– Kilka lat temu wybrał apanaże. Teraz stchórzył. Nazwijmy rzeczy po imieniu. Historia osądzi. pic.twitter.com/YtCX1saXQd
– Hanna Lis (@hanna_lisowa) November 5, 2019
Ewakuacja po aferze taśmowej, z wewnętrznie skłóconą partią i brakiem silnego lidera na jej czele, skończyła się miażdżącym zwycięstwem PiS-u w 2015. Takie to były aspiracje? Może jestem naiwna, ale chciałabym, żeby politycy aspirowali wyżej. Zwłaszcza w trudnych czasach.

Koniec lichego serialu “Tusku musisz!”

Zacznijmy od prostej obserwacji. Donald Tusk, jako jedyny z tak zwanej polskiej klasy politycznej, odniósł międzynarodowy sukces, zajmując eksponowaną pozycję w świecie unijnej biurokracji. Stał się politycznym celebrytą, bez wpływu na realną politykę, ale odpowiedzialnym za zarządzanie polityczną maszyną unijnego przywództwa. I to należy mu oddać.
Donald nie wróci! “Was nun?”- zdaje się pytać zawiedziony tłum. Przez cztery lata “totalna opozycja” w Polsce żyła mitem “powrotu Donalda”. Wyczekiwano każdego jego słowa, każdej aluzji, sygnału; czytano mowę ciała. Nadzieja jednych (a strach drugich) paraliżowały w elitach PO (a także medialnych, z ‘okolic’ GW/TVN) myślenie oraz planowanie na czasy “po Tusku”.
Po pięciu latach funkcjonowania w brukselskiej bańce, w towarzystwie decydentów, dla Tuska perspektywa powrotu do polskiej, zgrzebnej lecz brutalnej polityki, nie mogła jednakże wyglądać na atrakcyjną. Jeżeli kiedykolwiek przymierzał się do powrotu, to planował powrót w chwale, “na gotowe”. Wracać po to, by użerać się na powiatowych, wyborczych festynach?! ON?!
Prezydentura Polski? Przed wyjazdem do Brukseli, w planach kreślonych w roku 2014, mogła wyglądać na ładne zakończenie kariery politycznej. Wszak ów żyrandol w Pałacu Prezydenckim miał dla niego “trzymać” Bronisław Komorowski. PO miało też nadal zarządzać ciśnieniem ciepłej wody w kranie. Dziś “klimat nam się zmienił!
Już wybory Europejskie zweryfikowały mit Tuska. Jego otwarte wejście w kampanię KE żadnego pozytywnego efektu nie stworzyło. “Król okazał się nagi”, ale nadzieja umiera ostatnia. Tusk do końca na niej grał. Do wtorku.
Bagaż niepopularnych decyzji, ciężar nieuchronnych rozliczeń z całą przeszłością – kampania mogła by okazać się klęską, zniszczyć starannie tworzony obraz polityka sukcesu. Pod tym akurat względem Tusk o powodach swej kapitulacji mówił tytułem swej nowej książki: Szczerze.

Kto w końcu wygrał te wybory?

Pytam dla upewnienia się. Po przerwie, spowodowanej nawałem pracy i śledzeniem wydarzeń kanadyjskich, wypadłem nieco z nurtu polskiej prasy i portali informacyjnych. Kiedy zaś ponownie rzuciłem na nie okiem, naszły mnie wątpliwości. Słyszę bowiem od ekspertów z prawa i lewa, że w sumie PiS te wybory po prostu sromotnie przegrał. “PiS na równi pochyłej” – twierdzą eksperci klasy Lisa, Sierakowskiego czy Nizinkiewicza. Jak to wyliczyli?
Partia Prezesa JK (w tych wyborach Prezesa nie chowano) dostała rekordowe 43 procent, z rekordowej frekwencji na poziomie 61 procent. 2 miliony głosów więcej! Ma po raz drugi z rzędu, jako jedyna w historii III RP, absolutną większość w Sejmie i może sobie rządzić przez następną kadencję. A ja ciągle czytam uczone analizy, że skoro otrzymała jedynie tyle samo (235) mandatów, to… Kaczyński przegrał! Najwyraźniej dla opozycyjnego betonu konieczna jest taka terapeutyczna narracja. Skoro zaglądało im chwilami w oczy sondażowe 50% dla PiS, to teraz… PiS jest skończony!
Senat! To akurat prawda, bo choć PiS ma tam najwięcej mandatów, to partie opozycji jakoś sobie sklecą większość, choć na razie nawet prezydium Senatu ustawić nie potrafią. Ale Senat w rękach opozycji, z punktu widzenia osoby myślącej kategoriami państwa (a nie partii!!!), to akurat dobra rzecz.
Władzy, każdej władzy i wszędzie, należy patrzeć na łapy. PiS’owskim politykom, najwyraźniej w ostatnim okresie mocno rozbrykanym, należał się solidny klaps. I taki po wyborach do Senatu otrzymali. Nieograniczona władza po roku 2015 wielu rozzuchwaliła. Dodatkowo, w warunkach wojny totalnej z opozycją, zabrała na pokład formacji mnóstwo rozmaitego śmiecia: lojalnych miernot, karierowiczów oraz ludzi z podejrzanych układów. Zabrała z musu, dociążona koniecznością obsadzenia agend państwa “z klucza” – gdyż potrzebne są “kadry”. Tak “trafił się” PiSowi w NIKu “kryształowy” podobno Banaś, z którym teraz nie wiadomo co robić. Czy wcześniej głupawy w swoim zamiłowaniu do awiacji dla VIPów, marszałek Kuchciński. O Misiewiczu nie wspominam.
Liczne wizerunkowe porażki rządzących w ostatnich miesiącach tym razem samemu rządowi PMM nie zaszkodziły. Jednakże, dalsze tworzenie bubli prawnych na kolanie i przepychanie ich tym samym kolanem w środku nocy w Senacie mogłoby się w końcu ludziom znudzić i wywołać negatywny odruch wyborczy. Teraz, mając przeciw sobie wrogi Senat, PiS będzie musiał tworzyć ustawy tak starannie dopracowane, aby senacka obstrukcja była czytelna i szkodziła zblokowanej na “Nie, bo Nie!” opozycji. Senatorowie prawa veta nie mają, więc pójdą rzeczy może wolniej, ale za to (wreszcie!) – porządnie. Bardzo dobrze. Dla zdrowia Rzeczpospolitej i dla samego rządu PiS.
WMW