Życie pełne jest różnych zdarzeń. Czasami wypadkami jednego tygodnia można by obdzielić kilkoro ludzi, a czasami nie dzieje się niemalże nic. Ot, codzienność – wstawanie, praca, spanie. I to właśnie ta codzienność sprawia, że popadamy w marazm, w niechęć działania, siedząc sobie na stołeczku czekamy na wielkie wydarzenia.

A przecież bez naszego działania nic się nie wydarzy. Nie poznamy nowych ludzi, nie przeprowadzimy ciekawej rozmowy, nie zobaczymy interesującej wystawy czy sztuki teatralnej. Życie trzeba pchać do przodu, kreować wydarzenia, sprawiać by coś się zadziało, codziennie wprawiać w ruch trybiki egzystencji tak, żeby miała ona jakiś seans.
Wraz z Justyną staramy się nieustannie kreować rzeczywistość wymyślając wyjazdy, planując nowe podróże, bo warto sobie coś wymyślić i na to czekać. My już czekamy na kolejny październik, gdzie w planach wycieczka w Himalaje. I choć dopiero co wróciłyśmy z podróży do Nepalu, już opracowujemy kolejny wyjazd w tamten region świata.


W górach każda z nas zakochała się wiele, wiele lat temu, a od kilku lat wspólnie realizujemy miłość w najwyższych górach świata. Rok temu postanowiłyśmy zaprosić do wspólnej podróży odważne dziewczyny, a w tym roku zaproszenie ponowiłyśmy. Zainteresowanie wyjazdem przeszło nasze najśmielsze oczekiwania i w góry wyjechałyśmy na miesiąc, najpierw wędrując z samymi dziewczynami, a później raz jeszcze z grupą mieszaną.
Tym razem za cel obrałyśmy sobie Base Camp Annapurny – ABC – 4130 m.n.p.m.
O treku pod Annapurnę słyszałyśmy wiele dobrego – to najbardziej popularny szlak turystyczny w Himalajach, najpiękniejszy, przystępny i w ogóle cudo. Długo się nie zastanawiałyśmy, czy jechać właśnie tam, bo skoro szlak najpiękniejszy to trzeba go zobaczyć. Szkoda, że nie doczytałyśmy jak naprawdę wygląda droga pod ten ośmio- tysięcznik, bo być może nie zdecydowałybyśmy się na podwójne przejście tego treku. Ale nie poczytałyśmy, pojechałyśmy na wariata, wierząc, że wszystko będzie dobrze. Wyjazd był bardzo udany, góry nie rozczarowały, a my dostałyśmy ostry wycisk, pokonując tysiące schodów.
Do Kathmandu przyleciałyśmy wraz z dwunastoma dziewczynami na początku października. Stolica Nepalu przywitała nas kurzem i upałem. Akurat odbywał się w tym czasie jeden z wielu festiwali, więc ulice świeciły pustkami, a po chodnikach spacerowały kobiety w odświętnych sarii. Kathmandu to miasto już nam dobrze znane. Mamy tu ulubione miejsca i restauracje, wiemy gdzie lepiej nie chodzić, a gdzie napić się dobrej kawy. Dla niektórych dziewczyn to pierwsze spotkanie z tym krajem i całym nepalskim niedbalstwem, chaosem i subtelnym urokiem. Zwiedzamy więc wspólnie miasto, oglądamy Bodnath czyli Wielką Stupę, kompleks Swayambhunath znany jako świątynią Małp i Durbar Squer, który dosłownie zasypany jest ludźmi. Durbar Squer to zabytkowa część miasta, która bardzo ucierpiała w czasie trzęsienia ziemi w 2015 rok. Przez wiele lat nic się właściwie nie działo w tym miejscu, nie trwały żadne prace remontowe, aż do teraz. Durbar Squer wyglądał dosłownie jak plac budowy, gdzie wszystkie budynki poddane zostały renowacji.
Tłumy ludzi odwiedzało pałac bogini Kumari, gdzie z okna mała dziewczynka, jaką jest Kumari pozdrawiała turystów i wyznawców. A nad miastem szybowały latawce, które są jedną z ulubionych rozrywek nie tylko nepalskich dzieci, ale również dorosłych.
Po dwóch dniach rozpoczynamy naszą podróż w głąb Nepalu, by stamtąd rozpocząć treck. W 20 min samolotem docieramy z Kathmandu do Pokhara, to drugie pod względem wielkości miasto w Nepalu.
Bardzo chciałam zobaczyć to miejsce, o którym słyszałam w wielu górskich opowieściach. To tutaj znajduje się bowiem piękne jezioro Phewa, gdzie przybywają turyści zmęczeni himalajską wędrówką. Miasto wyobrażałam sobie jako wczasową miejscowość z plażą, lodziarniami i smażoną rybą. No dobra, nie aż tak, nie mniej jednak spodziewałam się jakiegoś mazurskiego klimatu z przystanią.
Pokhara to owszem miasto z jeziorem i kilkoma zabytkami, ale przede wszystkim to punkt wypadowy w góry. Stąd ruszają turyści na Annapurna Base Camp i Annapurna Circuts. Oczywiście można tu odpocząć i złapać oddech, bo miasto nie jest tak zatłoczone jak Kathmandu, jednak na pewno nie ma klimatu wczasowej miejscowości.
Szczytu góry Annapurna będąc w mieście nie zobaczymy, ale po wylądowaniu, już na płycie lotniska widzimy szczyt Machhapuchhare, który towarzyszyć nam będzie przez kilka najbliższych tygodni. To góra niezwykła. Jest świętą górą dla Nepalczyków – wedle wierzeń na górze mieszka bóg Shiwa. Machhapuchhare do tej pory nie został zdobyty . Władze Nepalu nie wydają zezwoleń na wspinaczkę na tę górę.
Jedyne zezwolenie jakie zostało wydane to zgoda na wyprawę Anglika Jamesa Robertsa, który w 1957 roku starał się dotrzeć na szczyt – jednak ostatecznie, aby uszanować lokalne wierzenia około 100 metrów przed szczytem zawrócił.
Góra widziana od strony Pokhary bardzo przypomina Matterhorn – stąd też często nazywana jest Matterhornem Pokhary lub Nepalu. Ma też inna nazwę – Fishtail – Rybi Ogon – podczas trekingu do Annapurna Base Camp można zaobserwować dwa wierzchołki Machhapuchhare, które naprawdę przypominają Rybi Ogon.


Po dniu rozglądania się po mieście, nerwowo wyczekujemy wyjazdu na szlak, w góry. Najpierw jazda autobusem przez dwie godziny, a później już tylko droga przez wiele dni.
Tych pierwszych kroków nikt się nie może doczekać. W autobusie panuje pozytywne podniecenie, dziewczynom przypominają się harcerskie piosenki i skoczne przyśpiewki. Śmiechy i ogólna radość trwają jednak krótko, tzn. do lunchu. Po wyjściu z autobus górski szlak wita nas kurzem, pyłem i strasznym upałem. Po kilku godzinach naprawdę łagodnego spaceru docieramy na pierwszy lunch. Spocone, zziajane ale ciągle jeszcze zadowolone. Jednak dotarcie do pierwszego noclegu sprawia nam nie mało problemu, bo zaraz po lunchu zaczynają się schody i mozolne podchodzenie pod górę. I tak będzie przez kolejne 4 dni. Upał, pot i schody. Nie mogę wyjść z podziwu dla ludzi, którzy zbudowali ten szlak. Pokonywanie stopni jest ogromnym wysiłkiem. Potężnym zadaniem musiało być poukładanie stopni w górę Annapurny, nie wyobrażam sobie tej pracy. Część schodów jest złożona z kamieni, ale cześć to równo poprzycinane skały, utwardzone cementem. A więc ktoś musiał tu wnieść narzędzia, cement, ktoś w tym koszmarnym upale układał stopnie, żeby turyści mogli spokojnie wdrapywać się na górę, przeklinając każdy krok.

Szlak wiedzie głównie przez nepalską dżunglę, która męczy tropikalnym klimatem, ale również daje schronienie w cieniu. Schody wydają się nie mieć końca. Podążamy za osłami, które w tych okolicach są głównym środkiem transportu. I jak osły, ze spuszczonymi głowami pniemy się pod górę, zupełnie zapominając o tym, że przecież jesteśmy w Himalajach, w pięknych górach, które za każdym rogiem mają dla nas niesamowity widok.
W pewnym momencie nie liczy się już dla nas nic, tylko dotarcie do celu. Najpierw, codziennie do bazy noclegowej, a później już pod wierzchołek góry. W drodze powrotnej wędrówka przybiera zupełnie inną dynamikę, nabiera cech wielkiego rozprężenia, ale najpierw musimy dojść do Annapurna Base Camp (ABC). Zwieńczeniem tego marszu będzie kocioł lodowcowy, otoczony spektakularnym pierścieniem kilku sześcio- i siedmiotysięczników z Annapurna I (8019 m) na czele. To miejsce zwane jest popularnie Sanktuarium Annapurny. Docieramy tam po 4 dniach, choć w nogach czujemy przejście co najmniej dni 40. W grupie szaleje wirus grypy. Niemalże każda z uczestniczek musi z nim stoczyć nierówną walka. Organizmy mamy osłabione, wyjałowione ubogą, górską dietą. Dzień więc zaczynamy od zjedzenia garści tabletek, a później w drogę.
W piękne październikowe przedpołudnie docieramy do Machhapuchhare Base Camp, stad już widać cel naszej wyprawy. Przed nami najcięższy kawałek, to długi marsz pośród skał i traw, i jak się później okazało w całkowitej mgle. Po długim lunchu zbieramy się do drogi. Oczywiście każda z nas idzie innym tempem, a na szlaku towarzyszą każdej inne emocje.
Maszerując w tej chmurze przez chwile człowiek mógł się poczuć jakby był sam na świecie. I tylko to istnienie tu i teraz się liczyło. Można było wyłączyć wszystkie myśli, niemalże rozkoszować się drogą. Przez krótki mement można było być drogą, skałą, trawą i mgłą. Jakby człowiek nie istniał, szedł obok zmęczonego turysty. Przepiękany moment medytacji, który prowadził prosto do ABC.
Annapurna wita nas chłodem, wiatrem i chmurami. Nic nie widać. Wpakowujemy się więc do pokoju, przebieramy i czekamy na resztę brygady. Wszystkie dziewczyny do bazy docierają bezpiecznie. Szczęście i zmęczenie na twarzach niektórych wyciska łzy. I płyną słowa. Słowa radości, przeżytej dopiero co drogi, słowa wielkiego entuzjazmu, dumy i ulgi, że to już. Cieszymy się jak dzieci z tego wejścia, a wieczorem usiądziemy wszystkie przy ogromnym stole i jeszcze raz opowiemy sobie jak było na szlaku. Zaś rano czeka na nas przepięknym spektakl. Annapurna wraz z ze wschodem słońca pokazuje swoją górską twarz.
I choć kilka razy na szlaku przeklinałyśmy z Justynką pomysł drugiego podejścia z następną grupą, bo schody i nam dały mocno w kość, to stojąc twarzą w twarz z górą, wiedziałyśmy, że mamy niebywałe szczęście, że spotkamy się z nią ponownie za parę dni.
Annapurna to najniższy z ośmiotysięczników Ziemi. Był pierwszym w historii szczytem powyżej 8000 metrów zdobytym przez człowieka. Polacy na szczycie stanęli w 1987 r, jako pierwsi zimą. Na początku lutego dokonali tego Jerzy Kukuczka i Artur Hajzer.
Baza podstawowa tzw. base camp, to najczęściej spłaszczone, bezpieczne miejsce, gdzie wyprawy stawiają swoje namioty. Nie ma trwałych budynków. Wyjątkiem jest Annapurna Base Camp, gdzie Nepalczycy przygotowali miejsca noclegowe dla turystów nie wspinających się na szczyt.
W październiku nie było żadnych wejść szczytowych, w ABC nie kręcili się żadni znani himalaiści, ale patrząc na zdjęcia, wyglądamy dokładnie jak zdobywcy szczytu.
Po serii, a właściwie po wielu seriach pamiątkowych zdjęć zaczynamy schodzić w doliny. Kończymy wędrówkę, choć przed nami jeszcze kilka dni marszu, to atmosfera w grupie zupełnie inna. Rozluźnione emocje, poczucie olbrzymiego zadowolenie i szczęście, z tymi uczuciami wracamy do Kathmandu.

Dziewczyny po zejściu z gór wracają do Toronto. Ja i Justynka zostajemy czekając na kolejną grupę chętnych do wchodzenia po schodach pod Annapurnę.
Mamy dwa dni, które w pełni wykorzystuję na to, żeby sobie porządnie pochorować. W końcu wirus i mnie dopadł. Szczerze powiem, że nie rozpierał mnie entuzjazm, gdy zobaczyłam w hotelowym korytarzu rozentuzjazmowaną grupę nowo przybyłych piechurów z Toronto. Dobrze, że Justynka trzymała fason i z radością opowiadała o szlaku ABC. Grypa rozłożyła mnie na dobre, myśl o kolejnej wędrówce przerażała. Ale ludzie przylecieli, trzeba było iść.
Dla wszystkich członków drugiego turnusu było to pierwsze spotkanie z górami wysokimi, pierwszy w życiu treck, a dla niektórych pierwszy od wielu lat samodzielny wyjazd, bez rodziny. Wielkie emocje, olbrzymie podekscy- towanie, nerwowe wybuchy śmiechu, czyli taki przedwyjazdowy standard. Jest jednak inaczej, w grupie są mężczyźni, a więc dynamika rozmów nieco inna. Nie ma babskiego rozbiegania, harmidru, wszystko jest spokojniejsze i bardziej poukładane.
Podobniej jak przed kilkoma dniami, tak i teraz Himalaje witają nas upałem. Słońce pali twarze. Pierwszy dzień mija szybko. Zmęczenie jeszcze nie zwala z nóg. Wędrówka po tysiącach schodów nie wydaje nam się już tak męcząca. Trochę wypracowałyśmy sobie kondycję. Dla pozostałych uczestników marszu są to jednak trudne chwile. Na szczęcie magia gór działa. Choć dzień i kamienne stopnie wyciskają z nas wszystkie poty, to wieczór buduje już tylko miłe wspomnienia. Dobrze, że człowiek bólu nie pamięta, o zmęczeniu też szybko zapomina i to chyba pozwala nam wstawać rano i ładować się kolejny raz pod górę.
Pogoda jest dla nas przełaskawa. Każdego wieczoru możemy podziwiać góry przy zachodzie słońca, a wędrówka z Machhapuchhare pod Annapurnę, czyli ten odcinek, który poprzednio przemierzałyśmy we mgle tym razem mija nam w promieniach słońca. Mamy wrażenia jakbyśmy szły zupełnie inną drogą. Nie czuje się odosobnienia, a mijani turyści z uśmiechami na twarzach wyglądają jak zaczarowani przez górę. Cała grupa ma doskonały humor i dziarskim krokiem, no może, powolnym acz zdecydowanym, dociera do ABC.
Tym razem mamy okazje zobaczyć ten ośmiotysięcznik i wszystkiego jego pomniejsze sąsiadki o zachodzie słońca. Przepiekany widok. O poranku po raz kolejny pójdziemy się górze pokłonić. W głowie mam postać Jerzego Kukuczki. Właśnie mija 30 lat, od jego tragicznej śmierci. Kukuczka był także na Annapurnie. Być może chodził sobie tu na dole tymi ścieżkami, które my przymierzaliśmy. Z wielką pokora myślę o szczycie i z podziwem, dla tych wszystkich himalaistów, którzy wspięli się na wierzchołek. Z base camp szczyt wygląda pięknie i wcale nie groźnie, ale góry to żywioł, który zmienia swe oblicza w kilka minut.
Zostawiamy po mału ten masyw, odwracamy się plecami do Annapurny, schodząc w dół spoglądamy na Machhapuchhare, który przed nami.
W drodze powrotnej zawsze pokonujemy dłuższe dystanse. A więc przed nami długie dni. Schodzimy niżej, organizm nie musi już walczyć ze zmianą wysokości. I choć wchodzenie było wyczerpujące to jednak schodzenie jest bardziej męczące. Każdy krok czuje się podwójnie. Niektórym dojście do miejsca noclegowego zajmuje wiele, wiele godzin.
Pomału zaczynamy mówić o jedzeniu, a gdy posiłki, ulubione potrawy, stają się głównym tematem rozmów to znak, że trzeba wracać. Smaczny, smażony ryż z warzywami, przepyszne smażone ziemniaki i owsianka na długo zostaną wykluczone z jadłospisu członków wyprawy. Wszak jedliśmy to przez wiele marszowych dni. Ale były i smaczne momenty, kiedy na stole pod Annapurną pojawiło się suszone mięso, dzięki koleżanace, która taki specjał trzymała na specjalną okazję, a kabanosy, których nie jem, stały się moim ulubionym przysmakiem, na jeden wieczór.
Wracamy do Pokhara, obowiązkowo zaliczamy posiłek w wykwintnej restauracji. Teraz już można się napić piwa Everest i powspominać to co się przeżyło niemalże przed chwilą.
Andrzej Zawada powiedział kiedyś – „…Góry tylko wtedy mają sens, gdy jest w nich człowiek ze swoimi uczuciami, przeżywający klęski i zwycięstwa. I wtedy, gdy coś z tych przeżyć zabiera ze sobą w doliny…”
My z gór jak zawsze wracamy z całym workiem przeżyć, nowych znajomości, nowych doświadczeń. Okazuje się, że czasami trzeba przejść niezliczoną ilość schodów, spocić się niemiłosiernie, zmęczyć do utarty tchu, a później powtórzyć to jeszcze raz, żeby się przekonać, że nic nie jest takie samo dwa razy.

 Agata Kusznirewicz

pełna relacja fotograficzna na blogu:

justynaagata.blogspot.com