Z DALEKA OD SZOSY (9) Zwyczajne życie

To już prawie cztery miesiące odkąd zamieszkałem w Welland. Małe miasteczko niedaleko Niagara Falls i St. Catarines. Prawie w równej od nich odległości. No może nie takie małe. Jest pod względem wielkości 97. miastem w Kanadzie, z 235 które mają powyżej 10000 mieszkańców. Czy to dobrze czy źle, nie wiem i niewiele mnie to zajmuje.
Mieszka tu się jak na wsi. Cicho, spokojnie z niewielką ilością świateł kierujących ruchem. Chyba mniej tych świateł niż tylko na Dundas St. w Mississauga. Co tam chyba, na pewno. W niedzielę rano na ulicach cicho i spokojnie, bez wszechobecnego w GTA ciągłego ruchu samochodów. Tim Hortons 400 m od domu, można się przejść piechotą, a w każdą sobotę rano można pojechać na prawdziwy targ gdzie nawet zimą przyjeżdżają farmerzy ze swoimi produktami. Twardziele to są, bo wielu z nich siedzi na mrozie na zewnątrz przy straganie sprzedając jabłka i warzywa. Są też stoiska wewnątrz. Są tu rzeźnicy i piekarze i hodowcy kur i jajek.
Zwłaszcza jedne jajka sobie upodobałem. Są ogromne, w wielu są podwójne żółtka, prawdziwie pomarańczowe. Nie to nie kacze jaja. Kacze sprzedawane są oddzielnie. Poza tym miód z okolic, ciastka, różne jarmarczne wyroby. Targ zaczyna się od siódmej rano w sobotę i trwa do południa. Tylko raz w tygodniu. Lubię tam pojechać nawet jak nic nie potrzebuję, chociaż zawsze coś wezmę. Ot chociażby kalafiora, który potem z bułką tartą, też tam kupioną i z masłem smakuje o niebo lepiej niż te z mega sklepów. A poza tym i większe i tańsze.
Czasem spotykam tam kolegów, Grzegorza i Marcina i napijemy się kawy w kawiarni w tym samym pawilonie. Wiem, że w Mississauga i w Toronto też są Farmer’s Markets, ale po pierwsze działają tylko od wiosny do jesieni, a po drugie mają jakby mniej autentyczności, chociaż i tam przecież przyjeżdżają prawdziwi farmerzy. Pamiętam jak pojechaliśmy kiedyś na Farmer’s Market do St. Jacobs niedaleko Guelph. Mieszkają tam Mennonici i wydawało by się, że trudniej o bardziej naturalne produkty, a jednak nacięliśmy się raz bardzo kupując u takiego „farmera” pomidory. Wszystko wydawało się ok, dopóki nie wróciliśmy do domu i na niektórych pomidorach nie znaleźliśmy małych niebieskich nalepek z Supermarketu. Nasza wiara w autentyczność targu w St. Jacob została mocno zachwiana i przestaliśmy tam jeździć. Być może, że była to tylko jedna czarna owca, spekulant, który kupił tanio pomidory w sklepie i sprzedawał drożej na targu, ale zniechęciliśmy się. Teraz moja wiara wróciła w Welland. Targ w Welland znajduje się przy ulicy Market Sq. i Young St. (to nie ta sama ulica, co w Toronto).
Parę dni temu okazało się, że mamy kłopot. Otóż żadna klinika w Welland nie przyjmuje nowych pacjentów, a nasz dotychczaso- wy Family Doctor jest w Mississauga. Póki co, umówiliśmy się jeszcze na wizytę pod koniec stycznia, ale trudno będzie dojeżdżać sto dwadzieścia kilometrów do lekarza. Jednak, jak to mówią, kto szuka ten znajdzie i dzisiaj znalazłem Family Doctor w Thorold, piętnaście minut od nas, który przyjmuje nowych pacjentów. Wpisałem się z rodziną na listę. Co ciekawe, gdy w domu sprawdziłem w internecie lekarza, do którego się zapisaliśmy, okazało się, że kończył studia medyczne w Polsce na Uniwersytecie Jagiellońskim. O Thorold napiszę jeszcze, bo to bardzo ciekawe miasteczko z 18 tys. mieszkańców znajdujące się tuż za miedzą. Znajduje się tam jedna ze śluz na kanale Welland.

Marek Mańkowski