Z daleka od szosy (31) – St. Johns

Posiadanie psa to nie tylko przyjemność. To również kopalnia wiadomości jakie można uzyskać od właścicieli innych psów spotykanych w „psich parkach” czyli Leash Free, jak również znajdowanie nowych ciekawostek w okolicy.

Jechałem sobie np. szosą prowadzącą od H-wy 20 w stronę jeziora Ontario, czyli na północ. Jechałem dlatego, że ktoś na Leash Free opowiedział mi o wiosce St. Johns, gdzie miała się znajdować woda, w której mógłby popływać pies. Miał tam być też piękny wodospad. Pani pokazała mi nawet zdjęcie tego wodospadu. Niagara to nie była ale tak z pięć pięter to miał, woda spadała i pod spodem było spore jeziorko. Wybrałem się wcześnie, zaraz po wschodzie słońca. Najpierw dojechałem szosą nazwaną Cataracte do Decew Rd i skręciłem w prawo. Według mapy miał tam być wodospad i młyn, i pewnie był, ale wszystko było ogrodzone i zamknięte.

Pojechałem dalej wąską szosą. Po kilku kilometrach zobaczyłem most i sporą wodę. Wyglądało to jak jezioro, ale pod mostem woda rwała silnym prądem i nie chciałem puszczać tam szczeniaka, który nawet nie wie jeszcze czy umie pływać. Przypomnę, że ten szczeniak ma siedem miesięcy i jest krzyżówką Golden Retriver i German Shepherd. Wiem, że Golden z natury pływają, bo miałem kiedyś takiego, ale owczarki niemieckie nie zawsze, a kto wie których genów dostał więcej. Tak więc szczeniaka zostawiłem w samochodzie, tym bardziej że już, mimo tak wczesnej pory znajdowali się tam wędkarze i poszedłem nad brzeg pod most, a potem na drugą stronę szosy. I po tej drugiej stronie zobaczyłem coś o czym nie wiedziałem.

Był to piękny monument nazwany First Nations Peace Monument. Tablica informowała, że monument nie jest jeszcze skończony bo brakuje jakiś komponentów które artysta założył. Ale wyglądało to i tak pięknie i aż zapraszało, żeby tam usiąść. Jest u mnie w pracy dziewczyna imieniem Jane. Jej mama jest Indianką z plemienia którego nazwy nie potrafię wymówić. Rezerwat, w którym się urodziła znajduje się w Quebeku na wschód od Montrealu. Opowiadała mi kiedyś, że młodzi ludzie z tego szczepu, by stać się dorosłymi muszą w pewnym momencie, zimą, przejść z canoe przez St Lawrence River. St. Lawrence River, czasem zamarznie całkiem, a czasem nie do końca, a ma w tym miejscu ponad dwa kilometry szerokości. Jest to bardzo niebezpieczne, ale każdy to robi. Zapytałem jej czy wie o tym monumencie i oczywiście wiedziała. Polecam by go zobaczyć. To piękne miejsce nad brzegiem wody, gdzie można urządzić sobie skromny piknik w upalne dni. Była tam już nawet jakaś rodzina z dziećmi, więc tym bardziej psa nie wypuściłem tylko pojechałem dalej tym razem w drugą stronę. Dotarłem do małego parkingu, gdzie zaczynały się dwa szlaki. Zaparkowałem samochód i poszedłem razem ze szczeniakiem. Tym łatwiejszym szlakiem oznaczonym podobnie jak w polskich górach, bo moje kolana to już nie to co kiedyś. Trochę trwała ta wyprawa, może kilometr, może dwa, aż dotarłem do małego tarasu widokowego w lesie. Zszedłem z góry stromą ścieżką na ten taras i wreszcie zobaczyłem ten wodospad. Był dokładnie taki sam jak na zdjęciu, które mi pokazano. Była jednak pewna zasadnicza różnica – nie było wody. Nie spadała najmniejsza kropla. Łupkowa skała była sucha jak pieprz i tylko na dole wśród kamieni widać było jakieś niewielkie kałuże. Zbyt małe by nawet szczeniak mógł się w nich położyć, nie mówiąc już o popływaniu. Ale to nic, woda pewnie będzie jesienią albo po większych deszczach, a wyprawa była wspaniała. Zjechałem wszystkie wąskie szosy w tej okolicy, łącznie z szutrowymi. Było stromo i z zakrętami, podobnie do okolic Pittsburga, urocze domy, pola i pastwiska. W jednym miejscu był nawet górski potok szumiący spływającą szybko po kamieniach wodą, zupełnie jak w Karkonoszach w Czerwonej Dolinie. Wspaniała wycieczka. Polecam wszystkim. Okolica nazywa się St. Johns.

Cdn.  Marek Mańkowski