W poprzednim odcinku wspomniałem o miasteczku Thorold (na zdjęciu powyżej). Czternaście minut jazdy od mojego domu. Dłużej jechałem w Mississauga do Costco czy do lekarza. Czemu akurat do lekarza? Bo jak wspomniałem w zeszłym tygodniu udało mi się tam znaleźć Family Doctor, który przyjmuje nowych pacjentów. Kto kiedykolwiek zmieniał w Kanadzie miasto zamieszkania, wie jak trudno znaleźć nowego lekarza. Często jest to praktycznie niemożliwe i trzeba polegać na tzw. Walk-in Clinic, gdzie często okres oczekiwania przeciąga się do kilku godzin. Thorold jest chyba jeszcze dalej od szosy niż Welland, bo Welland znajduje się przynajmniej na końcu autostrady 406 i nie sposób tu nie trafić, podczas gdy Thorold nie ma nawet dobrze widocznego drogowskazu. Przejeżdżając auto- stradą nawet się go nie zauważa.
Moje pierwsze spotkanie z Thorold nie należało do przyjemnych, chociaż to nie wina miejsca. 1 stycznia 2020 roku wieczorem wydarzyła się u mnie tragedia. Wyszedłem z psem Belwederem na łąkę koło kanału, gdzie często bywaliśmy. Belweder to pies ze schroniska w Toronto. Wziąłem go, gdy miał już rok. Nikt go nie chciał, bo w opisie podawano, że nie umie chodzić na smyczy, nie umie przebywać z innymi psami i w ogóle jest nie do życia. Był, jako szczeniaczek prezentem ślubnym dla młodej pary, która go po prostu zostawiła na ulicy i wyjechała. Szczeniak wałęsał się prawie rok od domu do domu, aż w końcu ktoś zaprowadził go do schroniska. Umieszczono go w Internecie z opisem, wykonano wszystkie szczepienia, ale długo nie było chętnych. Zobaczyłem go przypadkiem na stronie Internetu i pojechałem z żoną. Pies wyszedł ze mną na smyczy i szedł przy nodze jak przylepiony. On wiedział, że to jego ostatnia szansa.

Belweder

Oddano mi go za 25 dolarów, chociaż normalna cena wynosi prawie 400 dolarów. Najukochańszy pies, jakiego miałem. Tak wdzięczny, posłuszny i oddany jak rzadko. Był z nami pięć lat. Stał się członkiem rodziny. Tego wieczoru Nowego Roku 2020 pobiegł jak zwykle za rzuconą mu piłką. Nagle przewrócił się i rozległ się jego krzyk bólu. Zaniosłem go parę dziesiątków metrów do samochodu. Nie było to łatwe. Ważył dobre czterdzieści kilo. Miał sparaliżowany cały tył. Pół godziny później jechałem z nim do Emergency Clinic w Thorold. Jedynej otwartej w okolicy. Wzięto Belwedera na nosze, badanie, prześwietlenie. Personel kliniki i młoda pani doktor robili wszystko by go uratować. Nie udało się. Uszkodzony rdzeń kręgowy w krzyżu. Nie mógłby się nawet załatwić. Trzeba było podjąć decyzję o uśpieniu. Nie raz mówiłem o egoizmie ludzkim, który karze się męczyć zwierzętom by ich właściciele mogli się dobrze czuć. Teraz stanąłem prze takim właśnie wyborem. Podpisałem wyrok. Stary facet, jak ja, który polował i nieraz zabijał, płakał jak bóbr. I płakała moja córka i płakała obsługa kliniki. Belweder umarł bez bólu, patrząc na mnie oczami tak pełnymi zaufania jak zawsze. Głaskałem go po jego pięknej głowie aż odszedł na zawsze. Żegnaj piesku. Kochaliśmy Cię wszyscy. Dom stał się taki pusty bez Ciebie.
Miasteczko Thorold nie było temu winne. Gdy przyjechałem tam rankiem w poprzedni poniedziałek okazało się, że jest tam nawet „Stare Miasto”. Jedna ulica ze starymi budynkami, piękna willa na wzgórzu, śluza na kanale, szarość zimy. Dzień później w pracy, okazało się, że jedna z naszych pracownic, malarka, właśnie tam mieszka i jest tym zachwycona. Latem podobno przyjeżdża tam masa turystów. Nie wiem skąd o tym wiedzą, bo ja nie wiedziałem, ale nie mam powodu jej nie wierzyć. Pierwsze wzmianki o Thorold pochodzą z roku 1788. W 1850 miejsce to uzyskało prawa wioski a już w roku 1870 uzyskało prawa miejskie. W roku 1846 miejscowość miała już ponad tysiąc mieszkańców. Miasteczko rozrosło się, gdy wybudowano kanał i umieszczono tu śluzy. W chwili obecnej miasteczko to liczy 18801 mieszkańców. W miarę moich wizyt u nowego lekarza będę na pewno poznawał to miejsce lepiej i przekażę to czytelnikom.

Cdn.
Marek Mańkowski