Kto by pomyślał, zeszłej soboty, że tydzień później znowu będę jechał w stronę południowo-zachodnią, prawie nad jezioro Erie. Prawie, bo do samego jeziora nie dojechałem, a przynajmniej go nie widziałem, chociaż widziałem ujście Grand River. No prawie ujście.

Od mostu w Dunnville do ujścia jest jeszcze ok 6 kilometrów. Na pewno jeszcze się wybiorę do Port Maitland by to ujście zobaczyć. Grand River przelewała się nie raz w moich podróżach po Ontario, ciągle się o nią potykałem i chcę teraz zobaczyć jak kończy swój bieg. A czemu znowu po tygodniu wybrałem się w tamte okolice? Otóż moja małżonka znalazła ogłoszenie na FB Market Place o sprzedaży stołu i krzeseł do ogrodu. Gdy sprowadziliśmy się do Welland w październiku zeszłego roku, nie myśleliśmy o ogrodowych meblach. Była pełnia jesieni i zbliżała się zima. Teraz za to właśnie rozpoczął się maj, zrobiło się ciepło, wyjrzało uśmiechnięte słońce i aż się chce posiedzieć w ogrodzie, a tu nie ma na czym, ani przy czym bo stołu też nie ma. Tak, więc to ogłoszenie spadło jak z nieba. Były też inne, ale z dalszych stron, jak London, Orilla czy Toronto. Za stół ze szklanym blatem i cztery ogrodowe fotele podano cenę 60 dolarów, co w porównaniu z nowymi stanowi prawie sześciokrotne przebicie.

GPS pokazał prawie sześćdziesiąt kilometrów. Był to piątek. Rano pojechałem do Mississauga, bo w sprawie mebli umówiłem się po trzynastej. Z Welland wyjechałem w stronę Dunnville zaraz po dwunastej. Znowu była piękna słoneczna pogoda, ruch niewielki, ptaki nad polami, które teraz były jeszcze bardziej zielone niż tydzień temu, śpiewały jak by cały świat się cieszył a nie zamartwiał paskudnymi wirusami. Jadąc, już niedaleko Dunnville rozpoznałem drogę do farmy jajecznej i pomyślałem sobie, że wstąpię w drodze powrotnej, chociaż tym razem nie składałem zamówienia. Może się uda i farmer będzie miał te wielkie jaja. W niedzielę mieli do nas wpaść znajomi z Toronto i już się o te jaja pytali, bo przeczytali o nich w Życiu.

Jak zwykle, to była prawdziwa przyjemność tak jechać sobie przez te płaskie jak na Żuławach w Polsce pola. Rozrzucone, co kilka kilometrów zabudowania rolnicze z silosami i stodołami przerywały monotonność krajobrazu. Nie było dwóch takich samych domów na całej tej trasie i tylko wiatraki prądowe psuły widok, a jest ich tam masa. Pamiętam jak w dawnej Polsce mówiło się o elektryfikacji wsi. To tutaj taż skojarzyło mi się z elektryfikacją wsi, chociaż zupełnie innego rodzaju. Oprócz wiatraków, coraz więcej farm ma zainstalowane całe płachty baterii słonecznych. No cóż, to dwudziesty pierwszy wiek. Stanąłem na chwilę na poboczu drogi. Wielki wiatrak w tym miejscu był bardzo blisko i gdy wysiadłem z samochodu usłyszałem wyraźny poszum jego śmig. Szu, szu, szu, szu.

Chyba nie chciałbym mieszkać obok czegoś takiego, nawet gdyby te wszystkie opowieści o szkodliwości tych wiatraków nie były prawdziwe. Ten szum może naprawdę wyprowadzić z równowagi, a niektóre zabudowania farmerskie stały wystarczająco blisko takiego wiatraka by go ciągle słyszeć. Dojechałem bez przeszkód do celu. GPS to jednak wspaniały wynalazek. Zjechałem w boczną drogę. Na samym początku stała duża tablica z napisem „Thank you for your service, Teresa”. Okazało się że pani która sprzedawała te meble jest pielęgniarką w szpitalu w Hamilton. Jaka to różnica z doniesieniami z Polski gdzie sąsiedzi szykanują i wyganiają z domów pielęgniarki i lekarzy, bo nie chcą się zarazić. Wstyd mi za naszych rodaków.  Dalej nad brzegiem rzeki na niewielkiej zielonej skarpie stało kilka domów. Przy jednym z nich czekał mąż pani Teresy, która miała jeszcze dyżur w szpitalu. Piękne to było miejsce. Z tarasu rozpościerał się widok na Grand River i pomost na brzegu. Z drugiej strony, przy rowie napełnionym wodą, dwóch kilkuletnich chłopców poławiało żabki. Pan pomógł zapakować mi meble do mojego SUV. Trzeba było zostawić otwartą tylną klapę, mocując ją sznurkiem. Okazało się to skuteczne i dojechałem szczęśliwie do domu, nic nie uszkadzając. Po drodze zboczyłem kilka kilometrów na farmę jajeczną. Wielkie jaja akurat były, więc zapakowałem je też, co później uszczęśliwiło moją znajomą z Toronto, gdy już siedzieliśmy w naszym ogrodzie przy szklanym stole i BBQ, na którym smażyły się wielkie, grube steki od miejscowego rzeźnika.

Cdn. Marek Mańkowski