Trekking na Dachu Świata – Nepal (prawie) dla każdego

Po niezwykle długiej przerwie, spowodowanej pandemią koronawirusa, 17 października Nepal znowu otwiera się na turystów. Nareszcie, bo wyprawy w Himalaje nieustannie kuszą miłośników przygód z całego świata.

– Każdy może dojść do Everest Base Camp. Nie ma żadnych przeciwwskazań, jedynie nietolerancja na wysokość – ale tego nie da się przewidzieć. 95 proc. ludzi się aklimatyzuje – opowiadał – oczywiście jeszcze przed pandemią koronawirusa – na spotkaniu w ramach festiwalu Ciekawi Świata Białymstoku himalaista Rafał Fronia.

Zebranych zaskoczył cenami, będącymi w zasięgu wielu osób: na całą wyprawę pod Mount Everest (z Polski oczywiście) potrzeba tylko 8 tys. zł (ok. 2,835.00 dol.) – jeśli organizujemy ją indywidualnie, a z agencją – 12 tys. (4,124.00 dol.) Na wszystko! Od wyjścia z domu po powrót, oczywiście w tym jest cena biletu lotniczego.

Oszałamiająca egzotyka Katmandu

Wszystkie himalajskie wyprawy zaczynają się na lotnisku w Katmandu, gdzie najlepiej dolecieć tanimi liniami z Krakowa przez Dubaj. Przed epidemią ceny oscylowały wo- kół 2200 zł w dwie strony. Fronia przyznaje, że ich zawsze witają na miejscu agenci, każda wyprawa obsługiwana jest przez agencję wspinaczkową, która ogania wiele spraw: od uzyskania pozwoleń, poprzez tragarzy czy kucharzy. Agencja przyda się każdemu, nie tylko profesjonalistom. Ale poza załatwianiem formalności koniecznie trzeba też „liznąć” samej stolicy – nieprawdopodobnej egzotyki, świątyń małp, postaci Buddy medytujących z figurkami Śiwy czy Ganeśi, charakterystycznych budowli (stupy).

Rafał Fronia jest uczestnikiem Narodowej Wyprawy na K2 w 2018 roku i wielu wypraw w najwyższe góry, m.in. na oba Gaszerbrumy, Broad Peak zimą, Nanga Parbat, Manaslu, Dhaulagiri, Pik Lenina czy Baruntse. Zdobywcą Gaszerbruma II i Lhotse. W drodze na „jego” Lhotse – jego „górski raj na ziemi” – trzeba najpierw odbyć lot do niebezpiecznego lotniska w Lukli, a potem pokonać sporą część trasy razem z tymi tłumami, które ciągną na Everest.

– Czym się różni droga na Mount Everest od drogi do Morskiego Oka? Tym, że na drodze na Mount Everest jest więcej ludzi – ponuro żartuje Fronia.

Ludzie przyjeżdżają tu z konkretnym celem: zdobyć ośmiotysięcznik i chcą to zrobić jak najszybciej, za wszelką cenę. Zakładają tlen, ruszają do ataku szczytowego. A przecież samą drogą można się rozkoszować. Najpierw mijając osady, klasztory, modlitewne młynki, potem sześć wiszących mostów. Obserwując, jak żyją tu ludzie, a mnisi sypią mandale z piasku, które potem zniszczą. Po zejściu z utartego szlaku można zobaczyć nawet rajskiego ptaka – symbol Nepalu. Cała droga pod Everest jest skomercjalizowana. Nie trzeba nawet rozbijać namiotu, bo wszędzie są oferty noclegów. A widoki z bazy pod Everestem – najpiękniejsze.

Dwa tygodnie wokół Manaslu

Podróżniczka i miłośniczka gór Katarzyna Potoniec wybrała inny patent na Himalaje podczas jej pobytu tam na przełomie października i listopada 2019 roku. W Katmandu wylądowała akurat w trakcie radosnego Święta Świateł, kiedy domy przyozdabiają girlandy kwiatów i miliony oliwnych lampek. To mieniące się oświetlenie widoczne było już z samolotu przy podchodzeniu do lądowania.

Wyrywając się z korowodów tańczących na ulicach ludzi, ruszyła na 15-dniowy trekking wokół Manaslu. Zdecydowała się na tę opcję, bo trasa jest mniej uczęszczana, dająca szansę delektować się różnorodnością kulturową i oszałamiającą przyrodą. Widoki? Pewnie! Dość powiedzieć, że najwyższa przełęcz, do jakiej dotarła, Larke Pass, położona jest na wysokości 5106 m n.p.m. Przed jej zdobyciem przewidziany jest nocleg i to zdecydowanie najzimniejszy moment na trasie. I jedyny punkt, gdzie śpi się w namiotach, chyba że zdąży się przez innymi do kontenera z rozłożonymi na podłodze matami.

Kasia opowiada, że jeszcze do niedawna trasy nie dało się przejść bez namiotu, bo wielkie trzęsienie ziemi najbardziej dotknęło właśnie ten region, niszcząc wioski i całą infrastrukturę. Jednak ludzie odbudowują ją migiem, od podstaw, więc wszędzie na turystów czekają wygodne “homestaye”.

Ceny? Wykupiła cały trekking na miejscu, po wylądowaniu w Katmandu, w miejscowej agencji, płacąc 946 dolarów (w cenie był dowóz do punktu startowego, opieka przewodnika, noclegi, jedzenie i ciepłe napoje, i przede wszystkim trzy różne pozwolenia wstępu do rezerwatów, które kosztowały w sumie około 150 dolarów). Co ciekawe, musiała wydać kolejne 50 dolarów na trasie, zaopatrując się we wrzątek, ponieważ miejs- cowi dyktują dość wysokie ceny wszystkiego poza “pakietem”. Generalnie przyznaje, że być może za “Manaslu Circuit” trzeba zapłacić więcej niż za dużo bardziej popularny trekking pod Annapurnę, ale niezadeptany, różnorodny szlak jest tego wart.

Uwaga na lawiny

Właśnie do obozu ABC czyli Annapurna Base Camp położonego na wysokości 4130 m n.p.m. mieli dotrzeć uczestnicy marcowej wyprawy organizowanej przez polskie biuro Klub Podróżników Soliści. Koszt trzytygodniowej wyprawy (siedem dni spędzonych w Indiach i 13 w Himalajach) to około 6 tys. zł plus bilety lotnicze. Biuro kilkakrotnie w ciągu roku wysyła do Nepalu kilkunastoosobowe grupy, więc oczywistym jest, że ma wynegocjowane niższe ceny. Marcową grupę prowadził miłośnik gór i autor bloga “W szczytowej formie” – Tomasz Habdas. Relacjonował na gorąco, po dotarciu z Indii do Nepalu: – Na granicy już dwa razy zdążyłem usłyszeć: “Poland? Kukuczka!” Jesteśmy tu! Dach świata!

Dla niego najbardziej ekscytującym punktem wyprawy był 6-dniowy trekking, który zakładał dojście w trzy dni do ABC, spędzenie nocy w obozie i powrót tą samą trasą. Jednak okazało się, że plan trzeba zmodyfikować w trakcie, ze względu na warunki panujące na szlaku.

– Drugiej nocy doszliśmy do obozu Himalaya na wysokości 2900 m n.p.m. Obudziliśmy się rano i wszystko dookoła pokryte było świeżym śniegiem. Nasz lokalny przewodnik, Nepalczyk, twierdził, że da się przejść, lecz zagrożenie lawinowe jest bardzo duże. Przed miesiącem na tym odcinku pod lawiną w wąskiej dolinie zginęło kilkoro turystów – opowiada Tomek.

To był ten moment, kiedy musiał podjąć odpowiedzialną decyzję. Spośród 15-osobowej grupy, którą miał pod opieką, połowa nie miała doświadczenia w zimowym trekkingu, który wymaga już choćby podstaw asekuracji. Zrezygnowali z ABC, zawrócili i odbili na zachód, w ciągu dwóch dni eksplorując lasy deszczowe na wysokości 2-2,5 tys. m n.p.m. Finalnie weszli na Poon Hill (3183 m n.p.m.). To była wspaniała nagroda pocieszenia, bo ze szczytu roztacza się fantastyczny widok nie tylko na cały masyw Annapurny, ale na inny ośmiotysięcznik – Dhaulagiri.

Oby szybko tam wrócić

Tomek uważa, że taki trekking w “niższych Himalajach” – taki typowy: “nieco do góry, nieco w dół, nieco po płaskim” – jest bardzo przyjemny, przez większość trasy idzie się z kijkami i plecakiem, choć jest też bardzo dużo schodów, które potrafią dobić. Rzeczywiście jest to trekking wysiłkowy, podczas którego uczestnicy zrzucają po parę kilogramów, wymaga więc dobrej kondycji w miarę aktywnej osoby. Takiej, która wytrzyma około 90 km marszu, codziennie do 10 godzin, z bardzo dużymi przewyższeniami. Tomek przyznaje ze śmiechem, że zmęczył się tam bardziej niż na Kilimandżaro przed rokiem (prawie sześciotysięcznik).

Jednak podkreśla, że do tego niższego himalajskiego trekkingu nie trzeba mieć żadnych specjalnych umiejętności. Owszem, na trasie do ABC jest jeden newralgiczny punkt z zagrożeniem lawinowym, ale ryzyko można zminimalizować, wybierając się tam w sierpniu lub wrześniu.

Powrót mieli skomplikowany, bo ogłoszono już pandemię i zamknięto granice wielu krajów. Lot powrotny zaplanowany mieli z New Delhi, ale nie mogli tam się dostać, bo Indie wycofały wydane wcześniej wizy. Udało im się komercyjnymi liniami dolecieć do Sofii, a stamtąd załapali się na “Lot do domu”. W Polsce od razu trafili na dwutygodniową kwarantannę. Na szczęście – było co wspominać. I co planować.

– Liczę na to, że uda mi się tam wrócić – przyznaje Tomek. Co parę dni rozmawia z nepalskim przewodnikiem, ten żali się mu, opisując jak wszystko jest pozamykane na cztery spusty i jak mocno Nepalczycy dostali po kieszeni. – Wszyscy liczymy na to, że nasze życie wróci do normy. Pewnie nie szybko… Nastawiam się na to, że ten sezon wakacyjny spędzę w kraju, pod hasłem “Wspieraj polskie marki”, ale bardzo bym chciał na jesieni pojechać za granicę, jeśli będzie to już możliwe i bezpieczne – marzy Tomek Habdas.

Joanna Klimowicz