W poprzek Kanady – 37

Z daleka od szosy (287)
Kanadyjczyków nie obchodzi co wywozimy, Amerykanów interesuje co wwozimy. Odwrotnie w drodze powrotnej. Powoli przejeżdżam most nad Niagara River. W tym miejscu jest szeroka na ponad kilometr. Po prawej stronie jezioro Erie, jedno z pięciu wielkich jezior Ameryki Północnej. Na prawym pasie nieskończony rząd wielkich ciężarówek. Lewy pas, dla samochodów osobowych posuwa się w miarę szybko. Dojeżdżam do szeregu kilkunastu kiosków, w których siedzą celnicy. Przede mną kilkanaście samochodów. To zawsze kwestia szczęścia, w której kolejce się ustawimy. Najważniejsze by tego nie zmieniać. To zawsze budzi podejrzenia. Po kilkunastu minutach jestem przy celniku. Otwieram okno. Podaje prawo jazdy (tak, tak, wtedy Kanadyjczycy mogli wjeżdżać do Stanów na prawo jazdy). Rutynowe pytanie: „Gdzie jadę? „Do Pittsburga” – odpowiadam. „W jakim celu”? „Odwiedzić przyjaciół”. „Na jak długo?” „Na weekend”. Wiem i widzę że celnik bacznie mi się przygląda. Oddaje prawo jazdy. „Have a nice day (miłego dnia)” – mówi do mnie. Nie pokazuję ulgi. Mówię proste „thank you” i odjeżdżam. Celnicy nie lubią gdy próbuje się z nimi po przyjacielsku rozmawiać. To zawsze wygląda podejrzanie, a poza tym oni nie mają czasu na pogaduszki i irytuje ich próba zbytniego nawiązywania rozmowy. Gdy ktoś jest zbyt nachalny w przyjacielskim podejściu kierują go na dokładne sprawdzenie na bok. Jadę autostradą 190. To tylko kilkanaście kilometrów do autostrady nr I-90 tzw. Interstate, wiodącej ze wschodu na zachód. Jadąc do Pittsburga trzeba pojechać na zachód ok. 200 km do miasta Erie i tam skręcić na autostradę I-79 na południe. Pittsburgh jest 200 km dalej. Od Buffalo autostrada jest płatna aż do granicy ze stanem Pennsylvania. Za te ok. 150 km płaci się 3 dolary 50 centów. W Toronto, za przejazd jedyną w Kanadzie płatną autostradą nr 407, za przejazd 45 km płaci się 16 dolarów. Pozostawię to bez komentarza. Jadę już 90-siątką. Pogoda dobra, temperatura tylko parę stopni poniżej zera. Kilkanaście kilometrów przed Erie, już w Pensylvanii, zjeżdżam z autostrady do motelu. Dzwonię do przyjaciół w Pittsburgu, że będę dopiero jutro wieczorem. Chyba myślą, że mi coś padło na mózg. Idę wcześnie spać. Przede mną długa droga do Detroit. Wstaję o czwartej rano. Znowu na autostradę I-90, przez Cleveland do Toledo i stamtąd na północ do Detroit. Gdy dojeżdżam do miasta jest już widno. Mam koordynaty GPS jak dojechać na podstację. Przypominam że ówczesny GPS pokazuje tylko kierunek, azymut i odległość do celu, a nie ulice jak teraz. Zjeżdżam z autostrady w miejscu gdzie wydaje mi się że powinienem. Świeci słońce, ale nie pomaga to dzielnicy przez którą jadę. Domy to rudery z zabitymi deskami i dyktą oknami, trawa przed nimi wysoka, pełna chwastów. Przed niektórymi, mimo wczesnej pory siedzą czarni, ubrani kolorowo, twarze smutne i złe. Jak na filmie. Staję na czerwonym świetle. Z boku widzę kątem oka biegnącego w moją stronę czarnego człowieka. Ruszam mimo czerwonego światła. Słyszę jak krzyczy „wait, wait, you mother f…” Zza jego pleców pojawia się kij bejsbolowy, który rzuca za mną, ale jestem już za daleko by mnie dosięgnął. Słyszałem wcześniej opowieści by w niektórych dzielnicach w Detroit nie zatrzymywać się na czerwonym świetle. Okazuje się, że to , że podstacja musi być koło torów kolejowych. Po kilku skrętach w takie same ulice, ale już bez „przyjacielskich” nawoływań do zatrzymania dojeżdżam do całej masy torowisk. Bocznice, mnóstwo rozjazdów i wreszcie niewielki żwirowy plac, poza którym, pomiędzy torowiskami stoją znane mi betonowe unity. Koła chrupią na żwirze, podjeżdżam pod same metalowe schody wiodące do technicznego unitu. Wypakowuję sprzęt i narzędzia. Zanoszę wszystko do środka. Zaczynam instalację od przeciągnięcia kabli. Jest godzina dziesiąta rano. Cała instalacja przebiega rutynowo. Ok. godziny 13:30 zaczynam ładować program z laptopa na komputer stacyjny. To potrwa ponad godzinę. W międzyczasie pakuję narzędzia do bagażnika Toyoty.
Cdn. Marek Mańkowski







Comment (0)