Otwieracz z zamykaczem, czyli o sztuce samoograniczania

Pierwsza fala pandemii przypomniała o takich zjawiskach jak kolejki do sklepów oraz brak towaru na półkach. Nie wszystkie produkty były reglamentowane i nie do wszystkich sklepów trzeba się było ustawiać w kolejce, ale jednak robiło to dość przykre wrażenie. Wyjaśniło się też, które towary są dla nas naprawdę ważne, a które są tylko wygodnym dodatkiem w naszym codziennym komfortowym życiu w Kanadzie. Wszyscy uczestniczyliśmy w próbach zdobycia papieru toaletowego, ryżu, makaronu, itp. No i oczywiście były kolejki do sklepów z alkoholem. Jako żywo przypominało to zamierzchłe czasy komuny w Polsce. Pamiętam, kiedy jako dziecko, w Kielcach, chyba trzy razy w ciągu dnia musiałem ustawić się w kolejce po jajka, bo z jakichś przyczyn moja babcia potrzebowała nagle większej ich ilości, a sprzedawano tylko po dziesięć sztuk.

Dziś można się tylko uśmiechnąć na myśl o tamtych odległych czasach. Ja sam kilka miesięcy temu pognałem do spożywczego i kupiłem worek ryżu i mnóstwo mrożonych warzyw. Nie żebym jakoś szczególnie przepadał za ryżem z warzywami. Po prostu makaronu, mąki ani drożdży już nie było, więc wziąłem co dawali. Na szczęście przysłowiowe „przejściowe problemy z zaopatrzeniem” tym razem okazały się być naprawdę przejściowymi. Do dziś mam te zapasy, mimo iż minęło ponad pół roku. Przyszła więc refleksja o samoograniczaniu. Pandemia pandemią, ale w normalnych okolicznościach zdołałbym chyba nieraz skrócić moją listę zakupów. Powszechna dostępność wszystkiego, wszechobecna nachalna reklama, a do tego karta kredytowa w portfelu sprzyjają kupowaniu. Ciężko się powstrzymać, a przecież nie zawsze tak miałem. Ameryka słynie z ogromnych sklepów i wielkich porcji w restauracjach, czy raczej w jadłodajniach (nie obrażajmy prawdziwych restauracji). Symbolem tego zjawiska jest kawa sprzedawana w gigantycznych kubkach, które właściwiej byłoby nazwać małymi wiaderkami. Kto przy zdrowych zmysłach potrzebuje wypić pół litra kawy? Przecież mała czarna podana w filiżance smakuje o wiele lepiej. A jednak kupujemy.

W moich rejonach (Kielecczyzna) popularna była woda gazowana Buskowianka, sprzedawana w szklanych kapslowanych butelkach. Miałem w domu całą serię otwieraczy do takich butelek. Choć nazwa otwieracz tylko w połowie opisuje funkcjonalność tego urządzania. Służyło ono również do zamykania butelek tak, aby gaz nie uleciał a napój się nie wylał. Proste i praktyczne. Dodam, że równie dobrze jak do Buskowianki ten otwieracz-zamykacz pasował do piwka. Nie wiem, gdzie dziś można kupić takie cudo. Chyba tylko na aukcjach internetowych. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że to wielkie koncerny produkujące napoje lobbowały za wycofaniem takich otwieraczy-zamykaczy z produkcji. Im przecież zależy żebyśmy za każdym razem opróżniali całą butelkę napoju zamiast zamykać ją po kilku łykach i odstawiać na później. Mamy więc kolejny produkt jednorazowy. Konsumpcja rośnie.

Skąd taka refleksja? Dlaczego właśnie teraz? Otóż kupiłem niedawno świetne belgijskie piwo. Cudowny smak i aromat, zawartość alkoholu w sam raz (czyli nie za mało), tylko problem w tym, że butelka była monstrualnych rozmiarów. Wypicie prawie litra piwa na wieczór nie mogłoby się skończyć dobrze, chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. A że w domu tylko ja jestem piwoszem (żona preferuje wina wytrawne, a córka na razie tylko wącha) więc musiałem to jakoś zamknąć. Wylać szkoda, a z otwartego cała moc i radość uleci. I tak zatęskniłem do starego otwieracza-zamykacza, jaki ostatnio widziałem chyba w domu moich rodziców. Jak już będzie można bezpiecznie podróżować to koniecznie muszę go od nich pożyczyć.

Ja tu niby o piwie i otwieraczach do butelek, ale piszę to wszystko w kontekście świątecznych zakupów. Reklamy kuszą a banki i firmy pożyczkowe chętnie za wszystko zapłacą. Pamiętajmy jednak, że umiar jest wskazany. Odrobina samoograniczenia chyba nie zaszkodzi. Przy okazji postarajmy się nie zaśmiecać świata zbędnymi opakowaniami prezentów. Środowisko potrzebuje trochę oddechu zanim zasypią je miliardy strzykawek po nowej szczepionce.

PawełGębski