„Sztob tol’ka nie strielali!“

MOSCOW, RUSSIA — FEBRUARY 2, 2021: Pictured in this grab is opposition activist Alexei Navalny (C) at Moscow City Court during a Simonovsky District Court hearing into an application by the Russian Federal Penitentiary Service to convert his suspended sentence of three and a half years into a real jail term.

Aleksiej Nawalny jedzie do Łagru. Miejmy nadzieję, iż ten osobiście odważny człowiek nie stanie się ofiarą osobistej zemsty Putina i że rzeczywiście władcy Kremla nie zależy na fizycznej likwidacji kandydata na lidera opozycji. Oczywiście wszystko to założenia osadzone na dobrej wierze, bo jeżeli opierać się o obserwacje polityki rosyjskiej ostatních trzech dekad, o czasach ZSSR nie wspominając, to szanse Nawalnego na normalne życie w Rosji są „slim to none.“

Tytuł niniejszego felietonu nawiązuje do rosyjskiej piosenki, jak powstała chyba już po upadku ZSSR, ale oddaje doskonale poziom oczekiwań przeciętnych obywateli Rosji w stosunku do nich samych. Byle ci u władzy nie strzelali, z resztą jakoś to będzie! W tym „optymistycznym“ kontekście chciałem zwrócić Państwu uwagę na pewien drobny szczegół, który w zasadzie przeminął bez komentarza w prasie światowej. Najwyraźniej uznano to za coś oczywistego! Lider atomowego mocarstwa i zwierzchnik aparatu bezpieczeństwa państwa mówi otwarcie – bez żenady – że jeżeli służbom „zależałoby“ na śmierci Nawalnego, to „dokończyliby dzieła“.  Sic!

Piszę te słowa bez satysfakcji, że trafnie zakładałem bieg wypadków, kiedy przy wrzawie prasy Aleksiej Nawalny wracał z leczenia w Niemczech do Moskwy. Wracał w nadziei na stworzenie ruchu opozycyjnego wobec Putina? Od czasu do czasu proszę o opinie na tematy rosyjskie znajomych Rosjan, żyjących nadal w ojczyźnie. Ich pesymistyczne opinie nie pozostawiają złudzeń, iż w obecnej sytuacji większość tak zwanej opinii publicznej wierzy Putinowi lub raczej w Putina – że to on sprawuje władzę i że nie ma wobec tej władzy żadnej alternatywy. Rosjanie nie mają złudzeń, kim jest Putin i do czego jest zdolny. Ci żyjący w Moskwie i Petersburgu znają być może nazwiska Niemcowa, Politkowskiej czy teraz Nawalnego. Ale już na prowincji los oponentów systemu nikogo nie wzrusza. A doświadczenia „smuty“ czasów Jelcyna potwierdziło jeszcze wrodzoną nieufność Rosjan do ‚Zapada‘ i lansowanych przez niego ‚liberałów‘ zwanych w Rosji „aferałami“.   

Od chwili lądowania w Moskwie los Nawalnego był łatwy do przewidzenia. Z pogardliwą dla opinii publicznej świata pompą, w sądowej komedii odwieszono mu wyrok i wysłano na 3.5 roku do łagru. Tak, to prawda, opinia międzynarodowa wyraziła ponownie swoje oburzenie. Podobno kwestię Nawalnego poruszył w swojej pierwszej rozmowie z Putinem nowy prezydent USA, Biden. A do Moskwy poleciał sam szef unijnej dypmoacji, były hiszpański polityk Josep Borell. Po co? Wyrazić opinię można było drogą komunikatu lub konferencji prasowej, w Brukseli. Negocjować? Co? Z kim? Na jakiej podstawie?

Dla samego Nawalnego i dla międzynarodowego prestiżu Unii byłoby lepiej, żeby Borell do Moskwy nie jechał. Jego wizyta bowiem stała się okazją do zademonstrowania przez Kreml tak lekceważącego stosunku do instytucji Unijnych, z jakim chyba nie mieliśmy jeszcze do czynienia. Owszem, bywało – swego czasu minister Ławrow rugał przez telefon, w słowach „uważanych powszechnie za obraźliwe“ swego brytyjskiego „kolegę“ Millbanda, ale to była tylko taka robocza „pogawędka“.

Teraz zaś w świetle fleszy Rosjanie z premedytacją ośmieszyli Borrella, wyrzucając ostentacyjnie w czasie jego wizyty kilkoro unijnych dyplomatów, obecnych na ulicznych demonstracjach w obronie Nawalnego. Na konferencji prasowej zaś, z udziałem Dostojnego Gościa, oskarżyli oficjalnie Unię o kłamstwa na jego temat. To zachowania bez precedensu. Nawet za czasów sowieckiej dyplomacji symbolizowanej przez człowieka z „twarzą z granitu“, Andrieja Gromyko, przestrzegano w Moskwie pewnych konwenansów!

Najgorsze jest to, iż świadomość realnego wpływu Unii w rozwiązywaniu problemów znana jest doskonale obserwatorom. Przytoczę dla ilustracji ciekawy tekst z www.dzienik.pl Przyznam, iż nie jest to tekst optymistyczny, w kontekście wyzwań stojących przed UE. Jeżeli świadomi są tego i sami politycy, to po co gra?

•••

„Na co dzień Unia, z racji swej struktury organizacyjnej oraz procedur decyzyjnych jest organizmem dysfunkcyjnym, niezdolnym szybko i skutecznie zareagować na większy kryzys. Potęguje tę słabość fatalny zwyczaj oddawania najwyższych stanowisk w Brukseli w ręce “zużytych politycznie kadr” – jak to delikatnie ujął na łamach “The Times” szef działu politycznego niemieckiego dziennika “Bild” Peter Tiede.“

„Skoro do zarządzania dysfunkcyjną strukturą zsyłany jest “polityczny szrot”, który – jak Ursula von der Leyen – nie dawał sobie rady z niczym bardziej skomplikowanym w ojczystym kraju, efekty nie mogą być inne. Gdy nadchodzi kryzys: finansowy, ekonomiczny, migracyjny, epidemiczny, szczepionkowy, etc. Unia doznaje paraliżu, a za rozwiązywanie problemów biorą się państwa narodowe. Przy tej okazji, jak Europa długa i szeroka rządy zdejmują wówczas z siebie mnóstwo odpowiedzialności, oskarżając o wszelkie porażki Brukselę. (…)“

“No to przynajmniej Unia broni unijnych wartości” – (…). Po czym szef unijnej dyplomacji Josep Borrell jedzie do Moskwy, gdzie demonstruje, że wartości te są nieskończenie elastyczne, a i tak zostaje publicznie upokorzony przez gospodarzy. Na odchodne Rosja wydala trzech europejskich dyplomatów. Tak fundując sobie przyjemność naplucia gościowi z UE w twarz. Ups!”

Andrzej Krajewski, www.dzienik.pl, 7.02.2021

WMW