Do Kanady - 36

Z daleka od szosy (188)


Prawdopodobnie trudno zrozumieć dzisiejszym młodym ludziom, zwłaszcza tzw. „Milenials” czyli młodym ludziom dorastającym po roku 2000, że wyjazd na emigrację dzisiaj to zupełnie coś innego niż trzydzieści lat temu. Trzydzieści lat, to całe pokolenie. Trzydzieści lat to już historia. Czasem nie wiem czy śmiać się czy płakać, gdy słyszę wypowiedzi młodych ludzi, zwłaszcza w Polsce, na temat życia w PRL-u., Z jaką pasją mówią o czasach, w których jeszcze nie było ich na świecie i z jaką pewnością siebie mówią o tym, co wtedy się działo. Może warto by było, aby my, którzy wtedy żyliśmy i tworzyliśmy tamtą historię dali świadectwo temu, co naprawdę się działo w tamtych czasach. Nie wszystko było złe i nie wszystko było dobre. Kto może niech pisze, opowiada dzieciom i wnukom, zanim ktoś zakłamie prawdziwą historię, jak to teraz próbują niektórzy w „nowej” Polsce i zanim wymrze to pokolenie, które pamięta własne doświadczenia. Ci, co czytają moją opowieść o czasach 1980 – 1987 mają przegląd tamtego czasu. Jest to moja historia. Historia prawdziwa, taka, jaką pamiętam, a nie taka, jaką mi ktoś opowiedział.
Jest sierpień, rok 1987. Moja żona Gosia, czternastoletni syn Marcin i ja jedziemy na emigrację do Kanady. Droga to długa. Czechosłowacja, Niemcy Zachodnie, Szwajcaria, Włochy, znowu Niemcy. Minęliśmy już granicę „Zgniłego Zachodu”. Po noclegu w przygranicznym zajeździe i krótkim postoju w jednym z niemieckich miast po drodze do Latiny we Włoszech, zbliżamy się do granicy ze Szwajcarią. Jest tu jednak jedna przeszkoda. Wielkie jezioro Bodeńskie.  Najprostsza droga do Szwajcarii na naszej trasie by minąć to jezioro to wjechać na teren Austrii. Dosłownie kilkanaście kilometrów, żeby objechać wschodni koniec jeziora i już będziemy w Szwajcarii. Próbuję. Niemiecki posterunek graniczny przejeżdżamy bez problemu, ale po stronie Austrii jest problem i to duży. Nie chcą nas wpuścić. Nie mamy wizy. To był ten krótki okres, gdy Austria przywróciła wizy dla Polaków. Taki pech. Nie pomaga tłumaczenie na migi i pokazywanie mapy, że my chcemy do Szwajcarii, której granica jest tylko kilkanaście kilometrów stąd. Musimy zawrócić. Wracamy do przejścia niemieckiego, a tu kolejna niespodzianka. Też nie chcą nas wpuścić Nie wiem, dlaczego. Przecież musieli widzieć, że zawróciliśmy z przejścia w Austrii. Coś nam tłumaczą, ale oczywiście nie rozumiem. Pokazuje wizę do Włoch, próbuję tłumaczyć, że to tam właśnie chcemy się dostać. Wreszcie nas wpuszczają. Jadę do Lindau (na zdjęciu powyżej). Z mapy wynika, że jest tu prom do Szwajcarii. Jeśli mielibyśmy jechać przez przejście drogowe to trzeba by nadrobić ponad 100 kilometrów. Teraz w Kanadzie taka odległość wydaje się śmiesznie mała, ale w Europie było inaczej. Na szczęście udaje nam się dostać na ten prom. To była piękna przeprawa. Wielkie jezioro z seledynową przezroczystą wodą, długie łagodne, ale wysokie fale. Drugiego brzegu nie widać, ale za to widać w oddali ośnieżone, białe szczyty Alp. Bajkowy widok. Staliśmy wszyscy na górnym pokładzie, prawie nad samym dziobem statku i patrzyliśmy jak urzeczeni w zieloną wodną głębię. Nawet do głowy nam nie przyszło by usiąść pod dachem oszklonej kabiny, tak było pięknie. Przeprawa trwała ponad godzinę, ale i tak o niebo szybciej niż gdybyśmy chcieli objeżdżać jezioro lądem. Główne przejście ze Szwajcarii do Włoch znajduje się w Como. Jak wynika z mapy, prowadzi tam autostrada. Ja mam jednak inny pomysł. Nie wiem czy kiedykolwiek będziemy mieli jeszcze okazję zobaczyć Alpy, a jak czas pokazał miałem rację. Znajduję na mapie małe przejście graniczne w pobliżu miasteczka Splugen w sercu Alp. Kieruję się właśnie tam, drogą wzdłuż granicy z księstwem Lichtensteinu. Jest już późno, robi się ciemno. Błądzę, próbując znaleźć po ciemku drogę do miasteczka. Gosia śpi. Widzę parking. Zjeżdżam i parkuję przy niskiej barierce. Jesteśmy w wysokich górach. Wysokie czarne świerki zasłaniają widok. Zresztą jest już kompletnie ciemno. Okna w samochodzie otwarte. Jest gorąco. To było naprawdę gorące lato. Głęboko w dole, tuż za otwartym oknem słychać szum potoku. Dobrze, że Gosia śpi. Ma lęk przestrzeni i ten potok uświadomiłby by jej, że tuż za drzwiami znajduje się przepaść. Marcin też już śpi. Położyłem lekko swoje siedzenie i już układałem się do snu, gdy obudziła się Gosia. Normalnie zajmowało jej sporo czasu by dojść do przytomności po głębokim śnie. Nie tym razem. Natychmiast dotarła do niej sytuacja, w jakiej się znajdowaliśmy i ogarnęła ją panika. Wierzcie mi, nikt nie chce być w pobliżu Małgorzaty, gdy jest naprawdę zła. Masz zamiar tu spać??? – zapytała, jeszcze cicho, ale głosem, o którym po czternastu latach małżeństwa wiedziałem, że nie wróży nic dobrego. Aż taki odważny nie jestem. Postawiłem z powrotem siedzenie, uruchomiłem silnik. Wiedziałem, że muszę zawrócić by odnaleźć to małe Splugen. Szosa była bardzo wąska, parking to było tylko małe wąskie rozszerzenie drogi. By zawrócić, tył fiata 125p kombi musiał wyjść poza granicę asfaltu nad nieznanej głębokości przepaść ze słyszalnym w dole potokiem. Nawet nie próbowałem powiedzieć o tym Gosi. Miałem tylko nadzieję, że tego w ciemności nie zauważy…
Cdn. Marek Mańkowski

 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: