Święta i po Świętach

Z daleka od szosy - 120


Zaczęło się w piątek. W Wielki Piątek.
Dzień w Kanadzie wolny od pracy. No i Wielki Post. Co prawda podobno papież skasował post, ale nie pamiętam który (post), chociaż nie pamiętam też, który papież. W każdym razie na śniadanie zjadłem zrobione przez Beatę pyszne śledzie. Tak na wszelki wypadek.
W jakiś sposób mój pies wiedział, że to wolny dzień i że umówiłem się z jego meksykańskimi kolegami na spotkanie w południe. Już od dziesiątej rano nie dawał mi spokoju, przynosząc smycz. Wreszcie pojechaliśmy i wszyscy mieliśmy dobrą zabawę patrząc na ganiające się psy.
Wszystkie sklepy były zamknięte, więc to co zapomniałem kupić musiało poczekać do soboty. Podjechałem do polskiego kościoła w Welland, żeby zobaczyć czy i o której będą święcić jajka w sobotę. Kościół był zamknięty co nie było dziwne, ale co było dziwne to, że nie było nigdzie żadnego ogłoszenia o święceniu pokarmów. Dziwne mi się to wydało.
W domu wszedłem na Internet i na stronę Kościoła. Zajęło mi trochę czasu zanim znalazłem małą notkę, że święcenie odbędzie się w sobotę (jak zwykle), ale dopiero o piątej po południu. Czemu? Nie wiem. Odkąd pamiętam świecenie koszyków z jajkami i pokarmem odbywało się rano. Możecie powiedzieć, że jestem żarłok, ale po całym dniu postu w piątek nie wyobrażałem sobie czekania do piątej po południu by coś zjeść. Sprawdziłem jeszcze kościoły w Mississauga i w Brampton. Tam święcenie jajek odbywało się normalnie, czyli o ósmej trzydzieści rano.
Początkowo planowałem poświęcić jajka rano w Welland, zjeść coś na śniadanie i dopiero pojechać do Mississauga by zobaczyć się z siostrą Izabellą. No cóż, proboszcz w Welland na pewno miał jakiś powód by święcenie pokarmów zrobić o 17:00. Wziąłem koszyk z jajkami, chlebem i resztą do samochodu i wyruszyłem w drogę dużo wcześniej niż planowałem. To „tylko” 125 km do polskiego kościoła w Brampton. Co prawda trochę bliżej było do kościoła St. Maximilian Kolbe na Cawthra Rd. w Mississauga, ale tam zawsze były tłumy ludzi, a ja nie przepadam za tłokiem. Zresztą przy tej odległości te parę kilometrów nie robi różnicy.
Okazało się, że wybrałem dobrze. Byłem tam o dziewiątej, parking dobrze zorganizowany, bez czekania wszedłem do sali, w której były święcenia. Była tam warta polskich harcerzy. Witali przybywających i pokazywali drogę. To było miłe i sympatyczne. Tylko mundury mieli czarne. Nie wiem czemu, bo harcerze zawsze nosili mundury koloru khaki, a tu taka czerń. No ale wyglądało to ładnie z pomarańczowymi chustami. Na dużym ekranie pokazywane było na żywo wnętrze kościoła i grób Jezusa. Stoły jak zwykle ustawione w podkowę, ludzi sporo, ale bez tłoku. Ksiądz mówił przyjemnie i do rzeczy, bardzo mi się to podobało. Poświęcił nas i koszyki kropidłem i po piętnastu minutach już byłem w drodze do siostry.
Z powrotem w domu w Welland byłem jeszcze przed południem. Nie wiem jak odbywało się święcenie pokarmów o 17:00. Ja już dawno byłem po jedzeniu.
W Niedzielę Wielkanocną wstałem przed piątą rano by odebrać córkę z pracy. I tu niespodzianka. Musiałem odkopywać samochód ze śniegu. No może nie odkopywać, ale z szyb musiałem odgarniać sporą jego warstwę. Reszta dnia była słoneczna i przyjemna. Śnieg stopniał, było świątecznie i przyjemnie.
Przed oknem prawie zakwitła magnolia.
Następnego dnia w Lany Poniedziałek znowu musiałem skrobać szyby samochodu. Tym razem z lodu. I jak tu się lać wodą, kiedy na dworze mróz.
Mróz minął szybko i w południe było już plus osiem stopni i słonecznie, i wiosennie. Niestety tylko do czwartej po południu. Temperatura spadła gwałtownie i zaczął sypać gęsty śnieg. Tak gęsty, że zanim ubrałem psa w obrożę i uprząż już z szyby musiałem odgarniać sporą jego warstwę.
Gdy wysiadłem z samochodu przy starym polu golfowym, w oddali zobaczyłem na dzikiej łące kojota. Łaził sobie w tę i z powrotem, co prawda daleko, ale to było dość niezwykłe, że się w ogóle pokazał. Może miał wściekliznę.
Na szczęście szliśmy z psem w przeciwną stronę. Przełożyłem tylko nóż z paska do kieszeni, żeby był bardziej pod ręką, ot tak na wszelki wypadek. Pies wybiegał się w tumanach śniegu w ten świąteczny wiosenny dzień i pewnie zasta- nawiał się czy to Wielkanoc czy może Boże Narodzenie.
W domu dostał surową nerkę wołową, a ja dokończyłem wspaniały biały barszcz zrobiony tradycyjnie przez Beatę.
Tak minęły tegoroczne święta wielkanocne z daleka od szosy i na szosie też.

Cdn.
Marek Mańkowski

 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: