Co nas nie zabije…

…medialne strachy czy realne zagrożenie?

5 mln zakażonych, ponad 1,4 tys. ofiar śmiertelnych – tak było 40 lat temu w Polsce. Dziś groźny wirus powraca! Choroba może dotknąć każdego z nas. Zostańcie w domu, chrońcie się! Zakładajcie maseczki i odkażajcie ręce. Zróbcie wszystko, by pozostać przy zdrowiu, bo szpitale nie są gotowe na przyjęcie dużej liczby pacjentów. Musimy wypłaszczyć krzywą zachorowań. Inaczej nie uda ocalić się wielu istnień ludzkich… Jak byśmy się zachowali, gdyby tak informowano nas o… sezonowej grypie?

Od marca w głównych mediach w Polsce najwięcej miejsca poświęca się koronawirusowi. Zdaje się, że nie ma ważniejszych tematów. Każdego dnia, każdej godziny serwisy powtarzają jak mantrę statystyki zachorowań i liczbę ofiar pandemii. Setki konferencji prasowych, setki ekspertów i niezli- czona liczba różnej jakości argumentów, by przekonać nas, że mamy do czynienia z niszczycielską zarazą, z którą styczność oznacza niemal pewną śmierć.

Wystraszone społeczeństwo zareagowało paniką. Pamiętamy co spowodowała zapowiedź wprowadzenia ograniczeń – kolejki w sklepach, wózki pełne zapasów i puste półki sklepowe. Media pod rękę z władzami przepłoszyły ludzi z przestrzeni publicznej, zakładów pracy. Brak dyscypliny oznaczał też surowe kary. Przerażeni ludzie potulnie przejmowali kolejne ograniczenia – nawet jeśli z logiką ich stosowania bywało różnie. Oto stan pandemii.

Grypa sezonowa w roli pandemii

A gdyby tak zmienić dotychczasową narrację o grypie? Jaki skutek przyniosłoby zastosowanie w przypadku grypy sezonowej reżimu informacyjnego realizowanego w dobie koronawirusa? Przeprowadźmy eksperyment.

Przekaz dnia otwierać mógłby alert służb sanitarnych ostrzegających przed niepokojącym zjawiskiem w przychodniach – przybywa pacjentów, a lekarze alarmują o szybkim wzroście liczby pacjentów z typowymi objawami grypy. Sprawy nie można lekceważyć, bo i przecież to grypa – na baczności powinny się mieć osoby starsze i schorowane – to oni są w grupie ryzyka, a zakażenie wirusem może oznaczać ciężką chorobą, powikłania, a nawet śmierć.

Dalej poszłoby ostrzeżenia WHO wskazujące, że oto na grypę sezonową w świecie cierpi 5 -10 proc. osób dorosłych i 20-30 proc. dzieci. Rocznie notowanych jest 3-5 mln ostrych przypadków. Umiera około 250 tys. – 650 tys. osób (w tym 28 tys. – 111 tys. dzieci poniżej 5. roku życia). Zaś w Polsce szczyt zachorowań na grypę przypada między styczniem a marcem. (Dane za: „Wytyczne do przygotowania placówek medycznych na wypadek wystąpienia pandemii grypy”).

Pierwszym medialnym ostrzeżeniem przed groźnym wirusem mogłoby być przywołanie „pandemii” z sezonu 1974/75, kiedy to w Polsce grypą sezonową „zakaziło się” niemal 5 mln Polaków (w populacji liczącej ok. 34 mln), zmarło wówczas ponad 1,4 tys. osób. Obecnie notowany skok zakażeń – grzmiałyby media – pozwala sądzić, że jeśli szybko nie zastosujemy zasad izolacji i nie wygasimy życia społecznego i gospodarczego, będziemy mieli do czynienia z milionami „zakażonych” i wieloma ofiarami śmiertelnymi. Zaś nieprzygotowany na pandemią system opieki zdrowotnej sprawi, że bez wypłaszczenia krzywej zachororwań, będziemy musieli dokonywać selekcji pacjentów.

W Polsce pod względem epidemiologicznym trudny był przełom XX i XIX wieku. Wprawdzie na grypę sezonową zapadło wówczas mniej niż 3 mln osób, ale wskaźnik umieralności mocno poszybował w górę. W dwóch kolejnych sezonach z powodu grypy zmarło bowiem po ok. 400 osób. Spory wzrost zachorowań na grypę sezonową notowaliśmy w Polsce także w roku 2017. Liczba chorych znów przekroczyła 5 mln osób. Podobny był kolejny rok. Odnotowano jednak mniej niż cztery dekady wcześniej ofiar (około stu w każdym sezonie).

Należałoby też postraszyć grypą pandemiczną. I wspominając na dotykające ludzkość epidemie wskazać na hiszpankę, która wedle najnowszych danych mogła spowodować około 50 – 100 mln zgonów w skali świata.

Instytucje sprawujące pieczę nad naszym zdrowiem grzmiałyby: „Wirus grypy pandemicznej nierzadko ma zdolność do łatwego rozprzestrzeniania się w społeczeństwie, zwłaszcza wśród osób z grup podwyż- szonego ryzyka. Choroba zwykle ma ostry przebieg, i niejednokrotnie prowadzi do trwałego uszczerbku na zdrowiu i/lub zgonu osoby zakażonej”. (Za: „Wytyczne do przygotowania placówek medycznych na wypadek wystąpienia pandemii grypy”).

Co więcej, specjaliści mogliby zagrzmieć, że „trudno przewidzieć jaki pandemia grypy będzie miała zasięg oraz konsekwencje”. A „efektem rozprzestrzeniania się wirusa pandemicznego będzie zakłócenie codziennego życia ludzi w krajach dotkniętych pandemią, powodując paraliż w wielu aspektach życia i doprowadzając do wysokich strat ekonomicznych”.

 

Kto zachoruje na COVID-19, a u kogo wirus nie wywoła objawów?

U kogo będą one zagrażać życiu, a kto przejdzie jedynie katar?

Jak długo utrzymuje się odporność na koronawirusa SARS-CoV-2?

Po przebytej infekcji czynnikiem zakaźnym odporność na dany patogen może utrzymywać się przez całe życie, ale równie dobrze ochrony tej może wystarczyć na rok. Dane na ten temat w przypadku nowego koronawirusa nie są jeszcze znane, dlatego badacze analizują przypadki innych epidemii i przyglądają się działaniu układu odpornościowego.

Koronawirusy to duża grupa wirusów odzwierzęcych, które wywołują infekcje oddechowe i często przenoszą się na ludzi – choć bywa również odwrotnie, mogą bowiem przeskakiwać na zwierzęta, jak miało to miejsce w przypadku tygrysów w nowojorskim zoo. Do epidemii spowodowanych w XXI wieku przez te wirusy należały SARS w latach 2002-2003 i MERS w 2012 r.

Z badań przeprowadzonych wtedy na osobach zarażonych można wysnuć pewne wnioski na temat COVID-19. W organizmach pacjentów, które wyleczyły się z SARS, specyficzne przeciwciała utrzymywały się we krwi jeszcze przez 2 lata, natomiast ozdrowieńcy po przejściu MERS mieli je przez okres 3 lat. Niestety, przez cały ten czas ich stężenie stopniowo malało – oznacza to, że zdolność tych immunoglobulin do niszczenia koronawirusa była coraz słabsza.

Przeprowadzono także eksperymenty z mniej groźnymi koronawirusami, którymi celowo zarażano ochotników. Wynika z nich, że przejście infekcji zapewnia tylko częściową ochronę przed zakażeniem w kolejnym roku, głównie zmniejszając dotkliwość objawów. Zauważono, że były one tym słabsze, im ciężej dana osoba przeszła pierwszą infekcję, co wynikało z bardziej nasilonej reakcji układu odpornościowego.

Kto zachoruje na COVID-19 i dlaczego odporność zbiorowa może być fikcją?

Ochronę przed koronawirusem zapewniają przeciwciała, które organizm wytwarza, zwalczając spowodowaną przez niego infekcję. Ich istnienie u pacjentów z COVID-19 jest dobrze udokumentowane, a zawierające je osocze krwi pobranej od ozdrowieńców z powodzeniem wykorzystuje się w leczeniu choroby.

Liczba wytwarzanych przeciwciał nie u wszystkich jest jednak taka sama. Liczba przeciwciał wytworzonych przez organizm danej osoby, a więc i odporność na kolejne zakażenie, zależy głównie od tego, jakie było nasilenie infekcji. Mocniejsza odpowiedź immunologiczna, która wiąże się też z występowaniem cięższych objawów, powoduje też silniejszą obronę. Słabe symptomy zarażenia mogą oznaczać niski stopień uodpornienia, a brak objawów – nie zapewniać go wcale.

Biorąc pod uwagę coraz mocniej akcentowane spostrzeżenia badaczy na temat bezobjawowego przebiegu choroby, nie możemy więc liczyć na osławioną w ostatnich dniach „odporność zbiorową”. Zjawisko to zakłada, że im więcej osób przejdzie chorobę w danym społeczeństwie, tym trudniej będzie się ona rozprzestrzeniać. Zarazki, które trafią na osobę odporną, nie będą przenosić się na kolejne – i w ten sposób pandemia z czasem się wyciszy.

Niestety w grupie 9 tysięcy ochotników sprawdzonych przez niezależną firmę deCODE Genetics aż 50 procent osób z wynikiem pozytywnym należało do bezobjawowych nosicieli SARS-CoV-2. Choć nie było to badanie naukowo randomizowane (czyli z tzw. doborem losowym), wciąż daje pojęcie na temat tego, jak duża może być prawdziwa liczba zarażonych. Ci, których organizm nie zareagował na koronawirusa, mogą ulec mu przy następnej okazji.

Biorąc pod uwagę dostępne fakty możemy więc spodziewać się, że osoby wyleczone z ciężkiego COVID-19 nie zachorują przynajmniej przez rok, a te, u których infekcja była lekka, nie będą przechodzić dotkliwie następnej.

Takiego zdania jest Marc Lipsitch, profesor na Wydziale Epidemiologii i Immunologii oraz na Wydziale Chorób Zakaźnych w Harvard T.H. Chan School of Public Health w Bostonie, który pełni tam również rolę kierownika Centrum Dynamiki Chorób Zakaźnych.

Niestety, statystyki pokazują także, że umrze więcej mężczyzn niż kobiet. Jak wynika z danych zebranych w Europie Zachodniej, aż 69 proc. śmiertelnych przypadków COVID-19 to panowie. Natomiast w Stanach Zjednoczonych z powodu zakażenia umiera dwukrotnie więcej mężczyzn niż kobiet.

Medialne strachy –  eksperyment

Przeprowadźmy doświadczenie obejmujące kilka kolejnych tygodni, a dotyczące grypy sezonowej. Zastanówmy się jak mocny medialny efekt można by osiągnąć stosując do nich strategię masowego straszenia śmiertelnie groźną pandemią grypy sezonowej, znaną nam ze sposobu informowania o koronawirusie. Dane pochodzą z raportów Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – PZH.

Jak się okazuje, w całej Polsce w pierwszym tygodniu marca 2018 roku odnotowano liczne zachorowania i podejrzenia zachorowań na grypę. Łączna liczba chorych i podejrzanych o zachorowanie między 1 a 7 marca wyniosła 255 812 (liczba przypadków w podziale na województwa widoczna jest na grafice). W tym okresie z powodu grypy sezo- nowej zmarło 7 osób.

Dane z kolejnego tygodnia były równie niepokojące. Oto między 8 a 15 marca 2018 roku liczba chorych i podejrzanych o zachorwanie na grypę wzrosła o kolejne 264781 osób. Z powodu grypy zmarło 5 osób. To oznacza, że do połowy marca grypa pochłonęła 12 istnień ludzkich!

W kolejnym tygodniu – między 16 a 22 marca 2018 roku liczbę chorych udało się nieco ograniczyć. Odnotowano 206 028 chorych i podejrzanych o chorobę. Niestety z powodu grypy zmarło kolejne 10 osób, po- większając liczbę ofiar „pandemii” do 22!

Ostatni tydzień marca – między 23 a 31 marca 2018 roku przyniósł kolejne 187 665 przypadków zachorowań i podejrzeń. Zmarło kolejne pięć osób. W ciągu miesiąca grypa sezonowa pochłonęła zatem w sumie 27 osób.

Powyższy tekst nie ma na celu porównywania COVID-19 do tzw. „zwykłej grypy” – autor tekstu nie jest bowiem lekarzem i nie zamierza zajmować żadnego stanowiska w kwestii podobieństw obu chorób i nabierania odporności. Autor niniejszego tekstu pracuje jednak w mediach od wielu lat i na temat mediów wypowiadać się może. A media, stosując bardzo proste mechanizmy, potrafią solidnie przestraszyć i wywołać panikę, oraz wynikające z niej konsekwencje, które następnie mogą być wykorzystane w przeróżnych celach.

Wróćmy jednak do danych podanych wy- żej – otóż wszystkie przywołane w tym tekście liczby są prawdziwe! I faktem jest, że każdego roku grypa sezonowa dotyka milionów osób. Dla wielu oznacza ona śmierć (z powodu mniejszej odporności czy schorzeń współistniejących). Proszę sobie wyobrazić, że tego rodzaju „słupkami chorych i ofiar” jesteśmy atakowani przez większość mediów i to z ogromną częstotliwością, a równolegle przekonuje się nas, że jedynym rozwiązaniem jest izolacja i maseczki.

Jak byśmy się zachowali, gdyby tak informowano nas o sezonowej grypie? Czy wybuchłaby pandemia paniki?

Marcin Austyn