Do Kanady - 47

Z daleka od szosy (199)


Nasz czternastoletni syn Marcin budził się z jeszcze większym trudem niż ja. Spał na górnym łóżku. Ściągnąłem go na dół, otworzyłem okno. Jak pisałem wcześniej, parapet był nisko i wystarczyło dać duży krok by znaleźć się na zewnątrz. Słychać było syreny. Z innych okien też wychodzili nasi współmieszkańcy. Pobiegłem z paroma kalegami dookoła baraku. Do wejścia dotarliśmy jeszcze przed strażą pożarną, chociaż już zajeżdżały dwa wielkie wozy z drabinami. Wpadliśmy do środka. Dym już się przerzedzał. To obudzeni krzykiem współmieszkańcy z dwóch innych baraków ugasili powstały pożar. Trzech Arabów trzymało jednego ze swoich ziomków kolanami przy ziemi. W środku naszego baraku mogliśmy zobaczyć czemu nie dało się otworzyć drzwi pokojów. Gruba lina wiązała klamki drzwi po jednej stronie korytarza do klamek po drugiej stronie. Gdyby nie parter i niskie okna bylibyśmy w pułapce. Gdyby nie szczęśliwy traf, że w baraku obok zepsuła się ubikacja i jeden z mieszkańców przyszedł do naszej by się załatwić, mogła być tragedia. Ten ktoś zauważył ogień, zauważył uciekającego podpalacza. Krzykiem obudził nas i zaalarmował swoich nie śpiących jeszcze kolegów z innych baraków. Ugasili dopiero rozpoczynający się ogień, ktoś zadzwonił po straż pożarną i policję. Podpaleni przez Araba, uratowani przez Arabów. Podpalaczem był ten, który chciał poderżnąć gardło swojej dziewczynie. Wrócił, wypuszczony przez policję. Gdy jej nie odnalazł w jej byłym pokoju, postanowił zemścić się na nas za uniemożliwienie mu zemsty na niej. Przyjechała policja, zabrała go znowu. Nie przeprowadzono żadnego dochodzenia, nikt nas o nic nie pytał, młody terrorysta więcej nie wrócił. Nie wiem co się z nim stało. Czy go wreszcie zamknęli na dłużej, czy po prostu przenieśli do innego miasta? Nie wiem. Zapomnieliśmy o tym dość szybko. Te kilka epizodów nie zepsuło nam humorów. Znajdowaliśmy się w pięknych okolicach Europy. Nie było obowiązku ciągłego przebywania w obozowych barakach. Zwiedzaliśmy dalsze i bliższe okolice. Na zdjęciach można zobaczyć, że naprawdę było tam pięknie. Na wycieczki często też zabierali nas Niemcy mieszkający w Ulm. Zapraszali nas też często na domowe BBQ. W niedzielę rano przyjeżdżali zabrać nas na mszę do kościoła. „Wakacje” trwają…
W jednym z pokojów naszego baraku mieszkała sympatyczna para małżeńska. Za taką się przynajmniej podawali. Brali udział w naszych prywatkach. Byli weseli, sympatyczni. Zaprzyjaźnaili się szybko ze wszystkimi. Wyciągali nas na zwierzenia o porzednim życiu w Polsce. Pytali skąd jesteśmy, kto został w Polsce, jakie są nasze dalsze plany. Jedni się zwierzali, inni nie. Nie zrażało ich to. Za to ciągle próbowali nas agitować do różnych wystąpień. A to, że jedzenie nie dobre, że za mało dostajemy pieniędzy, że nie przenoszą nas na mieszkania. Wydawało by się, że tylko przyklasnąć tym postulatom, że to dla nas dobrze, a jednak... Niemcy karmili nas, dawali ubranie, miejsce do spania, dentystę, opiekę medyczną, nic za to nie chcąc. Dlaczego żądać więcej? I na jakiej podstawie rządać? Pytałem ich o to. Usłyszałem na jednym z ich zebrań, że nam się to wszystko należy, bo Niemcy wywołali wojnę, bo ją przegrali, bo, bo, bo, bo... „Interesujące” podejście. Znajdowali się jednak tacy któży im wtórowali. Potem ta para przypuszczalnych małżonków zaczęła ogłaszać zapisy do partii PPS. Argumentowali, że to będzie lepiej wyglądało w podaniu o azyl, że w PRL PPS była nielegalna i w związku z tym powrót był niebezpieczny. Wszystko to nawet miało ręce i nogi tylko jedna rzecz wywołała u mnie dzwonek alarmowy. W formularzu zapisowym do tej partii, wykonanym na zwykłym powielaczu trzeba było podać nie tylko wszystkie swoje dane osobowe, ale również wszystkie dane, w tym adresy rodziny pozostałej w Polsce. Mimo to znaleźli się jednak tacy, którzy na to poszli. Późną nocą i nad ranem niejednokrotnie słyszałem stukot maszyny do pisania dochodzący z pokoju tej pary. Czy pisali raporty? Nie wiem. Trwało to ok. trzech miesięcy. Pewnego wieczoru przyszło dwóch panów po cywilnemu i jeden policjant. Weszli do ich pokoju i wyprowadzili ich w kajdankach. Więcej ich nie słyszeliśmy, za to słyszeliśmy o nich. Para agentów z PRL-owskiego SB. Ot takie mieszanie i zbieranie informacji o nielegalnych emigrantach.
Cdn. Marek Mańkowski

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: