Po głębszym… namyśle – Inne rozkosze, czyli o trawce

W ubiegłym tygodniu pisałem o walentynkach. Dziś też będzie o miłości. Tyle, że o miłości do ojczyzny. Albo raczej o tęsknocie za tym, czego dziś nie mamy. Będzie też o trawce, albo raczej o trawie. A konkretnie o trawie, która zawsze jest bardziej zielona po drugiej stronie. Ale zacznijmy od początku.

Rozmawiałem ostatnio z moją szwagierką. Fajna dziewczyna. Poznałem ją kilkanaście lat temu jako trochę szaloną, trochę zagubioną nastolatkę. Dziś to młoda mężatka z dwójką dzieci. Wciąż całkiem fajna. Parafrazując Pismo: „kto nigdy nie pożądał szwagierki, swojej lub cudzej, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Przepraszam, jeśli cytat nie dość dokładny. Pamięć ostatnio mi nie służy, zwłaszcza w sytuacjach, w których jest to dla mnie wygodne. Trochę odbiegłem od tematu, ale prawdziwym felietonistom to się zdarza. Im częściej, tym lepiej. Ale wróćmy do sedna sprawy. Otóż szwagierka i jej mąż, podobnie jak wielu naszych rodaków, posmakowali życia na emigracji. Jakiś czas temu postanowili spróbować szczęścia na Wyspach Brytyjskich. Szczęście, jak to szczęście – raz było z nimi, raz obok nich. Ogólnie było dobrze, ale po jakimś czasie tęsknota za rodziną zaczęła odzywać się coraz mocniej. Decyzja nie była łatwa, ale w końcu zdecydowali się wrócić do Polski. Minęły chyba ze dwa lata i coraz częściej zastanawiają się czy podjęli trafną decyzję. Z rodziną spędzają dużo czasu. Z Polski się nie ruszają, a przecież to dziś kraj miodem i mlekiem płynący. Do tego Prawy i Sprawiedliwy. Skąd więc te dylematy?

Powiadają, że emigranci często tęsknią za swoimi ojczyznami. Wielu z nich musiało z kraju uciekać, więc w takich sytuacjach tęsknota jest całkowicie zrozumiała. Inni, jak na przykład ja, wyjeżdżali dobrowolnie. Niektórzy, znów jak ja, przeprowadzali się wiele razy. Najpierw wyjechałem na studia, potem goniłem za moją ukochaną, później za pracą, dalej za jeszcze lepszą pracą. I tak kilka razy. Trudno było mi, a później nam wspólnie, zagrzać gdzieś miejsce na dłużej. Polska, USA, Afryka Południowa no i oczywiście Kanada – to kraje, z którymi czuję silną wieź, i które odcisnęły piętno na moim życiu. Każdy z nas, Polaków w Kanadzie, ma takie swoje historie. Lubimy odwiedzać Polskę. Wracają wtedy wspomnienia, cieszymy się z postępu jaki się tam dokonał. Mieszkając w Oakville tęsknię za Kielcami. Odpoczywając w Górach Świętokrzyskich myślami wracam do Ontario. I co jakiś czas po głowie kołaczą się wspomnienia z Johannesburga i z Waszyngtonu. Gdzie było lepiej? Dokąd wracać? Jaki następny cel podróży?

Zawsze ciągnie do rodziny. Wróćmy więc na chwilę do mojej szwagierki – Kasi, tej samej, która rozważa ewakuację z Polski i powrót do Szkocji. Cóż ją tam tak ciągnie? Może chodzi o facetów w spódnicach? Na miejscu męża Kasi miałbym się na baczności. Niedawno w prezencie kupiła mu karnet na skok na bungee. Przeżył, więc ma już wykupiony kurs spadochronowy. Czyżby szwagierka była gotowa na zmianę? Jeśli kolejnym jej upominkiem dla męża będzie zestaw do gry w rosyjską ruletkę to chyba można będzie powiedzieć, że coś jest na rzeczy. Dodam, że moja małżonka zachowuje się równie podejrzanie. Otóż, ni stąd ni z owąd, powiedziała, że słyszała o odbywającej się gdzieś rekrutacji na astronautów… Po co mi o tym mówiła? Przecież ja nawet nie szukam pracy, co dopiero takiej. Czyżby spiskowała ze swoją siostrą i obie próbują się pozbyć swoich mężów? Jemu spadochron a mnie lot w kosmos? A dopiero były walentynki i sądziłem, że dobrze się spisałem.

Ciekawe czy pandemiczne ograniczenia tylko u mnie wzmogły tęsknotę za Polską. I czy faktycznie jest to tęsknota za ojczyzną, czy raczej chęć wyrwania się dokądkolwiek? Tam, gdzie trawa jest bardziej zielona. Może trawa gdzieś ładniejsza, za to u nas trawka legalna. Co kto lubi. Ja wybieram kieliszek dobrego koniaku i zobaczymy co dalej.

Paweł Gębski