Tuvalu jest jednym z zapomnianych przez świat archipelagów na południowym Pacyfiku. Można również powiedzieć, że jest jednym z najmniejszych i najbardziej odizolowanych, niezależnych narodów świata. Z niepodległych państw tylko Watykan ma mniej mieszkańców.
Znajduje się w pobliżu równika przy linii zmiany daty. Tuvalu, to Państwo w Zachodniej Polinezji, w skład którego wchodzą wyspy tworzące archipelag Wysp Lagunowych o powierzchni lądowej 26 km². W jego skład wchodzi 6 atoli i 3 wyspy, które zamieszkuje 11 tys. mieszkańców. Co ciekawe, w języku polinezyjskim Tuvalu oznacza… osiem wysp. Co by nie mówić, kraj dużym nie jest… Choć Tuvalu jest miejscem, które wielu przypomina raj, bardziej znane jest z tego, że do niego należy własność domen z końcówką .tv – jest to bowiem domena narodowa Tuvalu. A dlaczego warto się spieszyć by spędzić urokliwy urlop na jednej z tych przepięknych, polinezyjskich wysp? Tuvalu zagrażają podnoszące się wody oceanu i w ciągu najbliższych 40 lat, większość terytorium kraju, może znaleźć się pod wodą.

Charakterystyczne dla dziewięciu Wysp Lagunowych jest to, że są bardzo płaskie – żadna z nich nie ma więcej niż 5 m n.p.m. Nie zawsze tak to wyglądało – podczas II wojny światowej na Tuvalu istniała baza lotnicza USA. Amerykanie wyrównali wówczas obszar wysp, niszcząc wszelkie naturalne wzniesienia. Niestety stało się to wielkim zagrożeniem dla maleńkiego kraju. W rezultacie ocieplania się klimatu i związanego z tym podniesienia poziomu oceanu, Tuvalu może w znacznej części znaleźć się pod wodą. Według badań ONZ ma to nastąpić do 2050 roku. Już teraz wyspy coraz częściej cierpią z powodu suszy i braku wody pitnej.
Na Tuvalu panuje klimat tropikalny. Jest bardzo wilgotno i gorąco – średnia temperatura rocznie oscyluje między 27–29°C.
Tylko 2 tysiące turystów odwiedziło w 2016 roku Tuvalu – w efekcie, jak wynika z działającej przy ONZ Światowej Organizacji Turystycznej (UNWTO) – ten położony w Polinezji kraj jest najrzadziej odwiedzanym miejscem na świecie.
Turystyka, mimo niezwykłego piękna wysp nie jest mocno rozwinięta – dość trudno dostać się na Tuvalu i jest to mocno kosztowne, a i baza hotelowa nie jest nadmiernie szeroka.
Tuvalu ma do zaoferowania turystom przede wszystkim puste, otoczone palmami plaże. To kolejny powód, by zobaczyć miejsce, w którym było tak niewielu ludzi – zanim przestanie ono istnieć.
Jak dostać się do Tuvalu?
Dwa razy w tygodniu, do Tuvalu latają samoloty na Fidżi (Air Fiji). To w zasadzie jedyny sposób, by na Tuvalu się dostać. Rezerwację można zrobić o każdego przewoźnika, ale biletu fizycznie nie kupimy wcześniej – dopiero na Fidżi. Sam przelot jest drogi – nie ma tu bowiem konkurencji – z Fidżi bilet kosztuje ponad 1000 zł (zależy od kursu $). Wizy są bezpłatne i wydawane na granicy na miesiąc. Walutą jest dolar Tuvalu, którego nie da się wymienić praktycznie nigdzie poza wyspą, trzeba więc zaopatrzyć się w dolary australijskie (stosunek 1:1). Samolotem przylatuje się na stołeczny atol Funafuti i tam też można się zatrzymać w jedynym na wyspie hotelu (105 AUD za pokój jednoosobowy, 133 AUD za dwójkę). Na przyjezdnych czekają też zawsze mieszkańcy, u których można się zatrzymać za niższą niż w hotelu kwotę. Pamiętajmy jednak o tym, że nie każdy mieszkaniec ma w domu klimatyzację, a bez tego, trudno jest europejczykowi w tak trudnym klimacie wytrzymać.
Co robić na Tuvalu?
Przede wszystkim zwiedzać okoliczne wyspy, na których można spotkać ludzi żyjących – jak na europejskie standardy – prymitywnie. Często bez prądu (o lodówce czy telewizorze można więc zapomnieć) i bez samochodu – za to z ogromnym uśmiechem na twarzy. Nie ma tu też restauracji, kin czy innych atrakcji (poza odbywającą się w czwartki, piątki i soboty dyskoteką) Jest za to gorąco, ludzie są przyjaźni i spędzają wspólnie wolny czas – każdy turysta będzie zaś w ich gronie mile widziany. Poza leniwym leżeniem na plaży, można na Tuvalu uprawiać snorkling, pływać i nauczyć się wspinać na palmy.
Czy warto odwiedzić Tuvalu?
Urlop na Tuvalu zdecydowanie nie jest dla tych, którzy oczekują luksusowych warunków oraz muszą być w stałym kontakcie ze światem. Przyjeżdżając do tego kraju (przypomnijmy – z najsłynniejszą domeną świata) jesteśmy praktycznie od tego świata odcięci – nie ma tu kafejek internetowych (tym bardziej wi-fi). Nie działają również telefony komórkowe. Nie wybierzemy pieniędzy z bankomatu i nie zapłacimy kartą kredytową. Bank czynny jest do 14.00 (w piątki do 13.00) nie można więc zaspać, kiedy nie ma się gotówki.
Z drugiej strony, nie ma tu tłoku, nie ma wszechobecnych samochodów i miejskiego zgiełku. Jest za to słońce, duchota i pięknie widoki. Jest możliwość kontaktu z naturą oraz poznania zupełnie odmiennej kultury. Na Tuvalu, nawet politycy nie mają lekko – premier zajmuje się (poza pracą dla rządu) również sprzedażą lodów.
Co ciekawe Tuvalu jest jednym z kilku państw świata, które uznały niepodległość Abchazji i Osetii Południowej – samozwańczych państw, które Gruzja uważa za swoje zbuntowane prowincje.
Tuvalu i jej zagrożenia
Warto przed wyjazdem dodatkowo się ubezpieczyć – na Tuvalu służba medyczna nie stoi na wysokim poziomie a leczenie jest kosztowne. Koniecznie trzeba wziąć ze sobą zapas kremów z sunblockerem oraz okulary przeciwsłoneczne i nakrycie głowy. Warto też mieć ze sobą środki przeciwuczuleniowe – na wypadek pokąsania nas przez tuvalijskie owady. Nurkując, uważamy na ostre rafy koralowe, o które można się mocno poobijać.

Tuvalu jest obecnie zalesiane. Dochód ze sprzedaży jedynego bogactwa narodowego – domen z końcówką .tv przeznaczany jest na ratowanie wysp przed zalaniem. W czarnej perspektywie, Tuvalu zostało ok. 40 lat istnienia. Ludność, w razie realnej groźby zalania zostanie ewakuowana do Nowej Zelandii, a my na zawsze stracimy możliwość odwiedzenia tego niewielkiego kraiku. Może więc warto rozważyć wyjazd wakacyjny właśnie do Tuvalu?