W dziewięć lat po katastrofie w Smoleńsku, na lokalnym lotnisku nadal leży, najwyraźniej zapomniany przez czynniki decyzyjne Federacji Rosyjskiej, wrak samolotu rządowego RP. Oficjalnym wyjaśnieniem faktycznego zaboru własności obcego państwa jest… śledztwo, jakie podobno prowadzą Rosjanie.
Każdy, kto słyszał o lotniczych katastrofach wie, iż kwestia wyjaśnienia ich przyczyn jest zawsze traktowana priorytetowo. Lekcje wyniesione z analiz, ustalających, czy powodem były usterki techniczne czy też czynniki ludzkie, pozwalają na unikanie podobnych katastrof w przyszłości. Zawsze, kiedy istnieje materialna możliwość, prace komisji śledczych zaczynają się od rekonstrukcji wraku. Tysiące części pozostałych po wypadku składane są na specjalnej ramie. Jak to wygląda, widać choćby na przykładzie rekonstrukcji wraku samolotu malezyjskich linii lotniczych, zestrzelonego nad Ukrainą w lipcu 2014 roku. Zebrano wszystkie odłamki. Nie, nie trzeba było kopać na metr w ziemię!!! Dzięki rekonstrukcji kadłuba oraz analiz zapisów czarnych skrzynek, odtworzono sekunda po sekundzie przebieg ‘wydarzenia’. Wiadomo dziś, z której strony nadleciała i wybuchła rakieta, i jak przebiegał proces niszczenia samolotu. Być może, nikt nigdy nie ujawni, kto i dlaczego wydał rozkaz wystrzelenia pocisku, ale wiadomo, jak przebiegła tragedia. W Holandii przyjęcie wyjaśnienia, iż “uderzył o drzewo i spadł” bez badań wraku byłoby niemożliwe! Stwierdzenie o “zmęczeniu tematem” byłoby zaś politycznym wyrokiem śmierci. Holandia jednak to nadal państwo poważne.
W przypadku wraku niszczejącego na lotnisku w Smoleńsku trudno nie zadać pytania, co konkretnie analizują rosyjscy śledczy, skoro nikt nie próbował zrekonstruować feralnego skrzydła czy kadłuba. Podkreślmy proste fakty. Samolot jest rosyjskiej produkcji, w Rosji przechodził ostatni przegląd, więc któż jak nie Rosjanie dysponują technicznymi możliwościami badań – lepszych nie posiada chyba nikt. Czemu więc nic się nie dzieje? Czemu pocięto i zwieziono na pusty plac (wcześniej oczyszczone) pokaźne części samolotu? Na co, przez dziewięć lat, czekają Rosjanie w swoim śledztwie?
Każdy, choćby pobieżnie zapoznany z polityką i tradycjami rosyjskiej strategii wobec “zagranicy” wie, iż destabilizacja sąsiadów wszelkimi możliwymi sposobami jest metodą zapewnienia sobie przestrzeni wpływu.
W XVIII wieku metodą stosowaną wobec Rzeczpospolitej było korumpowanie jej polityków i urzędników, a także destabilizacja państwa, np. poprzez narzucanie “praw mniejszości”, w konkretnym przypadku “innowierców”, czyli tych grup ludności, na które łatwiej oddziaływać mogli pokrewni im wyznaniowo sąsiedzi.
Pozostawiony bezpańsko od roku 2010 wrak Tupoleva na lotnisku w Smoleńsku doskonale odgrywa swą rolę czynnika destabilizacji niewygodnego sąsiada. Proste zastraszanie sąsiadów ma długą tradycję, ale ma też swoje ograniczenia. Do zagrożenia można się przyzwyczaić; wypracować skuteczne metody zapobiegawcze. Ale tak jak my znamy dobrze naszych sąsiadów, ich nawyki i tendencje w myśleniu, tak i oni znają nas, nasze słabości. Od wieków wiadomo było, iż Polacy, zawsze skłonni do kłótni, postawieni wobec zewnętrznego zagrożenia wykazują zdrowy instynkt i jednoczą się wobec wroga. Ba, postawieni pod ścianą skłonni są nawet do postaw desperackich. Ale pozostawieni sami sobie łatwo i z zapiekłością się dzielą. Dziś Kreml nie musi nic robić. Smoleńskie ‘nic nierobienie’ jest śmiertelnie skuteczne.
Trauma Smoleńska przetworzona w oskarżenia, zgalwanizowała emocjonalnie obie strony sporu politycznego w Polsce. Miesięcznice stały się wydarzeniem tożsamościowym, polityczną demonstracją obu stron. Tę rolę przejęły pomniki, polem walki stała się przestrzeń publiczna. Emocje związane z oceną tego, co wydarzyło się – lub nie wydarzyło! – pamiętnego ranka 10 kwietnia przeszły w wyznanie wiary.
“Wypadek” i “Zamach” – to dwie wykluczające się narracje, z których żadna nie czyni już nawet wysiłku, aby naukowo dowieść racji. Co więcej, zadający jakiekolwiek pytania o naukową (ponowną?) analizę dostępnych materiałów traktowani są przez OBIE strony jak zdrajcy – albo zdrowego (EUropejskiego) rozsądku, albo Niepodległości. Zwolennicy oficjalnej tezy “Komisji Anodiny” o brawurowych pilotach i “pancernej brzozie” mają za nic intrygujące problemy, takie jak: wygląd miejsca katastrofy, rozrzut części aparatu latającego, pozycjonowanie kadłuba, kierunki odgięcia części metalowych itp.
Wierzący w narracje A. Macierewicza o spisku i wybuchu w powietrzu nie czekają już na żadne inne badania, poza wróżeniem z fotografii i odczytywaniem okrzyków o pomoc z nagrań telefonów komórkowych. Powstała, jak oceniają jej krytycy – “religia smoleńska” z całą oprawą obrzędów i zaklęć, jak używanie słowa “polegli”.
Obserwator zauważyć musi, że funkcjonuje też – co ciekawe, wśród ‘elit’ – butna, pogardliwa i odrażająca w swym etycznym wyrazie postawa szyderstwa z tragedii, i części jej ofiar. Jak potworne zniekształcenia świadomości mają miejsce, widać po oburzeniu na żądania ekshumacji – już post factum! – tych ludzi, którzy dowiedzieli się z nich, jak haniebnie potraktowano zwłoki ich najbliższych. Nawet to wstrząsające przeżycie nie stępiło ostrza politycznej nienawiści “do tamtych”. Jedni i drudzy zaś mówią o “krwi na rękach!”.
Ośrodkom kształtującym opinię publiczną Polsce “po Smoleńsku” udała się operacja zastąpienia pojęcia ‘politycznego rywala’ czy przeciwnika pojęciem wroga. Wroga Narodu, wroga cywilizacji, wroga EUropy. Fale medialnego hejtu podsycane są przez bardziej lub mniej obraźliwe wystąpienia polityków i politycznych klakierów. Zakłamanie Mazguły czy zjadliwa narracja G. Brauna – sączą ten sam jad odmawiania drugiej strony prawa do politycznego istnienia w przestrzeni politycznej. W sytuacji międzynarodowego rozchwiania i kryzysu, polskie państwo i społeczeństwo ulegają wewnętrznej korozji. Jak zatrzymać ten śmiertelny proces?

WMW