na szczęście te ostatnie można ciągle kupić w sklepach takich jak Metro, Walmart, czy Super Store. Również w Costco. Nie wiem jak to się odbywa w wielkich aglomeracjach, jak Mississauga czy Toronto, ale tutaj, z daleka od szosy idzie to dość sprawnie. Dzisiaj np. w poniedziałek wielkanocny, pojechałem do sklepu Metro w Grimsby. To co prawda prawie pięćdziesiąt kilometrów, ale tylko tam mogę kupić wołowe nerki. Te nerki są dla mojego czteromiesięcznego szczeniaka. Dla nas tylko woda Perrier i Club Soda. „Lany Poniedziałek” natura zrobiła prawdziwie lany i od rana leje u nas deszcz. I to akurat, gdy miałem wstawiać słupy do płotu i bramy. Na pewno znajdzie się paru, którzy mnie wyklną, że chcę pracować w Święta Wielkanocne, ale po pierwsze stawianie płotu dla siebie samego (no może bardziej dla psa), to przyjemność a nie praca, a po drugie „Lany Poniedziałek” to właściwie święto pogańskie, obchodzone na ziemiach polskich jeszcze przed chrztem. Może dlatego tutaj w Kanadzie obchodzi się Wielki Piątek, jako święto, co według mnie ma więcej sensu niż w poniedziałek, bo to przecież w piątek, według tradycji umarł na krzyżu Jezus. Jest dla mnie nieodgadnioną tajemnicą, czemu w Polsce obchodzi się akurat Poniedziałek, no ale tradycja to tradycja. Tradycja to też żurek na białej kiełbasie, więc w Sobotę pojechałem do Niagara Falls do polskiego sklepu na Victoria St (obecnie na Thorold Stone) Pojechałem z samego rana, przed ósmą, wstępując najpierw do prawdziwego rzeźnika za miastem. Takie to są zalety mieszkania daleko od szosy, nie trzeba bez przerwy poruszać się w tłumie, co w sytuacji epidemii niezwykle pomaga. W polskim sklepie zamówiona kiełbasa już na mnie czekała. Ponieważ byłem przed dziewiątą więc była przede mną tylko jedna osoba. Wędliny i ciasta w tym sklepie są rewelacyjne w smaku, więc kupiłem je też. Wracając do domu postanowiłem przejechać obok polskiego Kościoła. Słoneczko świeciło, ptaszki śpiewały i na podjeździe koło plebanii zobaczyłem naszego księdza. Przywitałem się, powiedziałem, że to smutno tak bez święconki, ale epidemia to epidemia. Ksiądz podszedł trochę bliżej i powiedział, że jeśli zaraz przyjadę ze święconką to mi ją poświęci. Wróciłem szybko do domu. Żona jeszcze spała, więc szybko znalazłem koszyk, białe serwetki koronkowe, ugotowałem jajka, ukroiłem kiełbaskę, włożyłem sól i chrzan, wróciłem do plebanii i ksiądz przez okno samochodu zmówił modlitwę i pobłogosławił święconkę. Na pewno wolę to niż święcenie „drive through” w Brampton, kojarzące się z kawą z Tim Hortons.      
Materiał na płot i bramę kupiłem też w Sobotę. Oczywiście „on line”, ale odbiór był w sklepie Home Depot w St. Catharines. Nawet sprawnie to poszło. Kolejka bez wysiadania z samochodu, towar dostarczano do samochodu. Przyjechałem do domu rozładowałem auto i zacząłem Święta. W niedzielę zgodnie z wiekową tradycją i by nie obrazić Pana Boga nie robiłem nic tylko jadłem różne smaczności. Lubię święta, nawet, gdy Korona Cierniowa chce nam wejść na głowę. Jeszcze raz okazało się, że życie z daleka od szosy ma swoje niezaprzeczalne zalety.
Dzisiaj, dokładnie dwa lata później do kościoła można już pojechać ze Święconką i pójść normalnie na mszę bez paskudnych masek na twarzy. WESOŁYCH ŚWIĄT

Cdn. Marek Mańkowski

 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: