•   Saturday, 26 Nov, 2022
  • Contact

“Moja” Copa do Mundo #1

WW Historia

Historia jest jaskinią skarbów Ali-Baby. Historia to narkotyk, pasja przechodząca w chorobliwe uzależnienie. Pisanie o historii, próby analiz czy ocen są pasją setek tysięcy Autorów – wliczając w to niżej podpisanego. Ale pisanie Historii rzeczywiście wartej czytania, dostępne jest nielicznym, obdarzonym darem słowa przez Muzy Olimpu.
Istnieje jednakże taka specyficzna gałąź historii, która dostępna jest nam wszystkim, “kapłanom i profanom”. Dostępna, otwarta, gdyż jej dokumenty nie zalegają w niedostępnych, strzeżonych zazdrośnie archiwach – lecz wręcz przeciwnie, dostępne są wszystkim, wszystkim, którzy nią żyją! Czymże byłaby bowiem odwieczna rywalizacja na trawiastych polach rozsianych po całym globie, gdyby nie istniała możliwość porównywania jej wyników poprzez lata, dekady, stulecia, ponad granicami kultur czy języków. Jest tylko jedna taka historia, o takim globalnym zasięgu! Piłka nożna! To gra oparta na najprostszych zasadach. Generuje jednakże nieporównywalny z niczym oddźwięk wśród ludzi Błękitnej Planety, jest czymś więcej niż zwykłym sportem – jest zjawiskiem społecznym. Prawie religią! Generuje emocje, staje się narkotykiem miliardów ludzi. Jest to chyba jedyny sport, który wywołać potrafi wojny, wpłynąć na wyniki wyborów, nawet zatrzymać rewolucje. Jedność narodów, duma obywateli lub też jej brak, determinowane są przez wynik rywalizacji 22 facetów w kolorowych trykotach, uganiających się za skórzaną (z początku, dziś zaś komputerowo tworzoną w tajnych laboratoriach) “szmacianką”.  
Nauka i technologia determinują nasze życie. “Technologia” – badaniami i “dożywianiem” - potrafi także wychować… wychodować ludzi zdolnych popłynąć, pobiec, skoczyć czy też dźwignąć - poza limitami ludzkiej natury. Kolarstwo, ciężary, pływanie, dziś także tenis – to są regiony dominacji “koksu”.
Tylko w jednym sporcie, mimo tych wszelkich używek, nadal – po upływie tylu lat - kulawy, jednooki chłopak, kopiący puszkę po ulicach wielkiej metropolii, może zadziwić świat i ogłupić bookmacherów. Legendarny Garrincha jest nadal z nami. Miliony chłopaków (i dziewczynek), eliminowanych z powodu “warunków” z innych sportów, nadal mogą marzyć o tym, że kiedyś ryk stadionów powita ich wbiegnięcie na murawę! To jest owo wielkie, niezrozumiałe dla wielu – egzystencjalne – posłanie “kopanej’! To ludzkie marzenie o Równości! I oczywiście o Sławie, owej Gloria Eterna, będącej motto Copa Libertadores.
Już niedługo ożyje ponownie mit Davida i Goliata. Biblijna opowieść rzadko się sprawdza w życiu, także sportowym. W jakiej innej dyscyplinie nieporadny, choć ambitny do bólu nieborak ma szansę z tytanem? W siatce, koszu, tenisie czy boksie maluch pada na nos. Ale na wielkich arenach footballu - budowanych za setki milionów dla wzmocnienia ego milionerów - chłopaki z Hondurasu potrafią dokopać asom wielkiej, monumentalnej wręcz Brasilii. Costa Rica bije Anglię, Cameroon odprawia z kwitkiem argentynskich albi-celestes a Koreańczycy upokarzają mistrzow- skie ‘maszyny” – broniące tytułu Niemcy.
                                     ***
Nietypowy czas turnieju w Katarze owocuje dużą liczbą absencji gwiazd, “uszkodzonych’ w trakcie ligowej młócki. Kto NIE zagra, oto jest pytanie. Za kilka tygodni wszystko będzie jasne. Analizy i marzenia przeplatać się będą z doniesieniami prasy, kto założy owe mityczne, otoczone czasem religijną wręcz czcią reprezentacyjne jerseys!
My, w podobnym nastroju oczekiwania, proponujemy Naszym Czytelnikom sentymentalną podróż w… czasy minione, w te - zapisane już tylko w pamięci ludzi, czy magnetycznych taśm - tytaniczne zmagania narodów, reprezentowanych przez wybrane jedenastki. W kolejnych numerach przywołamy pamięć o minionych rozgrywkach o światowe mistrzostwo w piłce kopanej. Kibiców bezstronnych nie ma. Będą to więc wspomnienia 'historyczne', zabarwione oczywiście indywidualnym wyborem, pamięcią lub sympatiami.  
Na początek zapraszam Państwa w podróż do roku 1990. Mam do tamtego turnieju ogromny sentyment, podobnie jak do znanego mi jedynie z archiwalnych nagrań, zakończonego najdramatyczniejszym finałem, turnieju roku 1950 w Brazylii.
“Italia 90”
“Italia novanta” była turniejem pod wieloma względami odzwierciedlającym czasy wielkich zmian politycznych. Kiedy losowano grupy europejskich eliminacji, Europa wyglądała tak, jak ją stworzyły Wielkie Mocarstwa w Jałcie i Poczdamie. Drużyny sowieckiej “Europy Wschodniej” budziły respekt, dominowały rozgrywki “amatorów” na Olimpiadach, potrafiły napsuć krwi faworytom Mistrzostw Europy. Jednakże w Mistrzostwach Świata “demokracjom ludowym” szło jak po grudzie, jedynie Czechosłowacja powtórzyła swoje przedwojenne sukcesy w roku 1962, w Chile. Związek Sowiecki nie potrafił pokazać w piłce tego, co z łatwością pokazywał pod koszami czy siatkami Igrzysk i czempionatów globu.  
Eliminacje Italia’90 rozgrywano od jesieni 1988 do jesieni 1989. Co za czasy. Walił się właśnie obóz socjalizmu, padł berliński mur. Nadal jednak w rozgrywkach FIFA uczestniczyły oba “państwa niemieckie”. Produkujące taśmowo medalistów DDR nie potrafiło dokazać cudów w piłce i na mundial nie pojechało, ale udało się to towarzyszom z  Czechosłowacji, niedawnym “majstrom Evropy”. Sowieci zaś liczyli całkiem serio na powtórzenie finałowego występu z Euro’88.  
Na tych mistrzostwach, po 16 latach zabraknąć miało biało-czerwonych. Dla 10-latków z roku 1974, chłopaków podziwiających Lato i Dejnę w Monachium, był to szok. Cała generacja polskich kibiców przywykła już do szumu światowych aren. Byliśmy dwukrotnie trzecią drużyną świata. Bali się nas wielcy! Owszem, bili nas Argentyńczycy, Niemcy, Anglicy, ale już Francji zabraliśmy sprzed nosa medale. A Portugalii czy Peru zupełnie zepsuliśmy powrót na Mundial.  
Rok 1989 był rokiem politycznej emancypacji społeczeństwa PRL, padała (?) komuna i rozsypywał blok sowiecki! Czerwcowe wybory miały zmienić układ sił, ale... rządził nadal gen. Jaruzelski. Naród dopiero budził się do bycia suwerenem. Piłka nie była wówczas najważniejsza, choć pozostawała ważna. Grupa była silna ale nikt nie zakładał klęski. Niestety, najpierw Anglicy na Wembley, srogim laniem na 3:0, a potem zawsze bezbarwni lecz boleśnie skuteczni Szwedzi wybili z głowy - na legendarnym Śląskim w Chorzowie! - Krzysztofowi Warzysze, Tarasiewiczowi i spółce sny o grze na murawach Olimpico, San Siro czy Delle Alpi. Nikomu wówczas, na jesieni ’89, gdy kotłowało się politycznie w Polsce, nie przeszło przez głowę, iż “klątwa Bońka” z meksykańskich boisk 1986 roku potrwa 12 lat!!!
Przegrani Polacy, do tak niedawna etatowi bywalcy mundialowych aren, byli w “doborowym” towarzystwie mudnialowych “losers”. Do Italii nie pojechały ekipy, dziś ozłocone na wielu imprezach, wówczas jedynie pukające do drzwi sławy. Odpadli więc Portugalczycy, Francuzi, a stosunkiem bramek drużyn z drugich miejsc Duńczycy (kończąc za RFN i Anglią!). Islandia, Turcja czy Grecja to byli dostarczyciele łatwych punktów. Natomiast grozę siała wynikami, pełna klubowych gwiazd - zupełnie jak dziś, Belgia. Siłą emanowały też drużyny Czecho/Słowacji (jeszcze razem), Rumunii i Holandii. Tak, to były wówczas zespoły zdolne rzucić wyzwanie kadrze "Oranje".  
Nasi “odwieczni” pogromcy, z Shiltonem, Linneakerem, Beardsleyem i Plattem mieli okazać się challengerem mundialu, przywołującym świetne lata ekipy Ramsaya sprzed 24 lat. Faworytem na własnych śmieciach mieli być oczywiście Azzurii, mistrzowie globu z boisk Hiszpanii, a nasi pogromcy w półfinale, sprzed ośmiu lat. A wyzwanie rzucali im jak zawsze – Argentyna z Maradoną, Campeon del Mundo’78, oraz niesamowita Brazylia, zdecydowanie najlepsza ekipa poprzednich dwóch mundiali, z graczami formatu Zico, Socratesa czy Toninio Cereza, której złośliwy los nie pozwolił sięgnąć po złote laury. Do tego świeżo upieczony mistrz Europy, Holandia, prowadzona do boju przez Marco van Bastena. O Niemcach nikt nie wspominał, ale wszyscy wiedzieli, że “w piłkę gra wielu, ale na koniec wygrywają… oni!“ Natomiast nikt jeszcze nie przypuszczał, co mogą pokazać w światowej elicie - w meczu otwarcia, 8 czerwca 1990 reprezentanci Afryki - lekceważony przez ekspertów Kamerun!   
NB. Któż by wówczas dopuścił możliwość, iż w trzydzieści dwa lata później zabraknie Italii – w międzyczasie dwukrotnego finalisty i Mistrza Europy 2020 (‘21) - na Mundialu, po raz drugi z rzędu? “Santa Madonna - Italia non va!” 

Cdn.
W. Werner-Wojnarowicz

 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: