•   Saturday, 26 Nov, 2022
  • Contact

“Moja” Copa do Mundo #2

WW Historia

“Buenos Aires, Argentina“.  W Argentynie z piłką kojarzy się wszystko. Nawet tango. Ot, na przykład w utworze “Gloria” kultowego zespołu ‘Gotan’, melodia splata się z narracją przypominającą głos komentatora śledzącego meczowe akcje. Napięcie rośnie i… Go… tan! Szkoda, że pier- wszego meczu w Katarze nie zagramy z Argentyną. Patrzyłby na nas, w pierwszym meczu ostatniego mundialu Messiego cały glob. Z mistrzami Ameryki Południowej zmierzymy się dopiero w ostatnim meczu grupowym, 30 listopada, kiedy będzie już może po… ale nie zapeszajmy. Lewandowski?!
Żal mi tego “pierwszego” meczu także z powodów sentymentalnych. Kiedy po raz pierwszy (od jedynego naszego występu w turnieju o Złotą Nike, w 1938), Polska grała w gronie najlepszych 16(!) drużyn globu, ‘Biało-czerwoni’ debiutowali meczem z legendarnymi zdobywcami  najwyższych laurów Ameryki Południowej.  
Zatrzymajmy się na moment na tamtym spotkaniu z 1974 roku. Argentyna była wówczas dla Polaków drużyną jednocześnie egzotyczną i mityczną, nie mieliśmy zbyt wielu okazji, aby z Latynosami się mierzyć, czy nawet ich oglądać. Docierały do nas jedynie echa ich wspaniałych wyczynów. Żywa była jeszcze legenda gwiazdy Realu – Alfreda di Stefano. W rzeczywistości, tamta Argentyna była jedynie wiecznym pretendentem, żyjącym wspomnieniami sprzed… dekad. Choć wielce utytułowana, ostatni swój sukces przed starciem z zespołem K. Górskiego odniosła w Copa America roku 1967, w hierarchii światowej mogła zaś poszczycić się zaledwie przegranym finałem z pierwszego Mundialu 1930 roku, 44 lata wcześniej!  
Pokonani sensacyjnie przez Polskę ‘Albicelestes’ także na tamtym WM’74 niczego nie zwojowali, choć w “naszej” grupie wyprzedzili wicemistrzów świata - Italię. Holendrom ulegli aż 0:4.  Dopiero cztery lata później, w magicznym dla nich – a piekielnym dla wszystkich innych – kotle Buenos Aires mieli sięgnąć bezapelacyjnie po Puchar Świata FIFA, gasząc po drodze boleśnie nasze marzenia o koronie. Miażdżąc Peru tyloma golami, ile było potrzeba, zachowujący ka- mienny spokój przy linii bocznej Cesar Luis Menottii ustawił na finał zespół tak, iż Mario Kempes  z kolegami dosłownie zgnietli w finale pomarańczowy “walec drogowy” boskiego Johana Cruyffa. Tak to było, choć w 1978 roku polskim kibicom wychodziło niezbicie w rozmaitych kalkulacjach “błękitno na białym”, że mamy drużynę zdolną powalczyć o wszystko. I może byłaby powalczyła, gdyby… Deyna strzelił - a nie podał - tego karnego Fillolowi?  
 A dziś? Jakie mamy szanse, posiadając we własnych szeregach gwiazdę światowego kalibru? Ta Argentina jest być może najlepsza od dekad, lepsza od tej z finału z Rio 2014! Przełamała wreszcie klątwę braku trofeum dla swego idola, sięgając zeszłego lata po rekordowe, piętnaste trofeum Copa America na covidowo opustoszałej Maracana w Rio. Wzruszające były owe łzy Neymara obejmującego swego kolegę-arcyrywla! Bookmacherzy ustawiają ją w jednym szeregu faworytów z Brazylią i Francją. W 2018 zaczęli słabo, ale potem zagrali fenomenalny mecz 1/8 finału z Francją, dosłownie gryząc trawę zanim ulegli Trójkolorowym 3:4.  
Obecna reprezentacja pod wodzą Scaloniego jest na niesamowitej fali - nie przegrała w 35 meczach, od czerwca 2019. Szansę poprawienia włoskiego rekordu 37 meczów bez porażki będzie (być może) miała już w ostatnim meczu gupowym, 30 listopada! “La Albiceleste’ przeszła bez porażki przez kontynentalne eliminacje. Pokonała też latem Mistrzów Europy, Włochów, biorąc do Buenos przywrócone do egzystencji, dawne trofeum międzykontynentalne.  No i jeszcze ten dojrzalszy o lata Messi, Messi, Messi!!!
***  
FIFA World Cup 1990. Wracamy na murawy Rzymu, Turynu, Neapolu, Bari, Mediolanu. Był to turniej pełen symbolicznych odniesień. W finałach po raz pierwszy zagrała Kostaryka, a po raz ostatni: Czeskoslovensko, 'nieodżałowany' Związek Sowiecki oraz oddzielna reprezentacja Zachodnich Niemiec, choć kwestia zjednoczenia obu państw była już wówczas przesądzona. Co ciekawe, zawsze polujący na turniejowe złoto Niemcy (oraz od zawsze mający na nie nadzieję Anglicy) zakwalifikowali się dopiero po użyciu przez FIFA specjalnej tabeli, drużyn z drugich miejsc w swoich grupach, w której, przy tej samej ilości punktów wyprzedzili Duńczyków. “Źle się działo w państwie duńskim” owymi czasy, choć już dwa lata później – 1992 - to Duny wygrały koronę Europy.
***
“Fussball to jest taka gra, w której 22 graczy z dwóch drużyn biega 90 minut po boisku, a potem wygrywają Niemcy!”. Mniej więcej tak miał się wyrazić “w temacie” już wtedy legendarny Gary Lineker. I ten opis gry, pochłaniającej głowy i serca setek milionów widzów zdaje się poprawny! Italia’90 potwierdziła tę prawdę!
Jak to się często na mundialach zdarza, to nie mecz finałowy zapisał się najmocniej w pamięci kibiców oraz w późniejszych ocenach ekspertów. W samej rzeczy, był to jeden z brzydszych i nudniejszych finałów! Ponownie spotkali się w nim aktorzy poprzedniej konfrontacji z “Estadio Azteca” w Ciudad de Mexico. Tym razem jednakże nawet wielu goli nie było, a Niemcy po swojemu wymęczyli zwycięstwo, do tego jedynie po karnym egzekwowanym przez piłkarskiego rzemieślnika raczej, niż artystę -  Brehme. Były to w ogóle mistrzostwa karnych.
Wielką atmosferę oczekiwania na zmianę w hierarchii światowego futball’u, gdy gospodarzem była głodna ponownego sukcesu, nadal grzejąca się w blasku hiszpańskiego złota Italia, podgrzał natomiast mecz otwarcia, w którym “El Campeon", Argentyna pokonana została przez… Kamerun. Co za historia!
Potem było już normalnie, to znaczy radosne chłopaki z Kamerunu przegrały, choć dopiero po dogrywce w ćwierćfinale, z An- glikami. A Argentyna znalazła się w półfinałach przeciwko gospodarzom. Drugi półfinał tworzyły Niemcy z Anglikami! Co za pole do historycznych reminiscencji!
Rewanż, za rewanż, za mecz Anglia –Niemcy na Wembley’66? - Miało się dziać i “się działo”. Po ostatnim rzucie karnym było raczej łzawo. Kibice przegranych mieli do wyboru: “Tears are not enough.”, lub melodię “Una lacrima sul viso”. Dla Niemców i Argentyńczyków zaś od tego dnia “wszystkie drogi prowadziły do Rzymu”!
Na płytę Rzymskiego ‘Stadio Olimpico’ Argentyńczycy wychodzili jako dwukrotni, urzędujący mistrzowie świata. W tym turnieju pokonali Brazylię, ale do finału dotarli … karnymi, dwukrotnie wykazując się mocniejszymi nerwami od rywali. Campeones prowadzeni przez Maradonę, którego gwiazda powoli zachodziła, byli dobrzy, solidni, ale nie było wśród nich żadnej gwiazdy przyszłości. Żadnej!
W Bari, grający w końcu tylko o 3 miejsce Włosi, wpatrzeni są w Salvatore Schillacciego, gracza, który przed 'Mondiale' miał na koncie trzy mecze w kadrze i… wszedł na zmianę, z Austrią. Talent ‘Toto’ rozbłysnął akurat w trakcie Italia ’90! Król strzelców! Potem nic już więcej dla Azzurri nie wygrał. Ale obok niego gra Paolo Rossi.  
My zaś obserwujemy scenę wręcz profetyczną. Pocieszający załamanego Donadoniego, którego obroniony karny eliminuje z finału Italię, Rossi nie przeczuwa, iż za cztery lata sam przeżyje jeszcze większy dramat, posyłając w trybuny stadionu Los Angeles z finałowej “jedenastki” nie tylko piłkę, ale mistrzowskie marzenia całej Italli i milionów ‘tifosi’.
Owe karne z finałów ‘Mondiale 1990’ to początek klątwy dumnego Albionu. Choć właśnie dwoma karnymi z gry, pewnie egzekwowanymi przez Linekera, pokonali grające radosny football “Lwy” z Kamerunu! Wyspiarze, grali jak nigdy (od 1966), ale skończyli jak zwykle, pokonani własną bezsiłą w kluczowych momentach. Łzy Gazzy towarzyszyć im będą od tej pory i na mundialach, i na Euro! Nawet u siebie na Wembley, z Italią w Euro 2021. Angielscy komentatorzy nie mają złudzeń, gdy dochodzi do jedenastek. Fatum!  
***
Niemcy z finałów 1990 to osobna historia. Był to ich ostatni finał jako “Niemcy Zachodnie”, za parę miesięcy zjednoczenie zamknie zimnowojenny rozdział historii Europy i… sportu. Nikt przed nimi nie docierał do finałów trzy razy z rzędu. Poprzednie dwa finały nie były jednak szczęśliwe!  Gorzkiego smaku dwukrotnej po rząd porażki w finałach MŚ zaznali już przed nimi fenomenalni, ‘totalni’ Holendrzy, ale “pomarańczowi” nie przegrywali jako urzędujący Mistrzowie Europy!  
Jedno niemieckie nazwisko dołączy do elitarnego klubu. Po raz drugi w historii, trenerem zwycięzców został były zawodnik, znający smak triumfu. Franz Josef Beckenbauer, Weltmeister. Kapitan zwycięskiej, perfekcyjnej ‘manschaft’ z lat 1972-1974, grał na Wembley w pamiętnym 1966 i w Meksyku’70. W 1990 Rzym był jego!
Przed nim znalazł się w tej roli jedynie Brazylijczyk Mario Zagallo, który jako pierwszy spiął klamrą: trenerski sukces roku 1970 z zawodniczym złotem roku 1958 (strzelił w finale na 4:1), gdy w zimnym Sztokholmie po raz pierwszy gorąca, brazylijska samba zdobyła szczyt piłkarskiego Olimpu. I w obu “jego” zwycięskich ekipach ‘canrinhos’ grał wielki Pele.  
NB. Możemy dziś oglądać tę historię w ciekawym collage obrazu i dźwięku. Pod archiwalną, filmową taśmę podłożono, zanikający czasem w falach eteru,  głos radiowego sprawozdawcy z brazylijskiej stacji radiowej Radio Nacional. Może nieco inaczej wyglądają piłkarze, inaczej wędruje od nogi do nogi fubolówka, ale jakże znajomie brzmi w naszych uszach rozentuzjazmowany głos sprawozdawcy, te wymieniane wielokrotnie, dziś legendarne nazwiska: - “Zagallo para Vava, passa Garrincha, recupera Pele, goooooooooool do Brasil!”  
Cdn.
WWerner-Wojnarowicz

 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: