Często, kiedy się przeprowadzimy, okazuje się, że brakuje nam trochę umeblowania, a to co mamy często nie pasuje. Tak jest też z moim stołem. Stół jest wielki, za wielki do kuchni, za wielki do living room, za wielki wszędzie, No może nie do basementu. Ale w kuchni potrzebny jest stół by zjeść śniadanie, obiad, kolację.

Wymyśliliśmy sobie szklany, okrągły, na cztery osoby, nie większy. Znaleźliśmy taki na FB Market Place. Ładny z krzesłami. Sprzedaż ogłaszała pani Czesława. Sądząc po imieniu pomyślałem, że to Polka, Napisałem po polsku i nie pomyliłem się. Podałem telefon i pani Czesława zadzwoniła. Gdy zapytałem gdzie znajduje się Smithville, zdziwiła się, że nie wiem. Odniosłem wrażenie, że wszyscy powinni znać Smithville. No cóż, pomyślałem, mieszkam w Welland od niedawna, może rzeczywiście coś przegapiłem. Wpisałem podany adres na Google. Pokazał się, więc przepisałem go i poszedłem do samochodu. Była sobota rano. Wpisałem adres na GPS. GPS adresu nie znalazł. Znalazł podobną ulicę, ale z inną końcówką. No nic, będę się martwił jak już dojadę.
Okazało się, że mam tam 32 km. Szosa nr 20 prowadzi od autostrady 406 do Hamilton. Jechałem nią już kiedyś. Jedyne, co mi utkwiło w pamięci to masa wielkich wiatraków prądotwórczych. Cały las tych wiatraków, ciągnący się kilometrami.

Wielkie śmigi obracają się powoli, na złość ich zagorzałym przeciwnikom, którzy twierdzą, że one zabijają wszystkie ptaszki i ptaki, wpływają paskudnie na mózg i powodują na pewno jakiegoś raka, ale nie pamiętam, jakiego. Te wiatraki zafundowała nam poprzednia pani premier, która postanowiła, że Ontario będzie korzystało tylko z „zielonej” energii i w związku z tym płacimy za tę energię trzy razy więcej niż cała reszta Ameryki Północnej. Na szczęście panią premier wyrzucili z parlamentu w ostatnich wyborach, ale wiatraki zostały, no, bo jak już są to niech się kręcą i produkują. Jadę więc sobie jasnym porankiem, ptaków żadnych, oprócz jednego sokoła i masy gęsi, nie widzę. Może faktycznie je te wiatraki wytłukły? Ale może poleciały na zimę do ciepłych krajów, a może wytłukł je ten sokół. Gęsi to żaden dowód, bo gęsi to najmądrzejsze ptaki i jakiś tam wiatrak na pewno rady im nie da. Sokół też nie, bo za mały. Dojechałem do Smithville. Ulica okazała się nie ta. No cóż, mój GPS jest przestarzały. Włączyłem telefon i szukam znowu adresu na Google. Okazało się, że jestem tylko trzy minuty od celu. Z telefonem w ręku, narażając się na trzytysięczny mandat, dojechałem do celu. Tak jak myślałem było to nowe osiedle, którego jeszcze nie było na mapach mojego GPS. Pani Czesława otworzyła mi drzwi. Przemiła elegancka, mimo poranka pani, zaprosiła mnie do środka. Gdy się troszkę poskarżyłem trudnością w odnalezieniu miejsca, zadziwiła mnie niezwykle mówiąc, że ona ani razu nie miała tu tego problemu. Graniczy to z cudem, bo wszyscy wiemy, że kobiety rzadko kiedy mają jakiekolwiek poczucie kierunku i gubią się zawsze. Stół okazał się niestety za duży jak na moje potrzeby. Zapytałem jednak pani Czesławy, co takiego jest w Smithville, że powinienem o tym wiedzieć. Myślałem, że będę miał temat do następnego artykułu. Powiedziałem to i okazało się, że p. Czesława czyta „Życie” i czyta moje „Z daleka od szosy”. Było to miłe. Okazało się jednak, że w Smithville nie ma nic, oprócz tego, że jest położone przy „głównej arterii” – jak się wyraziła pani – z Niagara Falls do Hamilton i bardzo niskich podatków od nieruchomości. Zawsze myślałem, że ta główna arteria to autostrada QEW, ale najwyraźniej byłem w błędzie. W tym samym czasie przyjechali kolejni chętni na szklany stół pani Czesławy i byli zachwyceni, że go nie biorę. Pożegnałem się mile z przesympatyczną panią Czesławą i ruszyłem z powrotem. Zwracałem dokładną uwagę na okolicę i znalazłem nawet jedną plazę z Tim Hortons, Hardware Store, Giant Tiger i sklepem Salvation Army. O, i jeszcze stary młyn. Może jak bym się pokręcił to jeszcze bym coś znalazł, ale chyba jednak w Smithville rzeczywiście nie ma nic. Wracając do domu nie spotkałem już sokoła ani gęsi, a wiatraki dalej się kręciły, więc może faktycznie je wytłukły, kto wie… No i nie wiadomo jak to będzie z tym mózgiem i rakiem.
Pierwsza wzmianka o Smithville pochodzi już z roku 1787. Osiedlił się tu niejaki Richard Griffin z rodziną, jednak inni twierdzą, że to Edward „Ned” Griffin podobno powalił tu pierwsze drzewo, wybrał miejsce na wioskę, oczyścił pod uprawę pierwsze pół hektara gruntu, wybudował pierwszy dom i mieszkał tu przez całe swoje życie. Inny syn Richarda Griffina, Smith Griffin, wybudował tu młyn, napędzany najpierw kieratem a później kołem młyńskim na strumieniu. W 1849 roku Smithville liczyło już 150 mieszkańców i otrzymało pocztę. W wiosce były już wtedy dwa młyny, przędzalnia, mechanik maszynowy, garbarnia, dwóch kowali, dwóch krawców i dwóch szewców. W roku 1950 populacja wzrosła do 1000 osób a obecnie liczy ok. 5.5 tysiąca. Do roku 2017 w Smithville odbywał się coroczny festiwal hodowlanego drobiu. Obecne biznesy w Smithville to Tim Hortons, Giant Tiger, Gino’s Pizza, Dollarama. Jest tu również miejsce gdzie można zrobić sobie tatuaż. Firma nazywa się Hellbender Ink Vintage Tatoo. Została otwarta w roku 2013 i stała się tu znana z dotacji dla różnych organizacji charytatywnych. Może nie powinienem o tym pisać, bo bardzo nie lubię wytatuowanych na nową modłę dziewczyn i pań, ale co tam znaczy moje w tym temacie zdanie.
To tyle o Smithville, które okazuje się jest o wiele dalej od szosy niż Welland, chociaż leży przy głównej „arterii” Niagara Falls/Hamilton.

Cdn. Marek Mańkowski