Z daleka od szosy (64) – Przygoda z psem

Do tej pory zima nas oszczędzała. Temperatura długo była powyżej zera, śniegu niewiele i dopiero od tygodnia przyszły mrozy. Nie takie znowu wielkie. -15 to było najniżej co zanotowałem w zeszłym tygodniu. Spadło też trochę śniegu, ale znowu nie na tyle żeby się tym przejmować. Mimo łagodnej w miarę zimy, jezioro na „moim” starym polu golfowym, gdzie codziennie chodzę z psem i gdzie może się on do woli wybiegać zamarzło całkowicie. Do tego stopnia, że zaczął tam przychodzić wędkarz ze stołeczkiem. Siada sobie na środku tego jeziora, rozkłada jakieś tobołki i łowi zawzięcie. Ciekawy jestem co łowi, bo ryb żadnych w tym jeziorze nie ma. Są tylko bobry, które ryb do życia nie potrzebują, bo żywią się drewnem.

Muszę trochę uważać na psa, który jest niezwykle towarzyski i chciałby zaraz lecieć witać się z każdym. Ponieważ jednak widok tej czarnej „bestii” jest dość przerażający więc nie wiem jak takie spotkanie z wędkarzem by się skończyło i czy wędkarz nie schowałby się pod lód jako mniejsze zło. Pies ma już rok i trzy miesiące i trudno mi dalej tłumaczyć go, że to szczeniak i że chce się tylko pobawić. Dzisiaj (poniedziałek) pojechaliśmy jak zwykle na ten długi „golfowy” spacer. Na parking podjechał samochód i wysiadła z niego młoda para. Zastanawiałem się przez chwilę czy idą po prostu na spacer, ale nie, zeszli na lód z jakimś sprzętem. Ja w tym czasie byłem już z psem spory kawałek dalej. Niestety pies wbiegł na wzgórze, zobaczył ich i pognał jak dziki w tamtą stronę. Noszę zawsze ze sobą gwizdek, taki dość przeraźliwy. Użyłem go teraz i na szczęście pies zawrócił już z nad brzegu jeziora i przybiegł do mnie. Szybkim krokiem, chociaż po kopnym śniegu leżącym na skłębionych od pięciu lat nie koszonych trawach nie było to łatwe, przeszedłem za kilka kolejnych pagórków i pies zajął się polowaniem na myszy.

Na kolejnym wzgórzu zauważyłem z oddali, że para młodych zawróciła do samochodu i odjechała. Wracając później do samochodu domyśliłem się, że ten sprzęt, który mieli to musiały być łyżwy i szufla od śniegu. Trudno się było zorientować czy w kilku miejscach tylko zgarnięty śnieg przestał być zgarniany, bo było go zbyt dużo, czy to Judasz spowodował ż

porzucili ten zamysł romantycznej jazdy na łyżwach. Za nim jednak wróciłem do auta to poszliśmy dużo dalej i na środku jeziora zauważyłem nie jednego tym razem wędkarza, ale trzech. No to już mnie naprawdę zdziwiło, bo wiem z całą pewnością, że ryb tam żadnych nie ma. Latem sporo wędkarzy próbowało tam coś złowić i żadnemu się nie udało. Może to tylko taki sposób spędzania czasu na mroźnej wichurze, z dala od

brzegu. Ja mam awersję do lodu i nie wchodzę na taflę zamarzniętej wody. Ot taka fobia, często zupełnie bez sensu, bo skoro trzech wędkarzy łowi na środku i łyżwiarze chcą sobie urządzić jazdę, to przecież ten lód musi być wystarczająco gruby. Ja jednak nie wejdę na niego i już. Poza wyjątkiem, który wydarzył się dwa dni temu.

Jest tam takie miejsce, gdzie jezioro się zwęża i położony jest niski most drewniany. Tak niski, że odkąd bobry zbudowały tamę na odpływie mostek znalazł się jakieś 30 cm pod wodą i tylko niskie szerokie poręcze wystawały kilka cm ponad powierzchnię. Mostek służył kiedyś wózkom golfowym. Latem niejednokrotnie przechodziłem po nim w kaloszach, gdy woda trochę opadła. Tym razem na ten mostek poleciał pies Judasz. Nie przejąłem się tym specjalnie. Skoro lód utrzymuje tylu ludzi to utrzyma i psa.

Odwróciłem się by wracać do samochodu i nagle usłyszałem trzask. Odwróciłem się szybko. Psa nie było widać, po sekundzie zauważyłem jego łeb, obok mostu i łapy trzymające się kurczowo niskiej poręczy. Okazało się, że pies zeskoczył z mostu na lód a ten się pod nim załamał. Pewnie dlatego że jest tam powolny nurt. Nie myślałem w tym momencie o swojej fobii lodowej. Wbiegłem na pokryty taflą lodu most do psa. Nurt ciągną go pod most i pod lód na drugą stronę. Widziałem wyraźnie jego przerażone oczy, zaciśnięte na oblodzonej poręczy pazury. Było głęboko, nawet człowiek nie sięgnął by tam dna. Padłem kolana. Udało mi się złapać obrożę i praktycznie wyszarpnąłem psa z lodowatych odmętów. Był skąpany razem z głową. Na dwunastostopniowym mrozie sierść szybko stanęła jak oszronione szpilki. Judasz się otrząsnął kilka razy i ruszył w szaleńczy radosny bieg. Biegał tak przez kilka minut, potem wytarzał się w śniegu, a potem… jakby nigdy nic zaczął z zapałem polować na myszy. Do samochodu było ok 20 minut szybkiego marszu. Jeszcze nigdy tak szybko nie wskakiwał do środka.

Cdn. Marek Mańkowski