Wzdłuż kanału Welland
Pisałem tydzień temu o Smithville, w którym nic nie ma.
To było oczywiście tak żartobliwie, bo przecież miasteczko to spore i miało nawet coroczny festiwal kogutów i kur. Znajduje się też dość daleko od Welland, bo trzydzieści dwa kilometry szosą nr. 20. Jest natomiast w pobliżu Welland, raptem dziesięć kilometrów, tak niewielka osada, że Wikipedia nie podaje nawet jej liczby mieszkańców. Mimo, że nie jest uznana nawet za wioskę to ma jednak nazwę i ma swoją historię i swoją przygodę zapisaną w kronikach. Ta osada to Port Robinson. Nie dość, że taka mała to jeszcze przedzielona na pół kanałem Welland. I do tego w zasięgu wzroku nie ma żadnego mostu, który pozwoliłby odwiedzać się sąsiadom z obu stron. Jak by kanału było mało, to jest jeszcze rzeka Welland, która płynąc sobie do Niagara River przecina kanał w poprzek, co wyraźnie widać na mapie i na zdjęciach satelitarnych. Przejeżdżałem tamtędy i widziałem, że znajdują się tam swojego rodzaju przepusty wodne po obu brzegach kanału ale i tak statki muszą pewnie brać pod uwagę płynący w poprzek kanału prąd rzeki. Przyjrzę się temu bliżej latem, bo teraz zimno i szyby w samochodzie zaparowane, a wysiadać się nie chce. Przez Port Robinson prowadzi znana trasa rowerowa dla turystów i głównie dla nich też pływa tu jedyny na kanale Welland prom. Na prom mieszczą się tylko piesi i rowerzyści. Jeśli ktoś z mieszkańców Port Robinson chce odwiedzić sąsiadów po drugiej stronie kanału samochodem, to musi jechać aż do szosy nr. 20 gdzie znajduje się najbliższy most, lub do Welland gdzie można przejechać pod kanałem tunelem. Ciekawe to wrażenie, gdy wjeżdża się w ten tunel, a tuż przed wjazdem widzi się na górze oceaniczny dwudziestotysięcznik. Zdarzyło mi się to już dwa razy i wtedy dopiero czuje się tę potężną masę wody nad głową, już nie mówiąc o masie tego statku. Chyba nie jest to zbyt wygodne dla mieszkańców Port Robinson po obu stronach kanału, bo takie odwiedziny samochodem to minimum 13 kilometrów. Już chyba lepiej pogadać sobie poprzez kanał, który nie jest aż tak szeroki by się nie słyszeć. Jeśli chodzi o prom, to pływa on tylko od czerwca do końca października. Zimą trzeba używać dalekiego mostu.

Nie zawsze tak było. Kiedyś znajdował się tu most zwodzony, taki sam jak na innych przejściach nad kanałem, podnoszony pionowo do góry na potężnych filarach. Jednak w 25 sierpnia 1974 roku wielki, dwustumetrowy statek przewożący rudę, przyłożył całą swoją masą w ten most roznosząc go tak, że można było tylko zezłomować pozostałe resztki. Nie było to łatwe, bo poza kratownicami był tam również tzw. kontr balast, który ważył, bagatelka 300 ton. Wschodnia wieża mostu wpadła do kanału, podczas gdy zachodnia zapadła się w sobie. Trzeba było sprowadzić specjalny dźwig wodny. Kanał był zamknięty do dziewiątego września tamtego roku. Uszkodzenia mostu oszacowano na 15 do 20 milionów dolarów. Dochodzenie wykazało, że kapitan statku nie użył syreny okrętowej by zasygnalizować swoje zbliżanie i most nie zdążył się unieść na czas. Nie było żadnych ofiar w ludziach. Operator mostu i wachtowy na mostku statku odnieśli niewielkie obrażenia. Statek miał uszkodzony dziób i nadbudówkę. Jego uszkodzenia oszacowano na milion dolarów i został naprawiony w Port Colborn, przy ujściu kanału do Lake Erie. Po tym wypadku rozważano odbudowę mostu, ale uznano, że ruch w poprzek kanału nie jest wystarczająco duży by wydawać takie pieniądze. Pozostano, więc przy promie dla pieszych i rowerzystów. Podobny wypadek wydarzył się w roku 2001 w Allanburg, ale o tym w następnym numerze.

Marek Mańkowski