Z daleka od szosy 26 – Co zrobić z psem

Wydawało by się, że mieszkając z daleka od szosy, nie ma problemu z zabieraniem psa na spacer. No właśnie, wydawało by się… Gdy szedłem z siedmioletnim Belwederem, to mogłem go spuścić ze smyczy w zwykłym parku, na drodze nad kanałem czy na pobliskim polu i miałem pewność, że nie narozrabia ani nie poleci, gdzie nie trzeba. Teraz gdy mam półrocznego już prawie szczeniaka, nie jest to takie proste. Myślałem co prawda, że mam ten problem rozwiązany, bo niedaleko mnie znajduje się dawno nieużywane pole golfowe ze sporymi jeziorkami, tamą bobrową i gęśmi. Nikt tam prawie nie chodził, oprócz może młodych ludzi na terenowych motorach. No ale oni robili sobie wyścigi dużo dalej niż my chodziliśmy i tylko raz Judasz pognał za przejeżdżającym w pobliżu motocyklem, tak że miałem problem z odwołaniem go. Generalnie Judasz jest bardzo posłuszny i przybiega na każde zawołanie, nawet z daleka, ale to tylko jak jesteśmy sami. Jego natura ze strony ojca (Golden Retriever) każe mu lubić każdego kogo napotka, do tego stopnia, że potrafi pójść za obcym i żadne wołanie by wrócił nie pomaga. Dlatego spuszczenie go ze smyczy w miejscach, gdzie puszczałem wolno Belwedera, np. nad kanałem, nie wchodzi w rachubę. Byliśmy obaj całkiem szczęśliwi mając wielką połać zarośniętych łąk i stawów, aż do czasu, gdy parę tygodni temu zauważyłem, że Judasz nagle stracił całą werwę, nie je, leży w kącie i niczym się nie bawi. Najwyraźniej chory. Przyjrzałem się bliżej. Na szyi duże obtarcia, niewielkie w innych miejscach, wydzielające brzydki zapach. Infekcja. Zanim udało mi się załatwić, wizytę u weterynarza, minęło kilka dni. Pies poczuł się lepiej, znowu zaczął szaleć i rozrabiać, ale rany na karku ciągle były, chociaż widać było, że próbują się goić. Do weterynarza poszliśmy dzisiaj, tzn. w poniedziałek. Okazało się, że jest to bakteryjna infekcja, którą dostać można najczęściej na brzegach wysychających stawów. Jedyne stawy nad którymi bywaliśmy codziennie w tamtym czasie to te na polu golfowym. Tak więc to super miejsce jest na razie dla nas zamknięte. Jednak szczęście się uśmiechnęło, bo akurat otworzyli zamknięty z powodu wirusa park dla psów w Phelam. To co prawda 14 kilometrów, ale przynajmniej park jest spory i przychodzi tam wiele psów, co Judaszowi wyjdzie na zdrowie. Do tej pory jedyne psy jakie spotykał by się z nimi bawić, to dwa nieduże p, zaadoptowane z Meksyku. Psy należą do mojego szefa, miejsce jest na odludziu, więc mogą biegać do woli, ale nie wypada mi się narzucać z towarzystwem zbyt często, więc bywamy tam co dwa lub trzy tygodnie. W samym Welland jest co prawda park dla psów, ale tak malutki, że chyba mój ogród jest większy. Włączyłem GPS na najkrótszą trasę i okazało się to wspaniałym pomysłem. GPS poprowadził mnie wąskimi asfaltowymi drogami przez piękne zielone okolice. Ładne, zadbane domy, stojące na dużej powierzchni, nie tak jak w Mississauga, jeden prawie na drugim. Dla samych tych widoków, zwłaszcza w późnym popołudniowym słońcu warto przejechać tych prawie trzydzieści kilometrów. Wczoraj udało mi się nawet znaleźć stare opuszczone miejsce z pięknymi krzakami kwitnącego bzu i teraz cały dom mi pachnie bzem. Będę musiał posadzić u siebie krzak bzu. Ten zapach jest nie do zastąpienia.

Koordynaty na GPS do tego parku dla psów: 43.045360, -79.331324. Polecam każdemu kto ma psa i go lubi. Park nazywa się: „Leash Free Pelham Dog Park”

Cdn. Marek Mańkowski